Stało się. No proszę Państwa, stało się!
Postanowiłam zostać kierowcą rajdowym i poprowadzić samochód. I tak jak w każdej bajce, mamy kilka klasycznych postaci. Jest księżniczka (a w zasadzie cztery), jest personifikacja zła (tym razem w postaci dołu z wodą) oraz książę na białym koniu (tę rolę zagrał syn gospodarza, na zdezelowanym traktorze marki Ursus - czyli niedźwiedź).
A było to właśnie tak:
Wyruszywszy pewnego słonecznego weekendu do Więzienia w Rajgrodzie, postanowiłyśmy z niewiadomych przyczyn skrytykować publicznie procesję "Boże Ciało". Naigrywania się było co niemiara. Okazało się wkrótce, że Bozia nie śpi...
Kiedy jakieś 500 metrów od skrętu na miejsce naszych hulak i swawoli, utknęłyśmy w gigantycznym korku, po 20 minutach oczekiwania padło hasło stare jak świat: "Pojedźmy skrótem!".
Jak wszyscy wiemy, skrót, to zgodnie z definicją, najdłuższa droga łącząca dwa odcinki. Oszołomione genialnym pomysłem, gnałyśmy pomiędzy wiejskim dróżkami, bez cienia oporu wjeżdżając na czyjeś posesje, pokonując przy tym liczne łany zboża i trzy watahy dzików.
Napotkawszy na swojej drodze dół pełen zbawiennej dla włosów deszczówki, księżniczka numer jeden (ja), zawahałam się nad dalszym postępowaniem. Podjudzona serią okrzyków, uznałam, że przeszkoda ta jest niczym wobec naszego wspaniałego rydwanu ( jak się okazało wcale nie 4x4).
- Dajesz, dajesz dajesz! - krzyczały w gorącej wodzie kąpane szlachcianki.
A skończyło się to tak:
Nastroje w narodzie nadal nie upadały. Królewny trzy, postanowiły więc szacowny rydwan pchać, przy akompaniamencie dodawanego przez potomka rodu Hołowczyców gazu. Otrzymawszy jednak solidną porcję błota w twarz i na sukienki, zrozumiały, iż daremne ich wysiłki..
Plan B. Pora na plan B!
Zdobywszy linkę holowniczą marki stara szmata, jęły wyciągać pojazd z tarapatów, nieskłonne przy tym uwierzyć, że trzy nietęgie osoby nie są w stanie poruszyć wielokilogramowego potwora choćby na milimetr ( i to nawet wtedy, kiedy zorientowały się, że może warto opuścić hamulec ręczny).
Puszkę złotego trunku, kilka kubeczków z McDonaldsa wypompowanej z dziury wody oraz kilkanaście garści zerwanych i wrzuconych pod koła chwastów dalej, zdały sobie sprawę, że pora poszukać księcia, który odmieni ich fatalny los.
I tak oto, wyruszyła księżniczka numer trzy, na poszukiwanie ratunku.
Tymczasem zaczęło się ściemniać (i ściemniało się tak jeszcze 6 godzin) Pozostałe rozpoczęły więc wybieranie, którym członem ludzkiej stonogi zostaną, stosując przy tym starą jak świat metodę na kamień, papier, nożyce. Człony środkowe, rozważały techniki przegryzania sobie żył na nadgarstkach w razie, gdyby mało rozkoszne wizje, miały się wkrótce spełnić.
Z melancholii wyrwał je ryk zbliżającego się traktora! Tak tak tak! Bohater nadchodził! I ogłaszał to z właściwym dla takich sytuacji przytupem!
Uratowane!
Księżniczki uśmiechnęły się zalotnie do swojego wybawcy. Księżniczka druga czknęła po złotym napoju, księżniczka pierwsza tłumaczyła, że to wcale nie takie trudne zakopać się w litrze wody, księżniczka trzecia rozważała skorzystanie z ustępu, natomiast czwarta zdrapywała z twarzy błoto z godnością równą co najmniej królowej! Wszystkie nadstawiały nieśmiało stopy, licząc , że to własnie na jej odnóżach zacny książę umieści pantofelka.
Książę (niegodny!) spojrzał jednakże z politowaniem, uśmiechnął się do księżniczek specjalnej troski i oddalił się- ściskając uczciwie zarobiony czteropak piwa (księżniczka numer jeden - zuch dziewczyna, rozważnie wręczyła mu ten tańszy)
I tak oto, drodzy Państwo, jedzie się skrótem. 500 metrów w dwie godziny. Serdecznie polecam.

