poniedziałek, 4 września 2017

disnejland był moim dziecięcym marzeniem

Czytam o przepaściach. 
Rzucam w przepaść. 

Sama stoję na jej skraju i zastanawiam się skąd się tu wzięła. 
Jestem dziś Markien Arensem Disneylandu. Bez sympatii do samego siebie. 

niedziela, 27 sierpnia 2017

Dziewczyna, która wyznawała miłość kotom

Śniło mi się dzisiaj wiele rzeczy, najbardziej jednak zapamiętałam sen, w którym pojawia się kobieta i mężczyzna. Jestem w nim trochę tą kobietą, a trochę niemym obserwatorem tego co się wydarzy. Mężczyzna krzyczy na kobietę, wypomina jej różne rzeczy, nazywa dziwką. A ona, za każdym jego słowem coś rozbija - wali głową w lustro na ścianie, wskakuje z całej siły na szklany stolik, który się pod nią roztrzaskuje, rozwala krzesło, uderza ramieniem w betonową ścianę, odbijając się od niej niczym piłka do squasha.

To podobno sen o autoagresji. 

Jest dziś we mnie bardzo dużo złości. Jestem zła na to, że nikt mnie nie obronił. Że nikt nie stanął po mojej stronie. Publicznie, w trakcie, kiedy to wszystko się działo. Wszyscy słuchali, czasem zmieniali temat, ale pozwalali na to, że przez ostatnie kilka miesięcy, ktoś niszczył mnie w gronie osób mi bliskich. 

Myślę, że ciężko jest wstać i powiedzieć - stop. Przestań. Tak nie można. Myślę że łatwo z kolei żyć w ułudzie, że jest grupa, że grupa to synonim bliskości i przyjaźni. Myślę też że łatwo sobie wmówić "że wszystko to, o czym jest mówione, zostało przecież powiedziane w twarz". Dzięki temu można spokojnie przejść nad tym do porządku dziennego, bo przecież ja w tym udziału nie biorę. 

Jest taki włoski film - "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie". Bardzo zabawny i tak niesamowicie smutny. Polecam uwadze. Film o tym, jak bardzo wolimy stwarzać pozory że jest ok i że jesteśmy szczęśliwi. Lubimy się  przecież łudzić, oszukiwać, udawać że wszystko jest w porządku. Ja tu tylko sprzątam, ja tylko słucham. Ja w tym udziału przecież nie biorę. Jestem neutralny. Ech, ktoś sobie lubi pogadać przecież, no. Lubi się nakręcać. Mi nic nie zrobił przecież. 

I tak jak bardzo łatwo włożyć kogoś w role oprawcy (kontroluje, nie daje przestrzeni, mówi co ma robić), niezmiernie łatwo nadać komuś rolę ofiary (przecież jest urocza, nikomu nie szkodzi, oj już daaaaj spokój). Tyle, że w końcu wszyscy rozchodzimy się do swoich domów. I to już wtedy nie jest wasz problem, prawda?  

Bardzo lubimy uproszczenia. Pozwalają nam się odnaleźć w rzeczywistości która jest dla nas trudna. A raczej - pozwalają nam odciąć się od złych emocji, negatywnych informacji, czegoś co nie powinno nas dotyczyć. Uproszczenia zaczynają uwierać dopiero wtedy, gdy dotykają nas samych. 

Usłyszałam jakiś czas temu, że wokół mnie jest tyle dramatu. Wzięłam to sobie bardzo do serca. Analizowałam wszystkie te sytuacje kiedy popełniłam błąd. Starałam się też nie przeżywać, uśmiechać się jak najwięcej i udawać że daję radę.  Daję radę przecież. Ja zawsze daję radę. Jestem silna, więc muszę dawać radę. Jesteś silna, nie potrzebujesz wsparcia. 

Tymczasem nie. Nie ma wokół mnie tyle dramatu. Jest jeden dramat. Sztuk jeden. Jeden i ten sam, który do teraz przeżywam. Przez kilka miesięcy żyłam w rzeczywistości, która była bardziej sztuczna niż twarz Mai Sablewskiej. Cześć, cześć. Buzi, buzi. Piękna ułuda. Jest z kim piwo wypić i zajarać fajka. 

Najbardziej z tego wszystkiego zapamiętam jednak, że Halloween roku 2013 to moja wina    (o czym oczywiście, tak jak o wielu innych rzeczach dowiedziałam się w twarz, #ironydetector)








piątek, 14 lipca 2017

jeśli online powoduje bulimię, to co z anoreksją?

Życie na Faceboku jest takie piękne, takie kolorowe i tak bardzo pełne kabrioletów. Wszyscy są na wakacjach i mają piękne słońce. Leniwie też sączą proseczo i "rozmawiają" komentarzami ze swoimi  560 przyjaciółmi.

Patrzymy na to życie i jest nam tak okropnie przykro, że nasze tak nie wygląda. My przyjaciół poznajemy na ogół w biedzie, pijemy Lecha z puszki, a jakiś skurwiel znowu zarysował nam auto na parkingu centrum handlowego Arkadia.

Wstajemy rano i sięgamy po telefon. Scrolujemy algorytmicznie prezentowane treści, by jak zawsze być z tym wszystkim na bieżąco. Pokazujemy sobie wzajemnie śmieszne gify, przesyłamy memy (hahaha, tak - widziałam rano! hahahaha). Klikamy like, albo nie klikamy. Okazujemy swoje emocje (z ang. "facebook reactions"). 

Do wyboru jest kilka - zawsze to lepiej, bo kafeteria emocji sprawia, że nie musisz się zastanawiać co w zasadzie czujesz, klikasz i już (Chociaż ostatnio zlikwidowali tęczę, a była tak bardzo nieoczywista, że pasowała do wszystkiego, co tylko niezwiązane z PISem).

Siedzę i próbuje być w kontakcie z emocjami (to dosyć modne ostatnio określenie). A jedyne co przychodzi mi do głowy to 



Wrr. Onomatopeja. Taka jak argh czy aaaaarrrrrrrrr. Prosta i łatwa w obsłudze złość. 

Złość jest łatwa, złość jest twarda, złość nie upokarza tak jak smutek i związane z nim łzy. Złość tłumi inne emocje i sprawia, że możesz funkcjonować. Wstajesz zły i zasypiasz zły. Ale wstajesz.

Patrzę na życie w sieci, które dzień w dzień żmudnie scrolujemy i nie potrafimy przestać. Widzę w nim całą masę tłumiących emocji, podobnych złości. Wszyscy jesteśmy tak bardzo szczęśliwi, tak bardzo z żurnala i tak bardzo przepuszczeni przez instagramowe filtry, że aż się rzygać chce. 

To taka bulimia online. Konsumujesz i konsumujesz treści innych, wymiotujesz i znowu pochłaniasz. Sam nie wiesz już co jest prawdziwe, a co nie. Czy Ty jesteś prawdziwy, czy tak samo wykreowany. 

Myślisz sobie - chciałbym mieć takie życie, tylu przyjaciół, pływać na łejkbordzie, czekać na opóźniony lot do Paryża, czy zaręczyć się na szczycie Kasprowego Wierchu. Zasypiasz więc smutny i smutny wstajesz, bo gdzieś tam się toczy prawdziwe życie, a Twój telefon ma słabe piksele w aparacie. 




poniedziałek, 20 lutego 2017

Misery, był taki film. Jest to też dobre imię dla kota.

Rozstania są trudne. A my nie potrafimy się rozstawać. Czy to z żywymi, czy z umarłymi.

Dzisiaj kolega z pracy przytulił mnie na korytarzu i pocałowal w policzek. Parę dni temu powiedział mi że mnie podziwia, bo jestem silna. Zarechotałam w środku.

Myslalam ze jestem silna. A wcale nie jestem. Jestem jednym wielkim placzem. Jednym wielkim gorzkim żalem.

Jestem Anne Hethaway, nędznikami, którzy śnili swój sen o tym, że szczęśliwym się jest, a nie bywa.

Jestem w tym wszystkim tak bardzo konwencjonalna. Jak scenariusz tasiemca, jak pamiętnik nastolatki, jak wzorzec sevres.

Pewnie dlatego tak bardzo lubię patrzeć na obrazy Hoppera. Wszyscy są na nich tak bardzo samotni, przez co tak bardzo prawdziwi.


czwartek, 16 lutego 2017

Czwartek again.


Zostałam dzisiaj nagłówkiem z aszdziennika. 30latka obudziła się wypoczęta, bo usnęła w trakcie Belle Epoque. 

Obudzilam się w sumie nad ranem, przekonana że zaspalam (rolety rzymskie osiągają swój cel, chociaż ja chyba wolę budzić się wraz ze swiatlem poranka za oknem).

Anyway, nie zaspalam. Wyciagnelam dłon w kierunku kota, kot ugryzl mnie w nią delikatnie - poczulam ze to nie senna maglina, a zaraz zadzwoni budzik. Zadzwonił zgodnie z planem.

Ubralam się jak trzeba i być moze osiagnelam swoj cel.

Wczoraj odwiedzilam moja Panią psycholog. Napisalam rano, wieczorem znalazla dla mnie termin. Pokonalam swoją slabosc, zaparkowalam na Saskiej Kepie rownolegle. 

150 zł za 50 minut ciaglego plakania, to chyba prawie darmo?

Dlaczego się Pani wkurza, że Pani placze, Pani Ewelino? 

To proste -odpowiadam. Kiedy placze, mam problem z mowieniem. A powinnam mowic.

Wydaje mi się ze wyplakalam caly zapas lez na ten tydzien. Dzisiaj juz nie mam ochoty plakac. Znaczy sie oplacalna inwestycja, wysokie ROI.

Dojechawszy do pracy, jestem working class hero. Wszystko robie harder, better,  faster i stronger. Pewnie dlatego, że być moze. 

Byc moze. 

Pani Edyta zapytala mnie co moze dla mnie zrobic? Nic, Pani Edyto. Nic. Dlatego jak zwykle zaproponowala mi udzial w grupie terapeutycznej, ktora pomoze mi sprawdzic siebie w relacjach z innymi ludzmi. 

Pomyslalam wtedy glosno, ze moim problemem nie sa relacje z ludzmi ogolem. Moim problemem są relacje, ktore bez sensu utrzymuje, nawet wtedy kiedy jest nam ze sobą nie po drodze.  Wot, cala historia. Ale oczywiscie mozemy to omowic przez kolejne 148h spotkan.

niedziela, 12 lutego 2017

Życie, instrukcja obsługi.

Wystawa w Zachęcie zachęciła instrukcją obsługi życia. 



Moją uwagę przyciągnęła instalacjo-książka "89 days to unhappiness". Autorka wyjeżdża w podróż naukową do Azji i odlicza prowadzące do końca jej związku dni, który ten wyjazd zapoczątkował. Sama końcówka to już tylko wyblakłe na czarnym papierze litery. 

Wystawa to ciąg różnego rodzaju znaków, które ostatnio uderzają we mnie ze zdwojoną siłą. Czytam je, śmieje się pod nosem i racjonalizuje. Bo tak łatwiej. Bezpieczniej. Science not fiction.

Parę lat temu uznałam za świetny żart zakup na prezent książki "Finneganów tren" Joyce'a. Po lekturze kilku pierwszych stron stwierdzam, że żart był faktycznie pyszny. Postanowiłam więc wyznaczyć sobie na ten rok dwa równie trudne cele - przeczytać tę książkę i nauczyć się parkować równolegle. Oba cele plasuje na poziomie trudności czarnego balda.

Czasem wydaje mi się, że mam co najmniej kilka osobowości - zupełnie jak bohater filmu Split. Czasami jedna z nich dominuje przez długi czas - zazwyczaj ta silna, która zawsze mnie obroni. Dzisiaj w światło wchodzi ta słabsza, która czuje się przytłoczona tym wszystkim co przede mną i za mną. Na tyle, że teraźniejszość jest jedynie ulepkiem z tego co było i będzie. Nie ma swojej struktury teraźniejszości.

Jestem dzisiaj swoją małą teorią względności. Wylądowałam na małej planecie pełnej oceanów. Boje się tego, że czas który tu mija, gdzieś indziej mija o wiele wiele szybciej. I kiedy tam wrócę, będzie już trochę za późno.

Czas jest ponoć relatywny. Może się kurczyć i rozciągać, ale nie można go cofnąć. Po prostu nie można.


 







czwartek, 9 lutego 2017

Czwartek.

Mówią, że każda zmiana jest dobra. 2017 będzie prawdopodobnie rokiem zmian. 

Całe popołudnie i  wieczór świat się kręci  w mojej głowie. Tracę równowagę, tracę grunt, mam ściśnięty mózg. Bardzo dziwne uczucie, które każe mi googlować w Internetach hasła "objawy tętniaka", czy "guz mózgu" w 3 krokach.

Bardzo dużo dziś miałam dyskusji apropos wymagań wobec ludzi. Moje podobno są "za duże". Tymczasem powoli godzę się na to, że się nie godzę i przyjdzie mi za to zapłacić jakąś cenę. 
I mimo że zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie próbował koncertowo zepsuć Ci dzień - dla równowagi znajdzie się ktoś, kto sprawi, że się uśmiechniesz pod nosem. 

Boli mnie głowa, najpewniej perseweratywnie. 


środa, 8 lutego 2017

Jak pokochać parkingi w centrach handlowych, jako parafraza książki, za ktorą nie dostanę paszportu Polityki

Środa. Parking Leclerk. 2h parkowania za darmo. Albo bardziej deskryptywnie- 30min siedzenia w aucie za free.

Na zewnątrz minus 10, ale to nic, bo wewnątrz denim 40.


Idalia Tomczak i Konrad Olszewski odprowadzają mnie do domu w popoludniowym korku z Muzo FM. Zawsze śmieje się na imię Idalia.

Dlatego o poranku pod Leclerkiem wita mnie dzisiaj Ania z audycją "Bisior i Anna"

Z głosnikow leci Skunk Anansie, a ja siedzę w zimnym już samochodzie, wbita w sukienkę, której rolą jest sprawić wrażenie. 

"Darkness come, I feel magnificent" śpiewa Skin. A ja nie jadłam śniadania, więc wpierdalam śliwkę w czekoladzie, której zresztą nie lubię. 

Śliwki w czekoladzie kojarzą mi się z ojcem, który je uwielbiał. Prawdopodobnie więc przeniosłam uczucia które miałam do niego, na bogu ducha winną śliwkę. Głębokie, wiem. 

Ostatnio zasypiam wcześnie, ale I tak ledwo wstaje z lożka. Wszystko wokół jest jakieś takie zamarźnięte.

https://youtu.be/-1Cx2TLvW2o


poniedziałek, 6 lutego 2017

Krzyk Wilhelma (ang. Wilhelm scream) – filmowy efekt dźwiękowy po raz pierwszy wykorzystany w 1951 roku w filmie Distant Drums.


 

Kiedyś chodziło się nad Wisłę i krzyczało. 
Kiedyś, to dobre słowo. Odnosi się do tego co było i tego co będzie.

środa, 1 lutego 2017

Długą drogą przez filmy i seriale metaforyzuje swoje życie.

"You should embrace your fears and your shortcomings and quirkiness instead of fighting with them"

Czytałam ostatnio wypowiedź Lenona. Cytat jak wiele innych w internecie. Taka tam bzdura do powielania na wallach mojego ulubionego gatunku facebookowiczów. poza kiczem, który naturalnie odbił się ode mnie, w głowie zabrzmiała mi część o anulowaniu siebie. 

Anulowanie - zatracanie swojej osobowości, po to by sprostać oczekiwaniom innych ludzi.

Zaczyna się od "jesteś"

Jesteś zbyt dominująca, jesteś męcząca, jesteś przemądrzała, jesteś zbyt głośna, jesteś osobą, która pali za sobą mosty. Cała masa "jesteś", prawda?

Poza jesteś, mamy jeszcze moje ulubione - "powinnaś". 

Powinnaś jest o tyle lepsze, że otulone jest grubą warstwą troski, która niczym folia bąbelkowa  sprawia, że masz ochotę rozgniatać ją palcami i słuchać jak pęka.

Powinnaś zachować się tak, a nie inaczej, powinnaś czuć to, a nie tamto, powinnaś być z pewnością kimś innym niż jesteś.

I tak, w którymś momencie orientujesz się, że większość czasu tracisz na dostosowywanie się do innych ludzi, na staranie się. Spalasz się w tym wszystkim na tyle skutecznie, że nie pozostaje Ci nic więcej poza poczuciem winy. Bo nadal jest nie tak.

Małym życiu pojawia się bohater, który wykorzystany w dzieciństwie, przez całe swoje dorosłe życie przeprasza, że nie spełnia oczekiwań innych ludzi.  Jest to bohater, który mnie wkurza, irytuje, przyprawia o katusze.  Widzę w nim czasem siebie.
Nie wiem kiedy zaczęłam dostosowywać się do innych ludzi. Nie wiem, kiedy zaczęłam tłumić w sobie emocje i pokazywać tylko te, które są lubiane, tolerowane, pożądane. Nie wiem kiedy zaczęła się ta powolna anulacja siebie. 
Wiem natomiast, że w końcu następuje taki moment, kiedy musisz się nauczyć akceptować to kim jesteś, jaki jesteś i że w ogóle jesteś.  Żałuje, że nie urodziłam się w innej rzeczywistości. Być może byłabym dzisiaj kimś innym - bardziej pewnym swojej wartości, asertywnym, godnym, nie tak szorstkim, nie tak kontrolującym rzeczywistość wokół siebie.
Ołówki z gumką wymyślono dlatego, że ludzie popełniają błędy – ja też je popełniam. Każdego dnia od nowa. Czasem najgłupsze na świecie, czasem nie. I jedyną osobą, którą powinno to obchodzić i która ma prawo to oceniać powinnam być ja sama – i tak od zawsze najsurowszy obserwator wszelakich wpadek, potknięć, wywaleń, czy gradacyjnie – wypierdoleń.
A cała reszta widowni – przede wszystkim tej, która ma najsłabsze miejsca w tym spektaklu, może się ode mnie zwyczajnie <parental advisory>
Toni Erdmann zmęczył mnie psychicznie. Kolejna, po Shirley Valentine komedia, na której widownia ryczy ze śmiechu. A ja myślę sobie „z czego się kurwa śmiejecie?”.  Co śmiesznego w tym, że kobieta w średnim wieku rozmawia już tylko ze ścianą? Co śmiesznego w tym,  jak bardzo jesteśmy w swoich dążeniach do sukcesu samotni ? Czy samotność w tłumie otaczających nas ludzi jest taka śmieszna?
To tak naprawdę kolejne głosy w dyskusji o tym, jak bardzo jesteśmy w stanie dostosowywać się do otaczającego nas świata i jak bardzo jesteśmy w tym wszystkim nieprawdziwi.  To opowieść o tym, jak bardzo nie potrafimy rozmawiać ( z sobą oczywiście,  bo paplać o wszystkim i niczym z innymi ludźmi potrafimy wyborowo). 
Whitney Shmuck śpiewa o największej miłości ze wszystkich – miłości do siebie.  W niej znajdziesz swoją siłę mówi, nie będę szła w niczyim cieniu, bo wierzę w siebie - powtarza, polegam na sobie – wykrzykuje fałszując niemożebnie.
I tylko ten fałsz mnie przekonuje. Bo tylko on jest w tym wszystkim prawdziwy. Cała reszta to  tylko

the greatest joke of all.