Wystawa w Zachęcie zachęciła instrukcją obsługi życia.
Moją uwagę przyciągnęła instalacjo-książka "89 days to unhappiness". Autorka wyjeżdża w podróż naukową do Azji i odlicza prowadzące do końca jej związku dni, który ten wyjazd zapoczątkował. Sama końcówka to już tylko wyblakłe na czarnym papierze litery.
Wystawa to ciąg różnego rodzaju znaków, które ostatnio uderzają we mnie ze zdwojoną siłą. Czytam je, śmieje się pod nosem i racjonalizuje. Bo tak łatwiej. Bezpieczniej. Science not fiction.
Parę lat temu uznałam za świetny żart zakup na prezent książki "Finneganów tren" Joyce'a. Po lekturze kilku pierwszych stron stwierdzam, że żart był faktycznie pyszny. Postanowiłam więc wyznaczyć sobie na ten rok dwa równie trudne cele - przeczytać tę książkę i nauczyć się parkować równolegle. Oba cele plasuje na poziomie trudności czarnego balda.
Czasem wydaje mi się, że mam co najmniej kilka osobowości - zupełnie jak bohater filmu Split. Czasami jedna z nich dominuje przez długi czas - zazwyczaj ta silna, która zawsze mnie obroni. Dzisiaj w światło wchodzi ta słabsza, która czuje się przytłoczona tym wszystkim co przede mną i za mną. Na tyle, że teraźniejszość jest jedynie ulepkiem z tego co było i będzie. Nie ma swojej struktury teraźniejszości.
Jestem dzisiaj swoją małą teorią względności. Wylądowałam na małej planecie pełnej oceanów. Boje się tego, że czas który tu mija, gdzieś indziej mija o wiele wiele szybciej. I kiedy tam wrócę, będzie już trochę za późno.
Czas jest ponoć relatywny. Może się kurczyć i rozciągać, ale nie można go cofnąć. Po prostu nie można.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz