niedziela, 27 sierpnia 2017

Dziewczyna, która wyznawała miłość kotom

Śniło mi się dzisiaj wiele rzeczy, najbardziej jednak zapamiętałam sen, w którym pojawia się kobieta i mężczyzna. Jestem w nim trochę tą kobietą, a trochę niemym obserwatorem tego co się wydarzy. Mężczyzna krzyczy na kobietę, wypomina jej różne rzeczy, nazywa dziwką. A ona, za każdym jego słowem coś rozbija - wali głową w lustro na ścianie, wskakuje z całej siły na szklany stolik, który się pod nią roztrzaskuje, rozwala krzesło, uderza ramieniem w betonową ścianę, odbijając się od niej niczym piłka do squasha.

To podobno sen o autoagresji. 

Jest dziś we mnie bardzo dużo złości. Jestem zła na to, że nikt mnie nie obronił. Że nikt nie stanął po mojej stronie. Publicznie, w trakcie, kiedy to wszystko się działo. Wszyscy słuchali, czasem zmieniali temat, ale pozwalali na to, że przez ostatnie kilka miesięcy, ktoś niszczył mnie w gronie osób mi bliskich. 

Myślę, że ciężko jest wstać i powiedzieć - stop. Przestań. Tak nie można. Myślę że łatwo z kolei żyć w ułudzie, że jest grupa, że grupa to synonim bliskości i przyjaźni. Myślę też że łatwo sobie wmówić "że wszystko to, o czym jest mówione, zostało przecież powiedziane w twarz". Dzięki temu można spokojnie przejść nad tym do porządku dziennego, bo przecież ja w tym udziału nie biorę. 

Jest taki włoski film - "Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie". Bardzo zabawny i tak niesamowicie smutny. Polecam uwadze. Film o tym, jak bardzo wolimy stwarzać pozory że jest ok i że jesteśmy szczęśliwi. Lubimy się  przecież łudzić, oszukiwać, udawać że wszystko jest w porządku. Ja tu tylko sprzątam, ja tylko słucham. Ja w tym udziału przecież nie biorę. Jestem neutralny. Ech, ktoś sobie lubi pogadać przecież, no. Lubi się nakręcać. Mi nic nie zrobił przecież. 

I tak jak bardzo łatwo włożyć kogoś w role oprawcy (kontroluje, nie daje przestrzeni, mówi co ma robić), niezmiernie łatwo nadać komuś rolę ofiary (przecież jest urocza, nikomu nie szkodzi, oj już daaaaj spokój). Tyle, że w końcu wszyscy rozchodzimy się do swoich domów. I to już wtedy nie jest wasz problem, prawda?  

Bardzo lubimy uproszczenia. Pozwalają nam się odnaleźć w rzeczywistości która jest dla nas trudna. A raczej - pozwalają nam odciąć się od złych emocji, negatywnych informacji, czegoś co nie powinno nas dotyczyć. Uproszczenia zaczynają uwierać dopiero wtedy, gdy dotykają nas samych. 

Usłyszałam jakiś czas temu, że wokół mnie jest tyle dramatu. Wzięłam to sobie bardzo do serca. Analizowałam wszystkie te sytuacje kiedy popełniłam błąd. Starałam się też nie przeżywać, uśmiechać się jak najwięcej i udawać że daję radę.  Daję radę przecież. Ja zawsze daję radę. Jestem silna, więc muszę dawać radę. Jesteś silna, nie potrzebujesz wsparcia. 

Tymczasem nie. Nie ma wokół mnie tyle dramatu. Jest jeden dramat. Sztuk jeden. Jeden i ten sam, który do teraz przeżywam. Przez kilka miesięcy żyłam w rzeczywistości, która była bardziej sztuczna niż twarz Mai Sablewskiej. Cześć, cześć. Buzi, buzi. Piękna ułuda. Jest z kim piwo wypić i zajarać fajka. 

Najbardziej z tego wszystkiego zapamiętam jednak, że Halloween roku 2013 to moja wina    (o czym oczywiście, tak jak o wielu innych rzeczach dowiedziałam się w twarz, #ironydetector)