niedziela, 13 października 2013

Niebieski jak nostalgia. Niebieski jak nadzieja.


Zawsze kiedy idę na zajęcia ulicą Puławską, mijam stary warsztat optyczny. W witrynie siedzi starszy pan w okularach i czyta. Książki w jego ręku nigdy nie są nowe - zawsze są to jakieś stare tomiszcza z rozpadającym się brzegiem. I mimo, że mijam ten zakład mniej więcej przez 3-4 sekundy, wzrok mój bardzo łapczywie rejestruje wszystkie fragmenty tego obrazka.

Tym razem jednak, starszego Pana nie było. Leżała za to książka - samotna i otwarta na mniej więcej środkowych stronach. Zaniepokoiłam się troszkę i pomyślałam, że w jakiś niewyobrażalny sposób przywiązałam się do czytającego optyka. Stąd zapewne niepokój, kiedy go zabrakło. Miałam ochotę wejść i zapytać: "halo, jest tu Pan"? 

Czasami zajmuje nam bardzo wiele czasu by się przywiązać - czy to do człowieka, czy miejsca. Czasem wystarczy chwila moment i odczuwamy brak, gdy czegoś nie ma. Zmienia się też sposób odczuwania przywiązania. Kiedyś wydawało mi się, że jeśli na kimś ci zależy i z kimś jesteś blisko, powinien on wypełniać szczelnie każdą wolną chwilę Twojego życia. Dzisiaj już tak nie uważam. Chociaż z najbliższymi mi ludźmi spotykam się ostatnio relatywnie rzadko - są to pierwsze osoby, które przychodzą mi na myśl, kiedy potrzebuje pomocy. Pierwsze numery telefonów, kiedy coś mnie rozbawi lub gdy potrzebuje pogadać o niczym. 

Pojawił się ostatnio temat bliskości i tego czy potrafimy się przytulać. Ja chyba potrafię, ale w sumie rzadko jest to moja inicjatywa. Powoli łapię odruchy własnej matki,  dla której przytulanie było skaraniem boskim połączonym z mało czułym poklepywaniem po plecach, tak jakby mówiła "brawo żołnierzu!".

Gdy przytula mnie ktoś kto nie jest mi najbliższy, reaguje bardzo podobnie - lekko się spinam i poklepuje po plecach - szukając pierwszej lepszej okazji by wywinąć się z uścisku. Generalnie nie lubię, gdy ktoś dotyka mnie spontanicznie. Muszę być na to przygotowana. 

Moja najstarsza siostra jest jedną z bardziej dbających o innych ludzi. Ma w sobie wiele empatii i poczucia tego co dobre, a co złe. Jest w tym wszystkim dość bezkompromisowa. Nie umie jednak mówić o uczuciach i nie umie ich okazywać inaczej, niż poprzez "troszczenie się" - czyli gotowanie, sprzątanie, kupowanie. Nie jesteśmy od siebie tak bardzo różne. 

(Nie wyrósł mi chleb)

Wszystko jest pewnie kwestią zdolności adaptacyjnych - dostosowania się do sytuacji. Ja adaptuje się stosunkowo szybko. Pewnie dlatego, że nigdy nie wiedziałam jak potoczy się sytuacja w moim domu. Czy wieczór będzie spokojny, czy też czeka mnie kolejny wybór pomiędzy racją, a kogo kocham bardziej. Moja siostra zwykła wtedy chodzić na spacery z psem, druga zaciskała mocno pięści, a ja wyobrażałam sobie wtedy, że szóstka z biologii przeniesie punkt ciężkości w bezpieczne rejony. Ale tak się prawie nigdy nie stało.

Biegałam dzisiaj po Parku Szczęśliwickim i myślałam o tym, jak duży postęp poczyniłam od Żoliborza po Ochotę. Żoliborz zawsze będzie dla mnie czymś niedostępnym, miłością nastolatki, emocją i Damienem Rice. Ochota jest  natomiast tym miejscem na ziemi, w którym nigdy nie podejrzewałam się znaleźć. A jednak od razu poczułam, że to właśnie moje miejsce. Że tutaj jestem sobą bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Ochota jest poetycka - w jej parku spadają liście, a na jej serca dnie niebieski kolor jest, czy tego chcę czy nie.

środa, 9 października 2013

Fińczycy, kultura wysoka i "z moją matką na fejsie"

Na Szczęśliwickiej słychać sąsiadów "Fińczyków", gdy kąpią się w łazience. Natomiast gdy pod kamienicę podjeżdża autobus, w uszach drga mi cała gama odgłosów silnika. Wcale mi to jednak nie przeszkadza - bo mimo obecności osiedlowych wariatek - wózkarek, atmosfera jest tu niesamowita. Nawet Tytus zdążył już pokochać swoje nowe miejsca.

Miałam ostatnio dużo przemyśleń na tematy wszelakie i byłam pewna, że pisanie o tym przyjdzie mi łatwo. Ale coraz trudniej mi dobrać odpowiednie słowa i zachować chronologię zdarzeń. Moja nad wyraz ekshibicjonistyczna natura jakby zbledła i nie ma już większej ochoty na regularne opisywanie stanów emocjonalnych jamniczka.

Mam zresztą trochę dosyć tego wszechobecnego przeżywania i statusowania. Dzięki terapii trochę zobojętniałam na dramat i emocjonalne szantaże.

Swoje intelektualne zajęcia odłożyłam trochę na bok i szlifuje powoli mebelki, maluje ściany, meble skręcam. I wbrew pozorom daje mi to nie tylko stałą dostawę zakwasów, ale też i  całkiem dużo frajdy. Przez chwilę miałam nawet poczucie winy, że tak bardzo oddaliłam się od "kultury wysokiej". Ale podobnie jak Masłowska - mam ostatnio alergię na wszystko to co trzeba przeczytać, obejrzeć czy posłuchać. Być może to taki moment życia. Taka faza, że nie "chadzam" i nie "bywam".

Odstawiłam na jakiś czas pisanie i robienie zdjęć. Piekę natomiast chleb na zakwasie i eksperymentuje w kuchni. A kiedy nie wykonuje tych wszystkich czynności zrównujących mnie w zasadzie z kurą domową - zamieniam się w Boba Budowniczego i godzinami mogłabym chodzić po Castoramie czy Leroy Meriln.

Idąc dzisiaj do roboty, zobaczyłam pięknie usianą jesiennymi liśćmi drogę, którą zazwyczaj zmierzam do swojej szklanej puszki. Niezwłocznie zrobiłam więc zdjęcie i nim się obejrzałam - próbowałam wrzucić je na fejsbuczka. Problemy z zasięgiem sprawiły, że zamiast cieszyć się tym pięknym widokiem, zdążyłam przez ową alejkę przejść - tak bardzo "wciągnęło mnie" postowanie. Zdałam sobie sprawę z tego, że mimo iż nie jestem jakimś super aktywnym użytkownikiem mediów społecznościowych - poranek zaczynam od czytania tego co inni piszą na swoich ścianach. Dzień kończę mniej więcej tak samo - z tą różnicą, że czasem po zaktualizowaniu "newsów" poczytam jeszcze książkę.

Kiedyś musiałam w tym celu włączyć komputer - dzisiaj wystarczy mi już sam telefon, więc nawet lenistwo nie jest w stanie uchronić mnie przed tym płytkim "let's stay in touch". Smutna to jest konkluzja, tym bardziej że większość tego co czytam, niespecjalnie poszerza moje horyzonty (nie Moniczka - to nie o Twoje wpisy chodzi).

Gdzieś w tym wszystkim faktycznie gubimy siebie, a zaczynamy karmić się news-feedem innych ludzi (nieprzypadkowo zbieżność). Złoszcząc się na kogoś myślimy "wywalę go z fejsa!". Żegnając się mówimy "napiszę ci na fejsie", a kiedy przyjaciółka zbyt długo się nie odzywa - fejsbuczkowy czat daje nam znać, że jest i że żyję. Dwa, czy trzy wklepane na klawiaturze zdania i można odetchnąć z ulgą.

O tym co myśli większość moich znajomych także dowiaduje się z fejsa. Wiem kto cierpi po rozstaniu, komu urodziła się córka (i tam też gratulację składam), a kto zjadł właśnie makaron z tuńczykiem. Na fejsie widzę też, że Agnieszka po raz kolejny przebiegła 10 km używając endomond sports tracker i że jeśli nie wezmę się za siebie, to będzie miała lepszy czas ode mnie.

A tak na dłuższą metę zastanawia mnie jedno. Ile osób złoży mi życzenia, kiedy na fejsbuku uczynię datę urodzin niewidoczną? A ilu osobom ja złożę życzenia? No więc właśnie.