Zawsze kiedy idę na zajęcia ulicą Puławską, mijam stary warsztat optyczny. W witrynie siedzi starszy pan w okularach i czyta. Książki w jego ręku nigdy nie są nowe - zawsze są to jakieś stare tomiszcza z rozpadającym się brzegiem. I mimo, że mijam ten zakład mniej więcej przez 3-4 sekundy, wzrok mój bardzo łapczywie rejestruje wszystkie fragmenty tego obrazka.
Tym razem jednak, starszego Pana nie było. Leżała za to książka - samotna i otwarta na mniej więcej środkowych stronach. Zaniepokoiłam się troszkę i pomyślałam, że w jakiś niewyobrażalny sposób przywiązałam się do czytającego optyka. Stąd zapewne niepokój, kiedy go zabrakło. Miałam ochotę wejść i zapytać: "halo, jest tu Pan"?
Czasami zajmuje nam bardzo wiele czasu by się przywiązać - czy to do człowieka, czy miejsca. Czasem wystarczy chwila moment i odczuwamy brak, gdy czegoś nie ma. Zmienia się też sposób odczuwania przywiązania. Kiedyś wydawało mi się, że jeśli na kimś ci zależy i z kimś jesteś blisko, powinien on wypełniać szczelnie każdą wolną chwilę Twojego życia. Dzisiaj już tak nie uważam. Chociaż z najbliższymi mi ludźmi spotykam się ostatnio relatywnie rzadko - są to pierwsze osoby, które przychodzą mi na myśl, kiedy potrzebuje pomocy. Pierwsze numery telefonów, kiedy coś mnie rozbawi lub gdy potrzebuje pogadać o niczym.
Pojawił się ostatnio temat bliskości i tego czy potrafimy się przytulać. Ja chyba potrafię, ale w sumie rzadko jest to moja inicjatywa. Powoli łapię odruchy własnej matki, dla której przytulanie było skaraniem boskim połączonym z mało czułym poklepywaniem po plecach, tak jakby mówiła "brawo żołnierzu!".
Gdy przytula mnie ktoś kto nie jest mi najbliższy, reaguje bardzo podobnie - lekko się spinam i poklepuje po plecach - szukając pierwszej lepszej okazji by wywinąć się z uścisku. Generalnie nie lubię, gdy ktoś dotyka mnie spontanicznie. Muszę być na to przygotowana.
Moja najstarsza siostra jest jedną z bardziej dbających o innych ludzi. Ma w sobie wiele empatii i poczucia tego co dobre, a co złe. Jest w tym wszystkim dość bezkompromisowa. Nie umie jednak mówić o uczuciach i nie umie ich okazywać inaczej, niż poprzez "troszczenie się" - czyli gotowanie, sprzątanie, kupowanie. Nie jesteśmy od siebie tak bardzo różne.
(Nie wyrósł mi chleb)
Wszystko jest pewnie kwestią zdolności adaptacyjnych - dostosowania się do sytuacji. Ja adaptuje się stosunkowo szybko. Pewnie dlatego, że nigdy nie wiedziałam jak potoczy się sytuacja w moim domu. Czy wieczór będzie spokojny, czy też czeka mnie kolejny wybór pomiędzy racją, a kogo kocham bardziej. Moja siostra zwykła wtedy chodzić na spacery z psem, druga zaciskała mocno pięści, a ja wyobrażałam sobie wtedy, że szóstka z biologii przeniesie punkt ciężkości w bezpieczne rejony. Ale tak się prawie nigdy nie stało.
Biegałam dzisiaj po Parku Szczęśliwickim i myślałam o tym, jak duży postęp poczyniłam od Żoliborza po Ochotę. Żoliborz zawsze będzie dla mnie czymś niedostępnym, miłością nastolatki, emocją i Damienem Rice. Ochota jest natomiast tym miejscem na ziemi, w którym nigdy nie podejrzewałam się znaleźć. A jednak od razu poczułam, że to właśnie moje miejsce. Że tutaj jestem sobą bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Ochota jest poetycka - w jej parku spadają liście, a na jej serca dnie niebieski kolor jest, czy tego chcę czy nie.