niedziela, 13 lutego 2011

bravo foto story

Niedziela. Jeden z najlepszych fotografów w mieście - Jaczewska Aleksandra- postanowiła pomęczyć swój aparat moją osobą. Atrakcji było co niemiara. Było też zimno,- ale to już inna historia. A oto efektów garść:


No śmiejemy się, śmiejemy. Tutaj Jaczewska mówi mi, że mam się nie śmiać. Jak zwykle efekt odwrotny do zamierzonego.


Bez nerwów. Zegarek się sfotoszopuje na karminową czerwień!


Tutaj już, zmuszona zostałam do odmrażania swojego tyłka na powiślańskich rewirach. Było tak zimno, że zamarzły kolory. Twarz mi też zamarzła. A tło ewidentnie błaga o rutinoscorbin.



To zdjęcie zamierzam wysyłać mmsem w ramach odpowiedzi na interesujące mnie wydarzenia kulturalno-oświatowe. Hej, Knix! Może pójdziemy do kina? Chcę! -> Wyślij. Dostarczono.



Tutaj próbuje zrejterować. Tęsknie wypatruje autobusu, który zawiezie nas w jakieś ciepłe i smaczne miejsce. Chwilę później znajdziemy się w naszym małym Eldorado, gdzie...


...będę się popisywać faktem, iż tak wspaniale umiem już grać Wlazł kotek na płotek. Tak czy siak, odnalazłam swoje miejsce na poranno-niedzielne treningi pjanina!



Zmęczenie dopadło nas dosyć szybko. Jak widać, para wychodzi mi już ustami, a jedno oczko jest jakby bardziej. Dodając dwa do dwóch, nie mam już pewności, że zawieszona na szyi przynęta, odniesie kiedykolwiek jakikolwiek skutek.



Pracownicy baru, dostrzegłwszy moją styraną życiem twarz, zaserwowali mi Warszawiaka on the house. Butelka tego zacnego trunku sprawiła, iż pełna odwagi i wigoru podeszłam do Agnieszki Grochowskiej i zagadałam tekstem sezonu 2010/2011 - Mogę ponapastować ci psa? Wyżej wymieniona nie mogła odmówić tak uroczej prośbie...Tak! Tarmosiłam psa Grochowskiej.


Z przybytku rozkoszy wypadłam, a nie wyszłam. Jak zwykle próbując udowodnić, że co jak co, ale pion nadal trzymać umiem. Jak zwykle zresztą- z marnym skutkiem.


Zabawy z przystankiem były już tylko i wyłącznie formalnością...Bo jak jest fajnie, to mi jest zawsze tak jakoś lekko, tak zwiewnie i tak bezwstydnie :-)


Fot. Aleksandra Jaczewska

sobota, 12 lutego 2011

focus

Just
focus
on
your
goals
                                                                      


środa, 9 lutego 2011

xero


A to właśnie robi mi w pracy Jaczewska. Przymusowe kserowanie. Yes, it's official - friendship over.

- Knix, wierzysz w pokój na świecie?
- nyyy

- Knix, dostaniemy podwyżkę?
- nyyy

Od dzisiaj mówimy do siebie tylko i wyłącznie IVONĄ, która zresztą całkiem dobrze przeklina.

wtorek, 8 lutego 2011

z kamerą wśród zwierząt

Poniedziałkowy wieczór spędziłam u mojej ulubionej pracownicy fabryki gwoździ - Gfiasdy. Atrakcji co niemiara. Było gotowanie. Było też jedzenie. Było wino i rozmowy do późnej nocy. Okazało się, że nie przewidziałam jednak tzw. atrakcji dodatkowych, w postaci dość pokaźnego zwierzyńca znajdującego się w aktualnie okupowanym przez Pau mieszkaniu...

Pierwszy objawił się Kulfon ( od urodzenia zwany podobno Kuflem). Kot ten idealnie nadawałby się do związku. Ile razy bym go złosliwie nie trykała w tyłek, ile razy bym go nie zrzuciła z łóżka, zawsze wracał w przeciągu niecałej minuty i ponownie zaczynał procedurę moszczenia się na mojej, bądź Pau szyi.

Wszystko było by pięknie, gdyby nie fakt, iż Kulfon waży jakieś 15 kilo. Kiedy więc obudziłam się w środku nocy, zdziwiona faktem, iż nie mogę oddychać, zobaczyłam to:


Kulfon nie potrafi spędzić bez towarzystwa człowieka nawet minuty. Dlatego też ile razy by go z łóżka nie zrzucać, wracał niczym bumerang i przyjmował coraz to ciekawsze pozycje na moich plecach, nogach, głowie, klatce piersiowej, czy brzuchu. Rano natomiast, wyglądał na wypoczętego i zadowolonego, czego ja powiedzieć nie mogę :-)



Sen nocy bródnowskiej okazał się niespokojny również ze względu na magiczną świetlną poświatę, wydobywającą się z królestwa jaszczurki/legwana/czegoś chropowatego. Roboczo nazwałam go Stefan.



Nie było to jednak niczym nadzwyczajnym, w kontekście wielkiego truchła spoczywającego na umiejscowionym w salonie telewizorze...



I w całym tym tłumie rozbawionych zwierzaków - opiekun zwierzyńca, który co i rusz dostarczał mi rozrywek z gatunku intelektualno- plotkarskich.



Dostarczył mi też kawy. Dostarczył banana. Poczułam się jak prawdziwa niegramatyczna Krulova. Nie przeszkadzało mi, że suszarka suszy włosy średnio 3 dni, że kapcie są fluorescencyjno zielone i że jestem na Bródnie. Z naciskiem na to ostatnie.