Dlaczego grawitacja w ogóle istnieje? Dlaczego dwie masy mają się ku sobie?
Ponieważ istnieje czasoprzestrzeń.
Co to znaczy dlaczego?
Odpowiedź na to pytanie nie jest prawdopodobnie możliwa. Chociażby dlatego, że chyba nikt tak naprawdę nie rozumie czym grawitacja tak naprawdę jest. Nie można jej jednoznacznie określić, zamknąć w pewnych ramach, nadać tytuł, wagę, czy rozmiar.
Czasami wyobrażam sobie, że grawitacji nie ma. Że pływam swobodnie pomiędzy sufitem, a podłogą. Że wyciągam przed siebie ręce lub lewituje swobodnie w pozycji horyzontalnej. Odbijam się od ściany i lecę dalej, robię powietrznego fikołka, śmieję się z tego i łapczywie chwytam powietrze wraz z którym unoszę się w mojej własnej czasoprzestrzeni.
Wyobrażam sobie, ze wylatuje przez okno i dryfuje swobodnie w sobie tylko znanym kierunku. I chociaż boję się latać, wyjątkowo nie czuję strachu. Patrzę na otaczającą mnie rzeczywistość - na unoszące się wokół mnie molekuły. Wszystko zwalnia, wstrzymuje swój bieg. A ja czuje się wolna. I staram się cieszyć każdą sekundą lotu, bo w końcu ktoś wciśnie guzik "grawitacja", a ja z łomotem spadnę na ziemię.
Wieczoru piątkowego drugiej części opis, obiecałam już kilka dni temu. A jako, że zawsze słowa dotrzymuje...Panie i Panowie trzymajcie się swoich gaci. Oto piątek wieczór part II, czyli "Ty masz mnie za głupią dzikuskę".
Rozentuzjazmowane faktem opuszczenia lokalu numer 132 udałyśmy się na poszukiwanie nocnego. Co jak co, ale długo szukać nie było trzeba, bo znam ich okoliczny rozkład wyśmienicie. Jaczewska, jako stała bywalczyni sieci 24h, spotkała nawet znajomych. Zakupiwszy 3 twist offy ruszyłyśmy spacerem po Dartaniana - naszego czwartego na ten wieczór muszkietera. Czarnecka nauczona doświadczeniem dostawania mandatu w każdej możliwej sytuacji w jakiej się znajduje - bardzo długo wahała się z odkręceniem swojego kapsla. Pragnienie jednak było silniejsze i wkrótce dołączyła do naszej Sodomi i Gomori.
Dartanian, mimo swojej fobii metra, zgodził się pojechać nim aż do centrum. Aby osłodzić jej katusze przebywania pod ziemią, rozpoczęłam swój dziki taniec na rurze. Zdjęć nie opublikuje tylko dlatego, że nie ma jeszcze 22....( a poza tym wyszłam fatalnie, a jako osobowość narcystyczna....).
Anyway, bardzo sprawnie dotarłyśmy do placu zabaw naszych, gdzie ideau ( nie wahajmy się nadużyć tego słowa) sięgnął bruku. Najpierw rozochocona Pau zaczęła grać w ping-ponga z Magdą, a jako że stół miał wymiary 3 metry na 20 cm, zadanie to okazało sie ponad siły wszystkich osób zgromadzonych wokół naszych dzielnych sportsmenek....Piłka nie dotknęła stołu chyba ani razu.
Wysoki niczym ph w ustach poziom abstrakcji, sięgnął zenitu wtedy, kiedy Pau postanowiła zagrać nam ćwiczoną na specjalną okazję pioseneczkę - pt. Marsz żałobny Szopena. Podłapawszy bakcyla, cieszyłam zgromadzoną (coraz mniej licznie) gawiedź, swoimi nieudolnymi próbami powtórzenia niezapomnianego występu Pau (w celach dowodowych załączam zdjęcie).
Kiedy patrzę na moją matkę i jej męża, zawsze zastanawiam się nad przewrotnością losu. Dwie osoby, które poznały się 40 lat temu, stworzyły dwie rodziny i żyły odrębnym życiem po to, aby spotkać się ponownie w wieku pięćdziesięciu kilku lat i stwierdzić, że nie mogą bez siebie żyć.
Dwie osoby, które podczas wizyty na cmentarzu na grobach swoich rodziców, stoją w odległości niecałych dwóch metrów od siebie. Albowiem oba nagrobki - mojej babci, oraz rodziców Zygmunta, dzieli tylko jedna cmentarna "kwatera". Niby nic takiego, a jednak.
Choć czasami zastanawiam się nad tym, czy nie lepiej zacząć w końcu traktować ludzi z większą rezerwą, nieufnością i nutą cynizmu, chwilę później sama śmieje się do swoich myśli. Nie wiem czy byłoby łatwiej - na krótką metę może i tak. Ale to przecież nie ja. I choć może bywam w tym trochę śmieszna i trochę naiwna- jak nieśmiertelny Kulfon z ulicy Turmonckiej, to jednak w głębi duszy nie uważam, że to źle.
Nawet jeśli coś nie wychodzi, to i tak warto. Czasem dla jednej głupiej chwili, dla jednego ważnego wspomnienia. Dla jednej minuty, godziny, dnia czy roku. Dla jednej zapamiętanej melodii, smaku, czy zapachu. Nauczyłam się zapamiętywać takie rzeczy i kiedy tylko mam na to ochotę - zamykam oczy i przenoszę się do miejsc, chwil i sytuacji. Chcieć to fajne uczucie. Mieć ochotę się starać. Czuć. Nawet jeśli wymaga to odsłonięcia i narażenia się na mało przyjemne rzeczy. Lepsze to, niż nie czuć kompletnie nic, ale mieć złudne poczucie bezpieczeństwa. Ludzie przychodzą i odchodzą. Jedni odchodzą na zawsze, inni wracają. Życie.
Happiness isn't happiness without a violin-playing goat - powiedziała bohaterka filmu, do którego nie wiedzieć czemu mam duży sentyment. I te skrzypce mają naprawdę bardzo piękny dźwięk. Nawet jeśli słychać go tylko przez chwilę.
Piątkowe popołudnie zaczęło się bardzo niewinnie. Psy spuszczone z łańcucha (już o 15 czasu grinłicz) udały się na zwiedzanie żoliborskich okolic. Od dni co najmniej 100-u, nie widziały słońca i zielonych przestworów parku, w porze uznawanej normalnie za czas pracy dla kołaczy. Nie trudno więc było o zachłyśnięcie się wiosenną atmosferą.
fot. A. Jaczewska
Wywąchawszy zapach takich białych, przyjemnych drzewek, pomyślałam, że mogę wszystko (nawet udawać, że przekraczam co najmniej rwący strumień, czy inne trzy stawy).
fot. A. Jaczewska
Na brzegu ławeczki przysiadłwszy, próbę sprężystości podjęła. Ten uśmiech, to naturalna reakcja na bardzo chłopską rozrywkę, czyli opalanie się na słońcu.
Jaczewskiej też nie było trzeba wiele, aby rozbudzić w sobie poczucie niczym nieskrępowanej radości i szczęśliwości. Chociaż oddałabym prawą rękę, że zaczęła już myśleć o wielkiej główce czosnku, którą całkiem niedługo wrzuci do naszego dipu.
Tutaj standardowe ujęcie "I am a photographer, I am an artist".
fot. A. Jaczewska
Jak widać - zaraźliwe.
fot. A. Jaczewska
W pewnym momencie słońce przygrzało mi dość mocno i z ocieplanych butów zimowych, przerzuciłam się wreszcie na japonki. Prawdę mówiąc, jest to moje ulubione wspomnienie z tego popołudnia. Przypomniałam sobie wówczas o tym, że pora na porządny pedicure...
fot. A. Jaczewska
Siedząc i rozmyślając o tym, jak ciężkie jest życie pięknych kobiet, zdałam sobie sprawę, że robienie zdjęć aparatem, który nie ma zepsutego niemalże każdego elementu z którego jest zbudowany, jest dosyć nudne, przewidywalne i nie ma w sobie absolutnie żadnej nutki dekadencji.
Zdzwoniwszy się z trzecim elementem naszej układanki, postanowiłyśmy uczynić wieczór nieco mniej melancholijnym, a bardziej dekadenckim. A jako, że Pau nie trzeba dwa razy powtarzać - już niecałą godzinę później zasiadłyśmy do suto zastawionego stołu i niskooprocentowanych trunków!
fot. A. Jaczewska
Słabiutki (zdaniem Aleksandry) dip czosnkowy, rozszedł się niczym świeże bułeczki. Ostały się jedynie dwa rachityczne kawałeczki marchewki i trochę okruszków. Okazało się, że czosnek powoduje niespotykane wcześniej reakcje organizmalne, a nadużywany, może doprowadzić nawet do szaleństwa.
Dalsza część naszego wieczoru upłynęła w rytm hitu, który wszyscy kochamy, choć wstydzimy się do tego przyznać. Ja się nie wstydzę i mówię otwarcie, że łezka się w oku kręci, kiedy pomyślę o tych pięknych czasach Bravo, Bravo Girl oraz Popcornu, w których królowały plakaty pięknych chłopców z N'Sync....
Niech mówią, że to nie jest miłość! Mi ( oraz Nam) to absolutnie nie przeszkadzało! Zew natury okazał się silniejszy. Zresztą, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zatańczył przy tych boskich rytmach!
fot. A. Jaczewska
Tańczony przeze mnie lapdance, może trochę wypadł z kadru, ale zapewniam, że był emocjonujący niczym mecz krykieta pomiędzy Japonią a Uzbekistanem.
fot. A. Jaczewska
Pau jak zwykle dostała małpiego rozumu ( dzieje się to nawet po bezalkoholowym piwie). Na szczęście znana jestem z empatii, która to objawia się doprawdy niezwykłą umiejętnością przejmowania od otoczenia panującego w nim nastroju. Zresztą - jeśli wkraczasz między wrony, musisz krakać tak jak one!
fot. A. Jaczewska
fot. A. Jaczewska
Tak, jak widać, działa na ludzi pełnia...
fot. A. Jaczewska
Okazało się, że na Pau podziałała jeszcze gorzej niż na mnie. Jako zagorzały wróg wszelkiego palenia, zadziwiła wszystkich siegając po okropnego pa-pie-ro-sa!
fot. A. Jaczewska
Po chwili jednak, przypomniała sobie, że chyba nie umi. I chyba nie lubi.
fot. A. Jaczewska
Zaczęła się krztusić, kaszleć i delikatnie mówiąc harchać. Co w kontekście jej historii o sklepowym bąku, wywarło na nas piorunujące wrażenie :P Pomyślałam wtedy, że jeśli zacznie gadać w obcych językach, trzeba ją będzie skrępować i poczytać Ewangelię.
Uspokoiwszy nieco nastroje, rozpoczęłyśmy nasze standardowe rozważania na temat Boga, miłości i przyszłości. Doszłyśmy do wniosku, iż najbardziej dochodowym interesem w Polsce byłoby wypiekanie opłatków. Na kuchennym stole rozpisałyśmy więc projekt "A-men", który w przyszłości z pewnością przyniesie nam krocie.
Temat wiary, miłości oraz przyszłości (a już w szczególności w triumwiracie) wprowadził mnie jak zawsze w nastrój bojowo-sarkastyczny.
fot. A. Jaczewska
(Tutaj zastanawiam się nad odpowiedzią na pytanie o to, jak będzie wyglądało moje życie za 365 dni)
fot. A. Jaczewska
Przerażona mina Tytusa, mówiła sama za siebie. Szybko więc zarządziłyśmy odwrót od filozoficznych dysput, rozważań oraz biznes planów i postanowiłyśmy w rytmie kolejnego bojsbendu opuścić (szukam dobrego i energetyzującego słowa)....kuchnię. Po prostu kuchnię.
Resztki autocenzury zakazują mi opisywać to, co działo się w drodze do kolejnego pitstopu. W każdym razie są pewne momenty, o których wolałabym nie pamiętać. O tych momentach woleli by pewnie nie pamiętać bywalcy zaprzyjaźnionych powiślańskich rewirów oraz warszawskiego metra. W każdym razie, moje nieudolne próby grania marsza żałobnego Szopena (na swoistym zapętleniu) skutecznie przepędziły tabuny potencjalnych fanów mojej twórczości. Ale przecież droga do sukcesu jest zawsze w budowie, a ostatni gasi światło.
Zrobiło się w miarę ciepło, co stało się doskonałą okazją do odwiedzenia warszawskiego ZOO. Emocji co niemiara, a społeczeństwo wyedukowane w sztuce fotografii, dzielnie zabrało się za fotografowanie otaczającej zewsząd dzikiej natury.
Całkowicie przypadkowo okazało się, że ja i goryle mamy z sobą całkiem dużo wspólnego! Poniżej uzewnętrzniam najważniejsze punkty wspólne.
fot. Paulina Czarnecka
Wielogodzinny spacer stał się okazją do obserwacji wielu ciekawych zjawisk socjologicznych. Obserwacja dresa warszawskiego w jego naturalnym środowisku, przyniosła mi wiele cennych informacji, które to niewątpliwie poszerzyły moje horyzonty. Czasami miałam wręcz wrażenie, że przekroczyłam horyzont zdarzeń.
Warszawskie ZOO okazało sie bardzo dobrze przygotowane na tabuny wygłodniałych spacerowiczów. W ofercie parku znalazły się zdjęcia z kucykiem, medaliki z żyrafą, pluszowe słonie, jak i liczne fudkorty.
Konsumpcję rozpoczęlyśmy (ja i Czarnecka znaczy się) od standardowych lodów włoskich. Następnie bardzo płynnie przeszłyśmy do działu ziemniaczki opiekane, które przysporzyły mi wiele radości i uciechy!
fot. Paulina Czarnecka
Tutaj jeszcze poważnie podchodzę do sprawy, ponieważ mamusia uczyła, że nie należy bawić się jedzeniem.
fot. Paulina Czarnecka
Powaga nie trwała długo, bo nie oszukujmy się - za tymi okularami kryły się oczy głodnej Afryki, które na widok kartofla pospolitego, nabrały niespotykanego od dawna blasku! Pau nie była może aż tak zadowolona. Wynikało to chyba z faktu, iż zaraz po wejściu do ZOO oddałam jej 17 polskich złotych, które to byłam jej winna. Zostałam przez to goła i wesoła, dzięki czemu z radością poddałam się jej sponsoringowi. Tak! Zostałam zoolianką!
Najedzone i wypoczęte, nabrałyśmy ochoty na dalsze swawole. Jedynie ograniczenia wiekowe nałożone odgórnie przez ZOO, powstrzymały nas przed wykupieniem biletu na dmuchaną zjeżdżalnię, którą roboczo nazwałam "zrób mi dobrze".
fot. Paulina Czarnecka
Ten goryl z pewnością lubi swoją pracę. Co do ośmiornicy, nie mam pewności.
Wypstrykawszy trzy klisze poczułam się spełniona i uznałam, że dzień święty święcić trzeba dużo częściej. Zupełnie przypadkiem okazało się, że dwuosobowy bilet do ZOO na cały rok ( sic!) to wydatek rzędu 100 pln - co przyznaję, jest śmieszną kwotą, zważywszy na morze oferowanych atrakcji! Zresztą, ujrzawszy przy wyjściu pandę z rodziny żebrzących pomyślałam, iż wszelkie atrakcje ZOO oferowane są zdecydowanie "po kosztach" i bardzo pro-społecznie.
fot. Paulina Czarnecka
Remember, never say no to Panda! :-) A już na pewno, kiedy cel jest szczytny!