Piątkowe popołudnie zaczęło się bardzo niewinnie. Psy spuszczone z łańcucha (już o 15 czasu grinłicz) udały się na zwiedzanie żoliborskich okolic. Od dni co najmniej 100-u, nie widziały słońca i zielonych przestworów parku, w porze uznawanej normalnie za czas pracy dla kołaczy. Nie trudno więc było o zachłyśnięcie się wiosenną atmosferą.
fot. A. Jaczewska
Wywąchawszy zapach takich białych, przyjemnych drzewek, pomyślałam, że mogę wszystko (nawet udawać, że przekraczam co najmniej rwący strumień, czy inne trzy stawy).
fot. A. Jaczewska
Na brzegu ławeczki przysiadłwszy, próbę sprężystości podjęła. Ten uśmiech, to naturalna reakcja na bardzo chłopską rozrywkę, czyli opalanie się na słońcu.
Jaczewskiej też nie było trzeba wiele, aby rozbudzić w sobie poczucie niczym nieskrępowanej radości i szczęśliwości. Chociaż oddałabym prawą rękę, że zaczęła już myśleć o wielkiej główce czosnku, którą całkiem niedługo wrzuci do naszego dipu.
Tutaj standardowe ujęcie "I am a photographer, I am an artist".
fot. A. Jaczewska
Jak widać - zaraźliwe.
fot. A. Jaczewska
W pewnym momencie słońce przygrzało mi dość mocno i z ocieplanych butów zimowych, przerzuciłam się wreszcie na japonki. Prawdę mówiąc, jest to moje ulubione wspomnienie z tego popołudnia. Przypomniałam sobie wówczas o tym, że pora na porządny pedicure...
W pewnym momencie słońce przygrzało mi dość mocno i z ocieplanych butów zimowych, przerzuciłam się wreszcie na japonki. Prawdę mówiąc, jest to moje ulubione wspomnienie z tego popołudnia. Przypomniałam sobie wówczas o tym, że pora na porządny pedicure...
fot. A. Jaczewska
Siedząc i rozmyślając o tym, jak ciężkie jest życie pięknych kobiet, zdałam sobie sprawę, że robienie zdjęć aparatem, który nie ma zepsutego niemalże każdego elementu z którego jest zbudowany, jest dosyć nudne, przewidywalne i nie ma w sobie absolutnie żadnej nutki dekadencji.
Siedząc i rozmyślając o tym, jak ciężkie jest życie pięknych kobiet, zdałam sobie sprawę, że robienie zdjęć aparatem, który nie ma zepsutego niemalże każdego elementu z którego jest zbudowany, jest dosyć nudne, przewidywalne i nie ma w sobie absolutnie żadnej nutki dekadencji.
Zdzwoniwszy się z trzecim elementem naszej układanki, postanowiłyśmy uczynić wieczór nieco mniej melancholijnym, a bardziej dekadenckim. A jako, że Pau nie trzeba dwa razy powtarzać - już niecałą godzinę później zasiadłyśmy do suto zastawionego stołu i niskooprocentowanych trunków!
Słabiutki (zdaniem Aleksandry) dip czosnkowy, rozszedł się niczym świeże bułeczki. Ostały się jedynie dwa rachityczne kawałeczki marchewki i trochę okruszków. Okazało się, że czosnek powoduje niespotykane wcześniej reakcje organizmalne, a nadużywany, może doprowadzić nawet do szaleństwa.
Dalsza część naszego wieczoru upłynęła w rytm hitu, który wszyscy kochamy, choć wstydzimy się do tego przyznać. Ja się nie wstydzę i mówię otwarcie, że łezka się w oku kręci, kiedy pomyślę o tych pięknych czasach Bravo, Bravo Girl oraz Popcornu, w których królowały plakaty pięknych chłopców z N'Sync....
Niech mówią, że to nie jest miłość! Mi ( oraz Nam) to absolutnie nie przeszkadzało! Zew natury okazał się silniejszy. Zresztą, niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie zatańczył przy tych boskich rytmach!
fot. A. Jaczewska
Tańczony przeze mnie lapdance, może trochę wypadł z kadru, ale zapewniam, że był emocjonujący niczym mecz krykieta pomiędzy Japonią a Uzbekistanem.
fot. A. Jaczewska
Pau jak zwykle dostała małpiego rozumu ( dzieje się to nawet po bezalkoholowym piwie). Na szczęście znana jestem z empatii, która to objawia się doprawdy niezwykłą umiejętnością przejmowania od otoczenia panującego w nim nastroju. Zresztą - jeśli wkraczasz między wrony, musisz krakać tak jak one!
fot. A. Jaczewska
fot. A. Jaczewska
fot. A. Jaczewska
Tańczony przeze mnie lapdance, może trochę wypadł z kadru, ale zapewniam, że był emocjonujący niczym mecz krykieta pomiędzy Japonią a Uzbekistanem.
fot. A. Jaczewska
Pau jak zwykle dostała małpiego rozumu ( dzieje się to nawet po bezalkoholowym piwie). Na szczęście znana jestem z empatii, która to objawia się doprawdy niezwykłą umiejętnością przejmowania od otoczenia panującego w nim nastroju. Zresztą - jeśli wkraczasz między wrony, musisz krakać tak jak one!
fot. A. Jaczewska
fot. A. Jaczewska
Tak, jak widać, działa na ludzi pełnia...
fot. A. Jaczewska
Okazało się, że na Pau podziałała jeszcze gorzej niż na mnie. Jako zagorzały wróg wszelkiego palenia, zadziwiła wszystkich siegając po okropnego pa-pie-ro-sa!
fot. A. Jaczewska
Po chwili jednak, przypomniała sobie, że chyba nie umi. I chyba nie lubi.
fot. A. Jaczewska
Zaczęła się krztusić, kaszleć i delikatnie mówiąc harchać. Co w kontekście jej historii o sklepowym bąku, wywarło na nas piorunujące wrażenie :P Pomyślałam wtedy, że jeśli zacznie gadać w obcych językach, trzeba ją będzie skrępować i poczytać Ewangelię.
Uspokoiwszy nieco nastroje, rozpoczęłyśmy nasze standardowe rozważania na temat Boga, miłości i przyszłości. Doszłyśmy do wniosku, iż najbardziej dochodowym interesem w Polsce byłoby wypiekanie opłatków. Na kuchennym stole rozpisałyśmy więc projekt "A-men", który w przyszłości z pewnością przyniesie nam krocie.
Temat wiary, miłości oraz przyszłości (a już w szczególności w triumwiracie) wprowadził mnie jak zawsze w nastrój bojowo-sarkastyczny.
fot. A. Jaczewska
(Tutaj zastanawiam się nad odpowiedzią na pytanie o to, jak będzie wyglądało moje życie za 365 dni)
fot. A. Jaczewska
Przerażona mina Tytusa, mówiła sama za siebie. Szybko więc zarządziłyśmy odwrót od filozoficznych dysput, rozważań oraz biznes planów i postanowiłyśmy w rytmie kolejnego bojsbendu opuścić (szukam dobrego i energetyzującego słowa)....kuchnię. Po prostu kuchnię.
Resztki autocenzury zakazują mi opisywać to, co działo się w drodze do kolejnego pitstopu. W każdym razie są pewne momenty, o których wolałabym nie pamiętać. O tych momentach woleli by pewnie nie pamiętać bywalcy zaprzyjaźnionych powiślańskich rewirów oraz warszawskiego metra. W każdym razie, moje nieudolne próby grania marsza żałobnego Szopena (na swoistym zapętleniu) skutecznie przepędziły tabuny potencjalnych fanów mojej twórczości. Ale przecież droga do sukcesu jest zawsze w budowie, a ostatni gasi światło.


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz