piątek, 29 kwietnia 2011

happiness isn't happiness without a violin-playing goat

Kiedy patrzę na moją matkę i jej męża, zawsze zastanawiam się nad przewrotnością losu. Dwie osoby, które poznały się 40 lat temu, stworzyły dwie  rodziny  i żyły odrębnym życiem po to, aby spotkać się ponownie w wieku pięćdziesięciu kilku lat i stwierdzić, że nie mogą bez siebie żyć.

Dwie osoby, które podczas wizyty na cmentarzu na grobach swoich rodziców, stoją  w odległości niecałych dwóch metrów od siebie. Albowiem oba nagrobki - mojej babci, oraz rodziców Zygmunta, dzieli tylko jedna cmentarna "kwatera". Niby nic takiego, a jednak.

Choć czasami zastanawiam się nad tym, czy nie lepiej zacząć w końcu traktować ludzi z  większą rezerwą, nieufnością i nutą cynizmu,  chwilę później  sama śmieje się do swoich myśli. Nie wiem czy byłoby łatwiej - na krótką metę może i tak. Ale to przecież nie ja. I choć może bywam w tym trochę śmieszna i trochę naiwna- jak nieśmiertelny Kulfon z ulicy Turmonckiej, to jednak w głębi duszy nie uważam, że to źle.
Nawet jeśli coś nie wychodzi, to i tak warto. Czasem dla jednej głupiej chwili, dla jednego ważnego wspomnienia. Dla jednej minuty, godziny, dnia czy roku. Dla jednej zapamiętanej melodii, smaku, czy zapachu. Nauczyłam się zapamiętywać takie rzeczy i kiedy tylko mam na to ochotę - zamykam oczy i przenoszę się do miejsc, chwil i sytuacji. Chcieć to fajne uczucie. Mieć ochotę się starać. Czuć. Nawet jeśli wymaga to odsłonięcia i narażenia się na mało przyjemne rzeczy. Lepsze to, niż nie czuć kompletnie nic, ale mieć złudne poczucie bezpieczeństwa. Ludzie przychodzą i odchodzą. Jedni  odchodzą na zawsze, inni wracają. Życie.

Happiness isn't happiness without a violin-playing goat - powiedziała bohaterka filmu, do którego nie wiedzieć czemu mam duży sentyment. I te skrzypce mają naprawdę bardzo piękny dźwięk. Nawet jeśli słychać go tylko przez chwilę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz