Zrobiło się w miarę ciepło, co stało się doskonałą okazją do odwiedzenia warszawskiego ZOO. Emocji co niemiara, a społeczeństwo wyedukowane w sztuce fotografii, dzielnie zabrało się za fotografowanie otaczającej zewsząd dzikiej natury.
Całkowicie przypadkowo okazało się, że ja i goryle mamy z sobą całkiem dużo wspólnego! Poniżej uzewnętrzniam najważniejsze punkty wspólne.
fot. Paulina Czarnecka
Wielogodzinny spacer stał się okazją do obserwacji wielu ciekawych zjawisk socjologicznych. Obserwacja dresa warszawskiego w jego naturalnym środowisku, przyniosła mi wiele cennych informacji, które to niewątpliwie poszerzyły moje horyzonty. Czasami miałam wręcz wrażenie, że przekroczyłam horyzont zdarzeń.
Warszawskie ZOO okazało sie bardzo dobrze przygotowane na tabuny wygłodniałych spacerowiczów. W ofercie parku znalazły się zdjęcia z kucykiem, medaliki z żyrafą, pluszowe słonie, jak i liczne fudkorty.
Konsumpcję rozpoczęlyśmy (ja i Czarnecka znaczy się) od standardowych lodów włoskich. Następnie bardzo płynnie przeszłyśmy do działu ziemniaczki opiekane, które przysporzyły mi wiele radości i uciechy!
fot. Paulina Czarnecka
Tutaj jeszcze poważnie podchodzę do sprawy, ponieważ mamusia uczyła, że nie należy bawić się jedzeniem.
fot. Paulina Czarnecka
Powaga nie trwała długo, bo nie oszukujmy się - za tymi okularami kryły się oczy głodnej Afryki, które na widok kartofla pospolitego, nabrały niespotykanego od dawna blasku! Pau nie była może aż tak zadowolona. Wynikało to chyba z faktu, iż zaraz po wejściu do ZOO oddałam jej 17 polskich złotych, które to byłam jej winna. Zostałam przez to goła i wesoła, dzięki czemu z radością poddałam się jej sponsoringowi. Tak! Zostałam zoolianką!
Najedzone i wypoczęte, nabrałyśmy ochoty na dalsze swawole. Jedynie ograniczenia wiekowe nałożone odgórnie przez ZOO, powstrzymały nas przed wykupieniem biletu na dmuchaną zjeżdżalnię, którą roboczo nazwałam "zrób mi dobrze".
fot. Paulina Czarnecka
Ten goryl z pewnością lubi swoją pracę. Co do ośmiornicy, nie mam pewności.
Wypstrykawszy trzy klisze poczułam się spełniona i uznałam, że dzień święty święcić trzeba dużo częściej. Zupełnie przypadkiem okazało się, że dwuosobowy bilet do ZOO na cały rok ( sic!) to wydatek rzędu 100 pln - co przyznaję, jest śmieszną kwotą, zważywszy na morze oferowanych atrakcji! Zresztą, ujrzawszy przy wyjściu pandę z rodziny żebrzących pomyślałam, iż wszelkie atrakcje ZOO oferowane są zdecydowanie "po kosztach" i bardzo pro-społecznie.
fot. Paulina Czarnecka
Remember, never say no to Panda! :-) A już na pewno, kiedy cel jest szczytny!





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz