Trakt brzeski. Droga Terespol-Warszawa.
Mijam kolejne wiejskie wesele i myślę o tym co mnie ominęło i o tym jak bardzo różnimy się od siebie, w obrębie sąsiadujących województw, miast powiatowych i gmin. Jak nam daleko do siebie przez te 200 km. Ludzie wsiadają do busika Garden Service i wysiadają z niego naprędce w mieście stołecznym Warszawa udając, że są tu od zawsze.
Myślę o życiu, które nie stanie się moim udziałem i oddycham z ulgą. Chyba jestem snobką.
Nie umiem poradzić sobie ze wszystkim tym, co małomiasteczkowe. Bo to co małomiasteczkowe - pełne jest żydowskiego, pedalskiego, i tego co-lu-dzie-po-wie-dzą. Mąż zdradza żonę, a winna tylko ta druga. Bo on pijany był i przecież nie jego wina.
Małomiasteczkowe jest wielkie żarcie. Piszingery i galarety z nóżek. Małomiasteczkowe są wielkie kościoły, w których co tydzień o 10:30 tłoczą się ludzie, by wysłuchać kto ile dał na witraż, a kto nie dał nic.
Małomiasteczkowa jest wreszcie Biała Sukienka, jako personifikacja kto-da-wię-cej.
I chyba nawet nie chodzi mi o tą przaśność w postaci wszechobecnego akordeonu, czy lilla róż garsonek. O dreszcze przyprawia mnie nieśmiertelna dulszczyzna w wersji hard. Nowoczesna Jagna, dobijana przez współczesne wiejskie kobiety. Antek Boryna, przewracający się do rowu po kolejnym mózgojebie i kurczak bez głowy, który biegnie w moim kierunku chwilę przed tym, nim budzę się w zimnym pokoju babci.
Dziewiętnasta z minutami, wysiadam pod Pałacem Kultury, uderzając głową w drzwi busika. I myślę sobie, że to miasto połyka łapczywie wszystkie małe miasteczka i cierpi na niestrawność. Podobno jesteś tym co jesz. I taka jest właśnie Warszawa - małomiasteczkowo wielkomiejska i zaskakująco mała.
I chyba nawet nie chodzi mi o tą przaśność w postaci wszechobecnego akordeonu, czy lilla róż garsonek. O dreszcze przyprawia mnie nieśmiertelna dulszczyzna w wersji hard. Nowoczesna Jagna, dobijana przez współczesne wiejskie kobiety. Antek Boryna, przewracający się do rowu po kolejnym mózgojebie i kurczak bez głowy, który biegnie w moim kierunku chwilę przed tym, nim budzę się w zimnym pokoju babci.
Dziewiętnasta z minutami, wysiadam pod Pałacem Kultury, uderzając głową w drzwi busika. I myślę sobie, że to miasto połyka łapczywie wszystkie małe miasteczka i cierpi na niestrawność. Podobno jesteś tym co jesz. I taka jest właśnie Warszawa - małomiasteczkowo wielkomiejska i zaskakująco mała.