Kiedy śnisz się komuś jako postać umierająca w męczarniach, która wymiotuje własną krwią - myślisz sobie będzie słabo.
Dwa miesiące temu powiedziałam "kurczę, jestem szczęśliwa. wszystko jest takie, jak być powinno i chcę aby tak było już zawsze". Ohh nooo...I tak samo jak umiera jednorożec, kiedy powiesz "ojtam ojtam", tak samo bogowie śmieją się z Ciebie wtedy, gdy powiesz im o swoich marzeniach.
W ciągu zaledwie kilku dni, domek z kart rozsypał się na moich oczach. Tytus the cat odszedł za tęczowy most, pociągając za sobą lawinę zdarzeń, które z krainy szczęśliwości zabrały mnie w miejsce, w którym niekoniecznie chciałabym być.
Człowiek jest podły - do wszystkiego przywyka. Przywykłam i ja do tej nowej rzeczywistości, w której go nie ma. Pojawiła się mała Prada, która bardzo szybko zagospodarowała przestrzeń wokół nas. Zagospodarowała też całkowicie przestrzeń władzy nad moim snem (a raczej jego brakiem) - ale to nic, bo zawsze byłam sową, bynajmniej nie rannym ptaszkiem.
Oglądałam właśnie amerykańską wersję "Otwórz oczy". Kolejny tam film o miłości niespełnionej i tym jak żyć. Płakałam jak głupia. Serio. I długo po tym, jak pojawiły się napisy końcowe, miałam wrażenie, że mogłabym płakać tak bez końca - nie wiedząc już sama nad czym tak płacze. I własnie tak - jedno wydarzenie, które wybija cię z przyzwyczajeń - z tego że coś jest, a potem nagle tego nie ma, sprawia że kompletnie tracisz grunt pod nogami.
Jest nowy kot - młody, zabawny, kochający i w dodatku przez wszystkich wokół uwielbiany. A mnie ogarnia coraz większy smutek. Umrzeć? Tego się nie robi człowiekowi.
Czuję złość, nad którą nie zawsze mogę zapanować. Przez 90% czasu trzymam w ryzach wszystko tak, jak zwykle. Może trochę bardziej przegnę z ironią, żartem, złośliwym komentarzem. Czasem wpadnę w fazę udowadniania swojej wartości, zbędnego popisu, wymądrzania, opowiadania idiotycznych historii. Przez pozostałe 10%, gdy nikogo nie ma wokół mnie i nie odgrywam konkretnej roli, złość i smutek biją się o swoje miejsce.
I na co zdała się ta cała kontrola? Pilnowałam zakręcania gazu, zamykałam drzwi i okna, pytałam "gdzie jest Tytus?" wychodząc z domu nawet na chwilę. A to i tak w niczym nie pomogło. Bo prawda jest taka, że jest całe mnóstwo rzeczy nad którymi nie mam kontroli i nigdy mieć nie będę.
Jestem jak ćma barowa Hoppera, siedzę przy barze życia i samotnie sączę kolejnego drinka. Widać mnie przez grubą szybę oświetlonego pomieszczenia, do którego nikt nie wchodzi.