Przypomniała mi się dzisiaj piosenka, którą zawsze śpiewała mi mama. Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga. Nie mam co prawda pewności, że śpiewała ją właśnie mnie - istnieje duże prawdopodobieństwo, że po prostu słyszałam ten utwór, kiedy wykonywała go moim starszym siostrom. Ale wolę wierzyć, że mimo braku zdjęć z dzieciństwa, mogła ją śpiewać specjalnie dla mnie.
Pamiętam na pewno, że kiedyś, nakłoniona moimi licznymi postękiwaniami, mama przeczytała mi na dobranoc bajkę - Wilk i zając. Nie wiem jak to możliwe, ale do tej pory pamiętam klatka po klatce, jak siada koło mnie na łóżku, otwiera mocno zużytą już książkę i czyta z lekko rosyjskim akcentem.
Zawsze wzbudzałam lekkie przerażenie całej rodziny, ponieważ pamiętałam rzeczy, o których w zasadzie nie mam prawa pamiętać - czasami nawet chwile spędzone w żłobku. Wracają do mnie bardzo wyraźnie, jak film odtwarzany w magnetowidzie.
Pamiętam taki niebieski narożnik na którym spałam wraz z mamą i taką okropną małą lampkę z żółtym abażurem, który niegdyś miał zresztą kolor biały. Pamiętam każdy jej szczegół.
Mówić zaczęłam jak miałam 8 miesięcy. Sprawnie recytowałam "kto misiowi urwał ucho" :-)
Pamiętam tatę, który miał w obowiązkach suszyć mi głowę (dosłownie i w przenośni) i pamiętam, że zawsze się strasznie wkurzałam, bo kompletnie nie umiał tego robić.
Pamietam moją siostrę, która przymuszana do kąpania mnie co wieczór, zlośliwie podtapiała mnie w wannie. Pamiętam też, że wredne siostry Kopciuszka, ciągle przywiązywały mnie do łóżeczka za pomocą plastikowych, okrągłych przytrzymywaczy do kołderki ( nie wiem jak inaczej je nazwać). Przed moją mamą udawały najświętsze siostrzyczki, podczas gdy de facto się nade mną znęcały :-)
Pamietam również, iż od dzieciństwa wpajano mi szacunek do jedzenia i picia. Zmotywowana tą lekcją, przed podróżą do babci ( 300 km), zdecydowałam się z poświęceniem na opróżnienie dzbanka herbaty, który został po śniadaniu. Skończyło się to tragicznie, gdyż tata nie chciał uwierzyć, iż ja naprawdę co te 15 minut mam potrzebę zatrzymania się w lesie.
Pamiętam także swoją niechęć do żeberek, które to mama kazała mi zjeść mówiąc, że dopóki tego nie zrobię, nie odejdę od stołu. Żeberka owszem zjadłam. Chwilę później oddałam co wzięłam.
Pamiętam też siebie, z małą plastikową gitarą, kiedy to na koncertach Freddiego Mercury w telwizorni, wyskakiwałam wślizgiem na środek dużego pokoju i z ogromnym zacięciem wtórowałam wokaliście Queen, czując sie jak prawdziwa gwiazda rocka. Tak samo miałam z boskim Majkelem, do którego tańcowałam już w zaciszu swojego pokoju, w niezapomnianej różowej koszuli w kratkę.
Nigdy też nie zapomnę mojego pierwszego publicznego występu na wczasach w Budach Grabskich. Przebrana za ortalionową pszczółkę Maję, śpiewałam przed tlumem rodziców i ich pociech piosenkę o tym samym tytule. W środku utworu urwałam, bo zapomniałam tekstu. Niczym nie zrażona, krzyknęłam w mikrofon "Marta, jak było dalej?". Nie straszna mi była trema. Nieznane uczucie wstydu. Szkoda, że z wiekiem to się zmienia.
Takich wspomnień jest naprawdę dużo. Wracają głównie w święta. Wtedy też zdaje sobie sprawę, że co jak co, ale siostry Kopciuszka nie są takie złe. Fajne jest to, ze możemy się od czasu do czasu spotkać, napić wina i porozmawiać na najbardziej nawet intymne tematy. Jest przy tym zawsze dużo śmiechu.
Nie myślałam, że tak będzie. Ale to bycia siostrą też się chyba po prostu dorasta.