W jednym z moich ulubionych filmów, główny bohater wypowiada zdanie "Nie myśl, że mnie znasz. Twoje przeczucia są gówno warte". Czasami mam ochotę powiedzieć to samo. Wielu osobom wydaje się, iż bardzo dobrze mnie znają i potrafią przewidzieć większość moich zachowań i reakcji. Nie przeczę, że istnieją ludzie, którzy faktycznie to potrafią. Tymczasem ja sama nie jestem ich już pewna, więc tym bardziej ośmielę się odebrać innym prawo do mojej przewidywalności.
Mam taką teorię, że każda kolejna osoba, która pojawia się w twoim życiu ma de facto jeszcze bardziej przejebane niż poprzednia. Zaczynasz od tabula rasa, potem na kartce pojawiają się małe bazgroły. Z biegiem czasu, kartka pełna jest kolejnych rysunków, podkreśleń, przekreśleń, a nawet dziur - wybitych w niej w stanie niestabilności emocjonalnej. Cały cymes w tym, że notatki rzadko kiedy nanoszone są ołówkiem. Najczęściej jest to chamski czarny długopis, dzięki czemu raz naniesionych uwag nie da się już wymazać.
Ktoś odchodzi, ktoś przychodzi. Ten, kto odchodzi zostawia ślad, którego nie da się w żaden sposób usunąć. Z czasem dopiero zaczyna być jakby bledszy, mniej wyraźny. Ten kto przychodzi natomiast, ma problem. Wszystko to co mówi i robi wywołuje nasze skojarzenia. Nawet jeśli brzmi dobrze, w popłochu wertujemy nasze notatki, by chwilę później stwierdzić z tryumfem - Ha! To już było. Sprawdzam!
Bardzo ciężko jest być z kimś, bez odczuwania pokusy zajrzenia w swoje notatki. Czasami jest to wręcz niemożliwe. Dlatego też zamiast być łatwiej, z każdym kolejnym doświadczeniem, jest jakby trudniej. Trudniej, bo wydaje się nam, że nic nas już nie może zaskoczyć. Było już "misiu", były kwiaty i wszystkie te jarmarczne dodatki. I kiedy znowu się pojawiają, zamiast wzbudzić radość, przywołują analogicze sytuacje.
Ciekawe, czy z czasem można nauczyć się żyć bez kartki. Bez standardowych odpowiedzi, bez gotowych scenariuszy i bez pilnego notowania ku potomności. Ciekawe.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz