Ja i Jaczewska jestesmy gangsta. Bardzo gangsta ( choć Jaczewska wygląda jak gangsta Amisz :P )
Ja mam łańcuch - ona ma dużego gnata. Jesteśmy postrachem Wierzbowej. I żaden mały ziomek nam nie podskoczy. Yoł.
piątek, 28 stycznia 2011
lachon - historia prawdziwa vol.1
Tak, to ja. A raczej moja dupa i Ja. Tworzyliśmy wówczas dwa odrębne byty. Ona - w tej dziwnej krótkiej spódniczce i ja. Owszem, nie mylicie się - to czerwone coś na mojej ręce, to kula. Do kręgli. Po ułożeniu ciała od razu widać, że jestem profesjonalistą. Krótki rozbieg a'la Fred Flinstone i tłumy szaleją....ze śmiechu.
Tym wstępem rozpoczynam opis mojej mrocznej przeszłości. Przed wami jedyna prawdziwa historia Knixa - lachona. Jazda bez trzymanki, 100% kwasu w kwasie, czyli bez zasad.
W dzisiejszym odcinku bedzie o całowaniu! Sooo:
Był taki moment w moim zyciu, że całowałam wszystko i wszystkich. Całkowicie nieintencjonalnie i nad wyraz przypadkowo. No i tylko na zdjęciach. Powstała nawet swego rodzaju teoria, iż po prostu próbuje skompletować sobie portfolio "całuśnych" zdjęć ze wszystkimi wokół, co potem niechybnie wykorzystam np. na pudelku, gdy powyźsi bedą już sławni.
I tak oto, dopadłam moje własne dziecko:
Nie uchronił się też Majki... (ale to pewnie z okazji moich urodzin)
Nie oparł mi się Leo....
Czy nawet unikająca mnie wówczas Tygrysica!
W kontekście padalca, nic to jednak nie znaczy....Jego też dorwałam i było grubo!
Wszystko to oczywiście przy kompletnym braku zgody wszystkich wymienionych. Za nic miałam sobie okrzyki protestów. Brałam co chciałam, jak chciałam i kiedy chciałam. Byłam w końcu lachonem - nie miałam moralności - żyłam w całkowitym poczuciu bezkarności!
I tak, zgadza się. Stan permanentnej nietrzeźwości mógł byc prowodyrem owej rozwiązłości. Za co wszystkich (a głównie padalca, bo naprawdę nie mógł się bronić) przepraszam.
niedziela, 23 stycznia 2011
troglodyta
Tak. Przyznaje. Czasami więcej we mnie z troglodyty, niż erudyty. A wszystko to prowadzi do prostej jak budowa cepa konkluzji, że rozwój intelektualny niekoniecznie idzie w parze z rozwojem emocjonalnym. Dlatego też bez bicia i przymusu przyznaje, że czasami jestem emocjonalnym troglodytą.
Za stan faktyczny winić mogłabym wiele osób, sytuacji, wydarzeń i okoliczności. Ale tak naprawdę, winić powinnam tylko i wyłącznie siebie. Za ignorancję. Za próbę wchodzenia do czyjejś głowy i interpretowania tego co się w niej znajduje i jakoś przypadkowo zawsze czynienia tego w najgorszy z możliwych sposobów ( przecież ja "wiem lepiej"! ) Za komplikowanie rzeczy naprawdę prostych tylko dlatego, że nie dopuszczam do siebie myśli, iż ława przysięgłych mogłaby wydać wyrok inny niż skazujący.
Tak, jestem troglodytą. Czasami próbuje być też erudytą. Podobno tylko stołki nie zmieniają zdania, a stare psy nie uczą się nowych sztuczek. Arrrggghhhh! :) Rarrrrrrrrrrrgh! Howk!
środa, 19 stycznia 2011
szklany klosz
Skąd mogłam wiedzieć, czy kiedyś, w przyszłości, w Europie czy gdzie indziej – szklany klosz znowu na mnie nie spadnie, nie nakryje mnie, zniekształcając moje widzenie świata - tyle o kloszu od Sylwii Plath.
Tymczasem skąd mogłam wiedzieć, że pewnego letniego poranka, przeciągając się rozkosznie w kuchni, podczas przygotowań do porannej kawy, oberwę szklanym kloszem prosto w głowę? Nie mogłam. Stało się. Był to zamach idealny - sprowokowany posuwistym ruchem własnej ręki, która to dzierżyła wówczas wielki kubek, który to z kolei w zetknięciu z gigantycznym szklanym kloszem wywołał wielkie "bum". Szklany klosz rozprysnął się nad moją głową na drobniutkie kawałeczki, mi samej nie czyniąc na szczęście większej krzywdy.
Wkrótce okazało się jednak, iż radosny fakt przeżycia przeze mnie tego jakże groźnego wypadku, nikogo z grubsza nie interesował. Punktem centralnym stała się natomiast wartość klosza. Oceniona wstępnie na 750 pln brutto ( słownie: siedemset pięćdziesiąt złotych polskich brutto), wywołała na mojej twarzy szok większy, niż w momencie jego spadania na moją głowę. Otrzymawszy rachunek strat i zysków od właścicieli klosza ( zysków brak, straty duże) pomyslałam, że korzystniej dla mnie byłoby, gdyby jego fragmenty wbiły mi się np. w szyję, przecinając aortę lub raniąc inne ważne organy. Wtedy przynajmniej pies z kulawą nogą by się o mnie zatroszczył, zamiast rozważać wartość faktyczną i sentymantalną KLOSZA ( słownie : k-l-o-s-z-a)
Otrzymawszy dzisiaj rachunek za powyższy, w dodatku nieco zawyżony, usłyszałam w swojej głowie Sylwię. Parafrazując powyższą, powiem : Destroying is an art, like everything else. I do it exceptionally well.
wtorek, 4 stycznia 2011
kiedy łączy nas kwiatek w doniczce :]
Encyklopedycznie, relacja to zależność między dwoma bądź większą liczbą elementów. Socjobiolodzy uznają związek za podstawowy model stosunków między ludźmi. Niemniej skłaniają sie do kwalifikacji związku jako monogamii ze skłonnością do zdrady. Tyle nauka.
Zastanawiam się czasami nad tym, co sprawia, że dwoje ludzi chce być razem. Co sprawia, że decydują się na spędzanie swojego życia we dwoje. I im bardziej obserwuje otaczającą rzeczywistość, tym trudniej jest mi odpowiedzieć na to pytanie.
Kiedyś powiedziałabym, że miłość. Później, skłoniłabym sie do wersji: przywiązanie. Nie przyzwyczajenie, tylko przywiązanie właśnie. Przywiązujemy sie do innych osób, co zmienia nasz sposób postrzegania na tyle, że rzeczy, które nie "przeszłyby" na początku owego bycia razem, po dłuższym czasie przejść już muszą. Bo wspólni znajomi, bo mama lubi, bo pies i kot, bo dziecko, bo kredyt, kwiatek, rachunki i Twoja kolej mycia wanny.
Staram się być lepsza, staram się nie denerwować swoimi przyzwyczajeniami, staram się by było miło, ciepło i wygodnie. Staram się - powie większość z Nas, wkurzonych na to, że mimo wszystko nie wychodzi :] Zawzięcie nie umiemy odpuścić.
Tymczasem to chyba nie o to chodzi aby w relacji z drugą osobą się "starać". Staranie się sprawia, że próbujemy być tacy, jakimi się od Nas oczekuje, że będziemy. Tymczasem w sensownej relacji nie powinno chyba chodzić o to, że ktoś się stara, tylko o to, że po prostu jest - bez starań, bez dostosowania do sytuacji, bez przełykania złości tylko po to aby nie doszło do zagrażającego spięcia.
Mówiąc o staraniu, nie mam oczywiście na myśli drobiazgów - jak drobne romantyczne lub nieromantyczne gesty mające na celu sprawić, że osoba z którą jesteśmy poczuje sie wyjątkowo lub po prostu zwyczajnie się uśmiechnie. Mam na myśli to nieustanne poczucie, że coś musimy robić, bo inaczej porozjeżdżamy się w przeciwstawnych kierunkach.
Jakiś czas temu wpadł mi w ręce wywiad z Jandą, w którym opowiadała o swoim mężu Edwardzie Kłosińskim. Pomyślałam wtedy, że jest w tym coś pięknego. I że zazdroszczę.
poniedziałek, 3 stycznia 2011
każdy ma swoje magdalenki
Przypomniał mi się smak wody z cytryną , jaką moja mama robiła mi gdy byłam mała. Jest to jeden z kilku szczególnych smaków, które będę pamiętać całe moje życie. Coś jak magdalenki Prousta, których wspomnienie było dla niego na tyle wyraźne, że potrafił je po wielu latach oddać w tak perfekcyjny i niemalże zapachowy sposób.
Pamiętam także smak wafelków kuku ruku, które były jednym z najważniejszych smaków mojego dzieciństwa. Do tej pory wspominam kiosk z zapiekankami, w którym można było wymieniać powtarzające sie w wafelkach naklejki. Za pieniądze otrzymane od babć i ciotek na swojej pierwszej komunii, kupiłam cały karton wafelków, które zjadłam niemalże tego samego dnia.
Byłam też dzieckiem z "gestem". Wszystkim osiedlowym rozrabiakom kupiłam wówczas po 10 kulek lodów w osiedlowej lodziarni, aby raz a dobrze zaspokoić żądze wszystkich w tej materii. To był chyba moment przełomowy, który sprawił, iż nie jestem już takim wielkim fanem tego produktu :-) Chociaż jak przypomnę sobie smak wielkich lodowych bloków z Hortexu, to mam czasami ochotę znowu tego spróbować.
Kolejnym wspomnieniem jest podwórko mojej kamienicy, na którym to mieścił się wielki ceglany śmietnik porośnięty latoroślą. Potrafiłam przesiadywać na nim godzinami, snując plany na przyszłość. Podczas gdy moja najstasza siostra umawiała sie na pierwsze randki, ja nieustannie próbowałam zdobywać serce jej ówczesnych chłopców i nakłaniałam ich do kupowania mi mamby i innych słodyczy. Zawsze z powodzeniem.
Pamiętam też, jak udało mi się przekonac moją siostrę do wagarów, udowodniwszy jej, że Generał Dajmos to fantastyczny serial. Od tego momentu wagarowałyśmy już obie, pilnie sledząc losy Kazui i skrzydaltej Eriki :D
Pamiętam oczekiwanie, aż mama wróci z pracy z zakupami. Wyglądało to zawsze jak najazd szarańczy. Kiedy tylko przekraczała próg naszego mieszkania, wszystkie trzy odbierałyśmy z "troską" siatki z jej rąk i dobierałyśmy się do zamówionych specjałów. Moim najważniejszym wówczas produktem, był serek danio o smaku orzechowym. Nie wiem czemu, w którymś momencie ( ku mojej wielkiej rozpaczy!) przestali go produkować.
Pamiętam też moją mamę palącą w kuchni żołte camele i moją siostrę, która towarzyszyła jej wtedy wcinając wraz z nią na potęgę kanapki na bułce rustico. Potrafiły peorować godzinami na temat tego jak minął im dzień i co należy zrobić. Byłam zawsze trochę o to zazdrosna, ponieważ mnie mama nigdy nie pytała o zdanie.
Pamiętam też pierwszą lekcję dorosłości, kiedy to spacerując z moją najstarszą siostrą, wypowiedziałam zdanie, iz "mama musi mi kupić harcerski strój w składnicy". Moja siostra spojrzała wtedy na mnie i powiedziała, że: "Nie. Mama nic nie musi". Moja roszczeniowa postawa została ukarana brakiem harcerskiego wdzianka i raz na zawsze zapamiętałam, że nie mam prawa oczekiwać, iż coś zostanie mi dane tylko dlatego, że ja tak chcę.
Pamiętam też kolacje robione przez mamę. A najlepiej kluski leniwe z tartą bułką na wierzchu. Toczyłam wieczne wojny podjazdowe o jak największą jej ilość na mojej porcji. Podobnie było z naleśnikami. Tych z serem nie ruszałam, a o te przypieczone z dżemem - walczyłam jak lwica Uanga :D hah. Trochę za tym tęsknie. Ale tylko trochę.
sobota, 1 stycznia 2011
friends!
Przyjaciele. Bez nich byłoby naprawdę nudno. Kiedy tracisz już nadzieję na to, że będzie dobrze i werterowskim ruchem lecisz na ziemię wraz z przypadkowo złapanymi drzwiczkami od kuchenki gazowej, są przy Tobie, aby to dokładnie zapamiętać i wypominać ci ten fakt przez kolejne 1,5 roku :P
Zawsze wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewasz, wrzucą na fejsbuka otagowane zdjęcie, na którym wyglądasz jak pół dupy z za krzaka, czyli na przykład tak:
Nie pozwolą ci zapomnieć, iż miałaś kiedyś różowy sweterek i odrobinę ducha patriotyzmu w sobie. Nie pozwolą ci zapomnieć o tym, że na mecz polskiej reprezentacji ubrałaś się w króką spódniczkę i rozkoszne balerinki. Co to to nie.
Ale nic to. Najważniejsze w przyjaciołach jest też to, że na każdym kroku okazują ci tęsknotę za Twoją osobą. Wystarczy że nie ma cię chwilę w pracy, a już kombinują jakby ci tu uprzyjemnić życie po powrocie do powyższej, tłumacząc, że to działalność mająca na celu ochronę przed kurzem i zarazkami.
Kiedy twoi przyjaciele gdzieś wyjadą, zawsze wiedzą co się dla Ciebie naprawdę liczy i zamiast bzdurnych fotografii morza, gór i innych krajobrazów, dokumentują to, co ich zdaniem jest dla Ciebie najważniejsze!
To przyjaciele rysują dla Ciebie fuck off monalizę, przychodzą do Ciebie z 2 litrowym saganem wina i objadają cię w pracy z Twojego śniadania. To przyjaciele mówią ci, że jesteś durniem i to oni niezmiennie powtarzają ci, że :
Przyjacielowi nie musisz nawet sugerować, że nie lubisz pić do lustra. On już stoi przy barze i zamawia dla Ciebie kolejkę, pytając nieśmiało, czy szisza azaliż "cytryna-mięta"?
Prawdziwy przyjaciel zawsze odnajdzie Twój ogon i przymocuje go we właściwym miejscu. Kiedy dzwonisz nie mówi "halo?", tylko "będę za 15 min", automatycznie wyczuwając po co dzwonisz. Przyjaciele nie są może nieomylni, nie są oczywiście bezproblemowi i zdecydowanie się z Tobą nie cackają. Ale też nie obrażają się, kiedy zaczynasz się śmiać do rozpuku nad ideą zakupu przez nich spodni - rurek :D
Co wieczór więc modlę się o to, aby byli tacy jacy są i nigdy się nie zmieniali :P
Amen!
Subskrybuj:
Posty (Atom)













