wtorek, 4 stycznia 2011

kiedy łączy nas kwiatek w doniczce :]

Encyklopedycznie, relacja to zależność między dwoma bądź większą liczbą elementów. Socjobiolodzy uznają związek za podstawowy model stosunków między ludźmi. Niemniej skłaniają sie do kwalifikacji związku jako monogamii ze skłonnością do zdrady. Tyle nauka.

Zastanawiam się czasami nad tym, co sprawia, że dwoje ludzi chce być razem. Co sprawia, że decydują się na spędzanie swojego życia we dwoje. I im bardziej obserwuje otaczającą rzeczywistość, tym trudniej jest mi odpowiedzieć na to pytanie.

Kiedyś powiedziałabym, że miłość. Później, skłoniłabym sie do wersji: przywiązanie. Nie przyzwyczajenie, tylko przywiązanie właśnie. Przywiązujemy sie do innych osób, co zmienia nasz sposób postrzegania na tyle, że rzeczy, które nie "przeszłyby" na początku owego bycia razem, po dłuższym czasie przejść już muszą. Bo wspólni znajomi, bo mama lubi, bo pies i kot, bo dziecko, bo kredyt, kwiatek, rachunki i Twoja kolej mycia wanny.

Staram się być lepsza, staram się nie denerwować swoimi przyzwyczajeniami, staram się by było miło, ciepło i wygodnie. Staram się - powie większość z Nas, wkurzonych na to, że mimo wszystko nie wychodzi :] Zawzięcie nie umiemy odpuścić.

Tymczasem to chyba nie o to chodzi aby w relacji z drugą osobą się "starać". Staranie się sprawia, że próbujemy być tacy, jakimi się od Nas oczekuje, że będziemy. Tymczasem w sensownej relacji nie powinno chyba chodzić o to, że ktoś się stara, tylko o to, że po prostu jest - bez starań, bez dostosowania do sytuacji, bez przełykania złości tylko po to aby nie doszło do zagrażającego spięcia.

Mówiąc o staraniu, nie mam oczywiście na myśli drobiazgów - jak drobne romantyczne lub nieromantyczne gesty mające na celu sprawić, że osoba z którą jesteśmy poczuje sie wyjątkowo lub po prostu zwyczajnie się uśmiechnie. Mam na myśli to nieustanne poczucie, że coś musimy robić, bo inaczej porozjeżdżamy się w przeciwstawnych kierunkach.

Jakiś czas temu wpadł mi w ręce wywiad z Jandą, w którym opowiadała o swoim mężu Edwardzie Kłosińskim. Pomyślałam wtedy, że jest w tym coś pięknego. I że zazdroszczę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz