piątek, 26 października 2012

the winter is coming

Mamy dzisiaj takie czasy, że przyczyna rozjechała się ze skutkiem.

Słowo rozjechało się z czynem.

Rzeczy rozjechało się z wistość i odbierane jest poprzez pryzmat nadajnika lub wykupionego abonamentu.

Owce Marii Peszek giną w owczym pędzie.  A ona odłącza się od stada i siada.

Siedzę i ja. Stada już nie ma. Zamiast owiec i baranów liczę (na) siebie.   

Od kilku dni z pasją godną lepszej sprawy, odcinek za odcinkiem, śledzę losy żywych trupów. Tak! Serial o zombie (słownie: zombie) potrafił utrzymać mnie przed telewizorem bite 15 godzin. Z wypiekami na twarzy śledzę losy grupy ludzi starających się zwiać przed bandą powłóczących nogami głodnych kretynów.

Wracając z pracy do domu, nieustannie zastanawiam się na tym, gdzie w razie ataku zombie najlepiej byłoby się schować i dlaczego zombie bez jedzenia nie umierają. I niejako widzę w tym serialu kolejną próbę podsumowania kondycji współczesnego świata (hihi).

Zombie to być może krwista metafora korposzczurów – którzy dzień w dzień powłócząc nogami snują się w kierunku swoich metalowych puszek. Pozostali próbują uciekać, ale nie mają szans w starciu z chmarą umarlaków.

Wszystkie zombie często idą w stadzie, wydają z siebie dziwne dźwięki i mają niezwykle podobne do Courtney Love twarze. Napotykając na przeszkodę, jęczą „agghhh, baghh”, a także bulgoczą, nie starając się znaleźć innego, niż siłowo - napierające rozwiązania.

Anyway, intelektualny kwiat lotosu rodzi się w bólach w mojej głowie. Naciągnąwszy parę zwojów i kilka nawet przegrzawszy, dochodzę do wniosku, że nic z tego co się ostatnio dzieje,  nie dorasta poziomem dramatyzmu do ataku żywych trupów. No a tak na marginesie nie możemy zapomnieć, że  the winter is coming.


środa, 17 października 2012



Nic nie jest mi tak bardzo bliskie, jak melancholia. Jesienna przyjaciółka, która w najmniej spodziewanym momencie unieruchamia mój aparat mowy i skłania do podróżowania w głąb tego, co na co dzień pozostaje w przestrzeni między żebrami.

Idę na dworzec Ochota i zwisam z ławki czekając na pociąg o 8:48. Często wychodzę za późno z domu i muszę podbiegać. W pociągu czytam książkę i zwisa mi to co czytam.  Zwisa mi też to co piszę.

Wewnętrzne pióro kreśli jednak jasną sytuację społeczną: widzę siebie siedzącą (powiedzmy na huśtawce) i palącą papierosa. Z Akademii Muzycznej dobiega dźwięk fortepianu, a ja bujam się w tę i z powrotem. Obraz ten nazywam „Znowu się bujam” (złoty dwadzieścia, po raz trzeci, sprzedane). Podobieństwo do zwisania, możemy w tym przypadku uznać za nieprzypadkowe.

Patrząc na krajobrazy okolic Dworca Zachodniego myślę o tym, że nie umiem płakać na bogato - co pasowało by idealnie do stworzonego naprędce w głowie obrazka. Za to lubię mieć, Leonardzie,  łzy w oczach. Lubię, kiedy zbierają się w kąciku i napierają -  mam wtedy poczucie kontroli. Ode mnie zależy, czy popłyną dalej, czy też uschną sfrustrowane, nie pozostawiając po sobie absolutnie żadnego wrażenia.

Czytam książkę i zatrzymuję się na stronie 335-ej. Po raz trzeci czytam następujący akapit: Stajemy się prawdziwą rodziną. Liczyłem na to, że już za jakieś 10 lat  będziemy tak poranieni i się nienawidzący, że sobie bardzo bliscy. Bo człowiek człowieka najłatwiej poznaje po ranach i bliznach. Wystarczy pomacać i zapamiętać, gdzie bolało najbardziej [I.K] – tak oto mówi Eros, który wraz z Aresem i Hermesem zstąpił na ziemię, by wieść przez pół wieku życie człowiecze.

I tak chyba trochę jest, że łączy nas odi et amo życia codziennego. Kochamy i nienawidzimy – najczęściej faktycznie w tym samym momencie. Jeśli coś przestaje być naprawdę dla nas ważne, przestajemy o tym mówić – a skoro wciąż mówimy, oznacza to ni mniej ni więcej, że nadal ma dla nas znaczenie. Czy tego chcemy, czy nie.

Być może najbliżsi są nam ludzie, którzy nas ranią. W zamian my ranimy ich.  To nas zbliża i łączy nierozerwalnie (być może na zawsze). Bo ktoś, kto jest nam obojętny emocjonalnie, nie jest w stanie nas skrzywdzić jakoś szczególnie dotkliwie. Może nam sprawić krótkotrwałą przykrość, wkurzyć, czy zestresować – jednak w dłuższej perspektywie czasu spływa to po nas jak po kaczce.

Stare polskie przysłowie mówi, że wrogowie mojego wroga są moimi przyjaciółmi. Tradycja przekształcania uczuć negatywnych w nierozerwalną nić porozumienia jest długa. Wzmacniamy więc swoje związki poprzez zazdrość i  zdradzamy z tęsknoty za tymi, których zdradziliśmy.

Podobno kobiety często biorą za miłość,  nieposkromioną i opętaną chęć ustawicznego mszczenia się za zawiedzione uczucia.  Często staje się ona namiętnością silniejszą od miłości, która też silniej niż miłość przywiązuje [S.D].

Mijając stację Warszawa Rakowiec myślę o tym, że każdy z nas na kimś się mści. Raz bardziej, a raz mniej. Czasem z premedytacją, a czasem mimochodem - za grzechy naszych ojców, za grzechy naszych matek. Za to kim byliśmy i za to kim przez to jesteśmy. Czasem za to, kim nigdy nie będziemy. Powód nie jest równoznaczny z przyczyną. Przyczyna nie jest powodem.

Warszawa Żwirki i Wigury. Mijający mnie tłum faluje i przyspiesza kroku. Myślę wtedy, że każdy z nas kogoś nienawidzi. Najczęściej siebie.