Mamy dzisiaj takie czasy, że przyczyna rozjechała się ze skutkiem.
Słowo rozjechało się z czynem.
Rzeczy rozjechało się z wistość i odbierane jest poprzez pryzmat nadajnika lub wykupionego abonamentu.
Owce Marii Peszek giną w owczym pędzie. A ona odłącza się od stada i siada.
Siedzę i ja. Stada już nie ma. Zamiast owiec i baranów liczę (na) siebie.
Od kilku dni z pasją godną lepszej sprawy, odcinek za odcinkiem, śledzę losy żywych trupów. Tak! Serial o zombie (słownie: zombie) potrafił utrzymać mnie przed telewizorem bite 15 godzin. Z wypiekami na twarzy śledzę losy grupy ludzi starających się zwiać przed bandą powłóczących nogami głodnych kretynów.
Wracając z pracy do domu, nieustannie zastanawiam się na tym, gdzie w razie ataku zombie najlepiej byłoby się schować i dlaczego zombie bez jedzenia nie umierają. I niejako widzę w tym serialu kolejną próbę podsumowania kondycji współczesnego świata (hihi).
Zombie to być może krwista metafora korposzczurów – którzy dzień w dzień powłócząc nogami snują się w kierunku swoich metalowych puszek. Pozostali próbują uciekać, ale nie mają szans w starciu z chmarą umarlaków.
Wszystkie zombie często idą w stadzie, wydają z siebie dziwne dźwięki i mają niezwykle podobne do Courtney Love twarze. Napotykając na przeszkodę, jęczą „agghhh, baghh”, a także bulgoczą, nie starając się znaleźć innego, niż siłowo - napierające rozwiązania.
Anyway, intelektualny kwiat lotosu rodzi się w bólach w mojej głowie. Naciągnąwszy parę zwojów i kilka nawet przegrzawszy, dochodzę do wniosku, że nic z tego co się ostatnio dzieje, nie dorasta poziomem dramatyzmu do ataku żywych trupów. No a tak na marginesie nie możemy zapomnieć, że the winter is coming.