Nic
nie jest mi tak bardzo bliskie, jak melancholia. Jesienna przyjaciółka, która w
najmniej spodziewanym momencie unieruchamia mój aparat mowy i skłania do
podróżowania w głąb tego, co na co dzień pozostaje w przestrzeni między
żebrami.
Idę
na dworzec Ochota i zwisam z ławki czekając na pociąg o 8:48. Często wychodzę
za późno z domu i muszę podbiegać. W pociągu czytam książkę i zwisa mi to co
czytam. Zwisa mi też to co piszę.
Wewnętrzne
pióro kreśli jednak jasną sytuację społeczną: widzę siebie siedzącą (powiedzmy na
huśtawce) i palącą papierosa. Z Akademii Muzycznej dobiega dźwięk fortepianu, a
ja bujam się w tę i z powrotem. Obraz ten nazywam „Znowu się bujam” (złoty
dwadzieścia, po raz trzeci, sprzedane). Podobieństwo do zwisania, możemy w tym
przypadku uznać za nieprzypadkowe.
Patrząc
na krajobrazy okolic Dworca Zachodniego myślę o tym, że nie umiem płakać na
bogato - co pasowało by idealnie do stworzonego naprędce w głowie obrazka. Za
to lubię mieć, Leonardzie, łzy w oczach.
Lubię, kiedy zbierają się w kąciku i napierają - mam wtedy poczucie kontroli. Ode mnie zależy,
czy popłyną dalej, czy też uschną sfrustrowane, nie pozostawiając po sobie
absolutnie żadnego wrażenia.
Czytam książkę i zatrzymuję
się na stronie 335-ej. Po raz trzeci czytam następujący akapit: Stajemy się prawdziwą rodziną. Liczyłem na
to, że już za jakieś 10 lat będziemy tak
poranieni i się nienawidzący, że sobie bardzo bliscy. Bo człowiek człowieka
najłatwiej poznaje po ranach i bliznach. Wystarczy pomacać i zapamiętać, gdzie
bolało najbardziej [I.K] – tak oto mówi Eros, który wraz z Aresem i
Hermesem zstąpił na ziemię, by wieść przez pół wieku życie człowiecze.
I
tak chyba trochę jest, że łączy nas odi et amo życia codziennego.
Kochamy i nienawidzimy – najczęściej faktycznie w tym samym momencie. Jeśli coś
przestaje być naprawdę dla nas ważne, przestajemy o tym mówić – a skoro wciąż mówimy,
oznacza to ni mniej ni więcej, że nadal ma dla nas znaczenie. Czy tego chcemy,
czy nie.
Być
może najbliżsi są nam ludzie, którzy nas ranią. W zamian my ranimy ich. To nas zbliża i łączy nierozerwalnie (być może
na zawsze). Bo ktoś, kto jest nam obojętny emocjonalnie, nie jest w stanie nas
skrzywdzić jakoś szczególnie dotkliwie. Może nam sprawić krótkotrwałą
przykrość, wkurzyć, czy zestresować – jednak w dłuższej perspektywie czasu
spływa to po nas jak po kaczce.
Stare polskie przysłowie
mówi, że wrogowie mojego wroga są moimi przyjaciółmi. Tradycja przekształcania
uczuć negatywnych w nierozerwalną nić porozumienia jest długa. Wzmacniamy więc
swoje związki poprzez zazdrość i zdradzamy z tęsknoty za tymi, których
zdradziliśmy.
Podobno
kobiety
często biorą za miłość, nieposkromioną i opętaną chęć ustawicznego
mszczenia się za zawiedzione uczucia.
Często staje się ona namiętnością silniejszą od miłości, która też
silniej niż miłość przywiązuje [S.D].
Mijając stację Warszawa
Rakowiec myślę o tym, że każdy z nas na kimś się mści. Raz bardziej, a raz
mniej. Czasem z premedytacją, a czasem mimochodem - za grzechy naszych ojców,
za grzechy naszych matek. Za to kim byliśmy i za to kim przez to jesteśmy.
Czasem za to, kim nigdy nie będziemy. Powód nie jest równoznaczny z przyczyną.
Przyczyna nie jest powodem.
Warszawa Żwirki i Wigury. Mijający
mnie tłum faluje i przyspiesza kroku. Myślę wtedy, że każdy z nas kogoś
nienawidzi. Najczęściej siebie.
Jak zwykle ukłony w stronę...
OdpowiedzUsuń:) w stronę świata?
OdpowiedzUsuń