czwartek, 21 lutego 2013

So show me where you fit




 



You’re on your own, in a world you’ve grown
Few more years to go,
Don’t let the hurdle fall
So be the girl you loved,
Be the girl you loved


W górach cisza jest specyficzna.  Jak wjedziesz już na sam szczyt i ruszasz w dół - jest taki moment, kiedy zaczyna otaczać cię jej absolutność. Oplata cię ciasnym kokonem i nie da porównać się z żadną inną ciszą - nawet z samotnością, która zawsze się z nią kojarzyła.  


Masz wtedy ochotę stanąć w miejscu i nigdy więcej nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Jesteś zdany sam na siebie.





sobota, 9 lutego 2013

Walę w tynki, robię remont

334 dni i 19 godzin to łącznie 48 2100 minut.
Minuta mija na przykład wtedy,
gdy przytulasz się do mnie i zasypiasz przy moim boku.

Minuta jest też wtedy,
gdy siadasz rano na łóżku i całujesz mnie na pożegnanie.
Głaszczesz mnie wtedy po głowie i mówisz „Kocham cię”
Myślisz, że tego nie rejestruje, bo śpię.
Ale ja zawsze wiem, kiedy zdarza się taki poranek, że tego nie robisz.
W takie dni, pierwszą po przebudzeniu myślą jest to, że nie było porannej minuty.

48 2100 minut to 289 26000 sekund.
Sekunda jest jak myśl, która nagle przychodzi ci do głowy.
Sekundy łączą się z sobą w grupach po 60
i tworzą długą minutę rozmyślania nad tym, że nie ma cię obok.

Codziennie nie ma cię przez 10 godzin = 600 minut = 36.000 sekund.
I chociaż jednostki czasu są niezmienne, mam czasami wrażenie, że
minuta bez Ciebie trwa dłużej, niż minuta spędzona obok.
Odzwierciedla to nawet prawo Balaniego, które długość minuty
uzależnia od tego, po której stronie drzwi toalety się znajdujesz.

Myślę więc, że długość minuty jest wprost proporcjonalna
do odległości między nami.

Tempus fugit, aeternitas manet.


wtorek, 5 lutego 2013

miejscowy plan szufladkowania

Być może łatwo się wzruszam. Dziwna ze mnie osoba. Dla jednych nieznośnie twarda, wobec innych zadziwiająco miękka. W towarzystwie niektórych dziecięco radosna, a w specyficznym otoczeniu pozornie zdystansowana.

Słuchając śpiewającej Anne Hathaway w roli Fantine - płaczę jak bóbr, przerywając własnym szlochem chusteczkę higieniczną marki Velvet na pół. Tymczasem, oglądając Niemożliwe - śmieje się jak szalona z dawki patetyzmu, którą trudno mi strawić danego dnia. Absurd goni absurd, czyli goni sam siebie.

Nerwica natręctw i obsesyjne zachowania rosną wprost proporcjonalnie do poziomu bezpieczeństwa i stabilności umysłu. Wychodzę z domu i pod nosem wyliczam: zamknęłam okno, wyłączyłam listwę, zawinęłam prostownicę, zamykam drzwi....Potem i tak najczęściej wracam z parteru na czwarte piętro i sprawdzam jeszcze raz - pociągnięciem klamki.  

Moją ulubioną literką Sezamkowej Ulicy było  "O" jak "Odpowiedzialność". Za wszystko i wszystkich. Początków swojej paranoi upatruje w czasach "Wampira z Powiśla", kiedy to mając lat 10, schodziłam uparcie na dół swojej kamienicy, by bezpiecznie eskortować matkę do domu. A może to przez program "997", który tak często oglądaliśmy do kolacji? Nie wiem jak i w którym momencie, zaczęłam tworzyć w swojej głowie niezliczone scenariusze tego, co może nastąpić, jeśli nie będę wystarczająco ostrożna. 

Nie dla mnie więc wracanie po nocy nocnym autobusem. Nie dla mnie nocowanie w namiocie na plaży (w zasadzie, to nawet na nawet polu namiotowym). Nie dla mnie beztroskie spacerowanie po lesie z koszyczkiem malin (no, chyba że w towarzystwie solidnej strzelby). Nie dla mnie, w końcu, bezstresowe wchodzenie po schodach kamienicy przy zgaszonym na klatce świetle.


W niedzielę, byłam w IKEA i kupiłam nowe zasłony. Jadłam tam klopsiki z frytkami, nie będąc przy tym szczególnie głodna. Bo klopsiki w IKEA, to nie obiad – to styl życia.

Byłam też również na weselu, jako osoba towarzysząca osoby o płci w 100% zgodnej z moją. Zbiłam dwa naczynia, oblałam się winem, tańczyłam Ona tańczy dla mnie.  Co jednak najistotniejsze w tej historii, to fakt, iż wielotygodniowe ćwiczenia w przepychaniu się łokciami i wybijaniu w powietrze  wreszcie się opłaciły - złapałam welon. Mój ci on. Mój ci on!

Wesele, to intrygujące zjawisko społeczne. Niezmiennie fascynujące. I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że wesela organizowane są przede wszystkim dla rodziny. To taki familijny „must” i nie ma to tamto.

Wesele, to też targ osobliwości z elementami powtarzalnymi. Zawsze znajdzie się pijany wujek, obmacujący w tańcu partnerki (im młodsze, tym intensywniej), samotny kawaler, polujący na potencjalną partnerkę i weselny zespół wykonujący najmodniejszą w danym tygodniu potupajnóżkę.

Osobliwości weselne schematycznie odgrywają swoje role – matki płaczą, dziewczęta krążą w tańcach godowo – manifestacyjnych, chłopcy polewają na wyścigi, a młoda para krok po kroku okazuje sobie miłość zgodnie z agendą spotkania. 

Dzisiaj chyba wszystko ma swój schemat, nawet miłość. Wtłaczana jest w określone ramy już nie tylko społecznie, ale i instytucjonalnie. Jak glebę, analizujemy publicznie poziom jej jałowości, tworząc tym samym miejscowy plan zagospodarowania, na podstawie którego wydawane będą pozwolenia na kochanie.

Myślę sobie, że skoro sami lubimy szufladkować innych, to czemu nie miałaby tego za nas robić Rzeczpospolita, jako Państwo wszystkich (poza jałowymi) obywateli? Clue kryję się w przyjętej etymologii. Zawsze myślałam, że Rzeczpospolita to rzecz wspólna - dobro wszystkich Polaków. Tymczasem dzisiaj, mam wrażenie, że Rzecz jest rzeczą. A pospolite, jest pospolite -  miałkie, nijakie, bez wyrazu, głębszej treści, formy, czy przekazu. Jest murem i betonem tradycjonacjonalizmu.

Jest konserwą, którą zajadają się miliony Polaków.