piątek, 31 grudnia 2010

Życzenia Noworoczne, a co!

Piekarnik działa na całego. Porwana sylwestrowym szauem zajmuje się czymś, co nie było mi dane przez dosyć długi czas - gotowaniem. Zdążyłam już zapomnieć jak dużo mi to sprawia radości :] W dzisiejszym menu zapiekanka z cukinii w gorgozolli, pasta z bakłażana na ostro, sałatka z brokułów oraz łosoś na sałacie z winegretem :D I am a swedisch chef! I am a home chicken. I am a legend.:D


Wszystkim tym, którzy są w trakcie prasowania swoich kreacji balowych i których jedynie cienka warstwa cekinów dzieli od perfekcyjnego outfitu na dzisiejszy wieczór, życzę szczęścia w trafieniu na "wolną linię" o godzinie 00:00 :-)

Nauczona doświadczeniem, nie zakupiłam noworocznych rac i petard, które to niewiadomo jakim sposobem, zawsze wpadają do domu, zamiast na ogródek. Niemniej jednak wierzę w to, iż wieczór ten bedzie równie ekscytujący bez nich, co z ich obecnością. A jak nie, to zawsze można liczyć na nieśmiertelne Roxette i sąsiadów.

Have fun people! :-)

new year

Za niecałe 23 godziny skończy się cudowny rok 2010. Dla większości jest to czas rachunku sumienia i nowych postanowień. Przypomina mi się obejrzane dzisiaj zdjęcie, które przedstawiało kobietę, mówiącą do swojego męża, iż "rodzice chcą ci złożyć życzenia noworoczne". Zamyślony mężczyzna odpowiedział:  "nie dziękuje, te z zeszłego roku jeszcze się nie spełniły".

Rok temu modliłam się o to, aby rok 2009-ty jak najszybciej się skończył. Z utęsknieniem wypatrywałam 2010-go, wierząc w to, że przyniesie on zmiany, nowe szanse i przede wszystkim więcej spokoju. Człowiek naiwnie wierzy w to, że to symboliczne przejście w nocy z 31 grudnia na 1 stycznia coś zmieni. To trochę tak jak z dietą, którą zawsze zaczyna się od poniedziałku, od nowego miesiąca, czy od nowego roku właśnie. Za każdym razem okazuje się, że symbolika przejścia to jedynie usprawiedliwienie dla naszej wewnętrznej idnolencji dokonywania zmian.

Jutrzejsze wybicie godziny 24:00 nic nie zmieni, poza datą w zegarku, poza cyfrą "0", która na 365 dni zamieni się w cyfrę "1". Wszelkie zmiany jakie mogą zajść, powinny zacząć się już, teraz, w tym momencie. Bez konieczności oczekiwania na kolejny symboliczny moment.

Za dużo w Nas oczekiwań wobec rytuałów przejścia. Za dużo chęci, aby zwalać winę na okoliczności. To nie ja - to sytuacja w jakiej się znajduje....O wielka naiwności :] Pokusa płynięcia z prądem jest niezwykle silna właśnie wtedy, kiedy zaczynamy mieć poczucie, że życie przecieka nam przez palce. Mamy wtedy ochotę na poddanie się okolicznościom, czyli na zwyczajne zrzeczenie się odpowiedzialności za wszystkie nasze błędy, niedopatrzenia i problemy.

Czegóż sobie życzę w Nowym Roku? Życzę sobie tego, aby owe okoliczności nie wpłynęły na to kim jestem. Przez chwilę kompletnie o tym zapomniałam. Zepchnęłam jak najdalej wszystkie swoje przekonania i sposób postrzegania otoczenia. Tymczasem wszystkie moje heurystyki zakotwiczenia są od dawna zdefiniowane. Wszelkie próby ich zagłuszania kończą się zawsze jednakowo. Źle.

Mniej naiwności, więcej cynizmu? Czy ja to naprawdę powiedziałam? Hah. Nie. Nie chcę być tym człowiekiem, którym stałam się w ostatnich miesiącach. Nie chcę bawić się w gry, które wymagają ode mnie przyjęcia konkretnej taktyki, robienia tego, co w danej chwili jest skuteczne i korzystne. Chcę być tym kim jestem i kim zawsze bylam. Nic nie udawać. Bo mimo usilnych prób, mimo przekornej chęci bycia złem wcielonym, wcale nim nie jestem. Kiedy postępuje źle, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Nie spływa to po mnie jak po kaczce. Zawsze wraca. Zawsze podwójnie lub potrójnie. 

Jeśli wierzysz w ludzi, w ich szczerość, intencje i zdolności do minimalnego rozeznania w tym co dobre a co złe, jesteś naiwny. Ja wierzę. Jestem więc naiwna. Mimo wszystko wolę być naiwna. Nie chcę zmienić się w cynika, który wszystko wokół siebie rozpatruje z perspektywy podstępu, tudzież gry z niejasnymi zasadami. Przez chwilę próbowałam, bo tak łatwiej. I wiem już, ze nie potrafię. Nie na dłuższą metę.

Robert Smith z The Cure śpiewa o tym, iż chce więcej i więcej. Więcej zabawy, więcej bólu, więcej kłamstw. Jedyne czego mieć nie może, to więcej czasu i nadziei. Postanowienie noworoczne? Być sobą. Znać swoją wartość. Nawet jeśli oznacza to bycie naiwnym. I don't give a fuck.

czwartek, 30 grudnia 2010

sprawdzam!




W jednym z moich ulubionych filmów, główny bohater wypowiada zdanie "Nie myśl, że mnie znasz. Twoje przeczucia są gówno warte".  Czasami mam ochotę powiedzieć to samo. Wielu osobom wydaje się, iż bardzo dobrze mnie znają i potrafią przewidzieć większość moich zachowań i reakcji. Nie przeczę, że istnieją ludzie, którzy faktycznie to potrafią. Tymczasem ja sama nie jestem ich już pewna, więc tym bardziej ośmielę się odebrać innym prawo do mojej przewidywalności.

Mam taką teorię, że każda kolejna osoba, która pojawia się w twoim życiu ma de facto jeszcze bardziej przejebane niż poprzednia. Zaczynasz od tabula rasa, potem na kartce pojawiają się małe bazgroły. Z biegiem czasu, kartka pełna jest kolejnych rysunków, podkreśleń, przekreśleń, a nawet dziur - wybitych w niej  w stanie niestabilności emocjonalnej. Cały cymes w tym, że notatki rzadko kiedy nanoszone są ołówkiem. Najczęściej jest to chamski czarny długopis, dzięki czemu raz naniesionych uwag nie da się już wymazać.

Ktoś odchodzi, ktoś przychodzi. Ten, kto odchodzi zostawia ślad, którego nie da się w żaden sposób usunąć. Z czasem dopiero zaczyna być jakby bledszy, mniej wyraźny. Ten kto przychodzi natomiast, ma problem. Wszystko to co mówi i robi wywołuje nasze skojarzenia. Nawet jeśli brzmi dobrze, w popłochu wertujemy nasze notatki, by chwilę później stwierdzić z tryumfem - Ha! To już było. Sprawdzam!

Bardzo ciężko jest być z kimś, bez odczuwania pokusy zajrzenia w swoje notatki. Czasami jest to wręcz niemożliwe. Dlatego też zamiast być łatwiej, z każdym kolejnym doświadczeniem, jest jakby trudniej. Trudniej, bo wydaje się nam, że nic nas już nie może zaskoczyć. Było już "misiu", były kwiaty i wszystkie te jarmarczne dodatki. I kiedy znowu się pojawiają, zamiast wzbudzić radość, przywołują analogicze sytuacje.

Ciekawe, czy z czasem można nauczyć się żyć bez kartki. Bez standardowych odpowiedzi, bez gotowych scenariuszy i bez pilnego notowania ku potomności. Ciekawe.

photoshop

Uwielbiam patrzeć na ludzi na przystankach wtedy, kiedy sie żegnaja. Jest w tym coś intymnego i rozczulającego, kiedy on patrzy na nią, ona na niego ( dla politycznej poprawności dodam: on na niego i ona na nią). I nie ma w tym falszu. Nie ma udawania. Jest radość ze wspólnie spędzonego czasu. Coś jak lotniskowa scena w Love Actually. Niezmiennie wzrusza moje obgryzione z romantyzmu serduszko. Jest ona jak piękne zdjęcie obrobione w photoshopie. Wszystko na nim wydaje się być idealne.

Analizowałam dzisiaj wszystkie swoje ogólnożyciowe "happy endings". I dotarło do mnie, że mam jakąś niesamowitą zdolność do robienia z siebie idioty. Coś jak patrzenie na kogoś pełnym skupienia i namiętności wzrokiem i oblewanie się w tym samym momencie gorącą herbatą. Coś jak machanie na pożegnanie, po czym wywinięcie eleganckiego orła tuż pod drzwiami autobusu. Coś jak nagły napad onomatopei, zamiast poprawnej składni gramatyki polskiej i  wybuch neologistycznego kaszlu, który za każdym razem niezmiernie mnie dziwi.

Niewiadomo jakim sposobem ciągle pakuje się w jakieś kłopoty. Nie wiem czy jest to wynik braku myślenia perspektywistycznego, czy donkiszoterii charakterystycznej dla mnie niemalże od szczeniaka. Zawsze mi się wydawało, że do obrony kogoś wystarczy sama chęć i wola walki. Nie raz okazywało się, że nie. Dlatego też wykształciłam w sobie coś na kształt poczucia humoru, które zastąpić miało deficyty sił fizycznych.

Od maleńkiego byłam więc atrakcją wszelkich rodzinnych imprez. Dziecko "powiedz kawał". Kiedy tylko pojawiały się sytuację zbliżające wszystkich do wielkiego wybuchu, interweniowałam, robiąc z siebie kompletnego klowna. Zostało mi to niestety do dzisiaj. Trudne tematy obracam w żart. Kiedy nie chcę o czymś rozmawiać, tym bardziej żartuje. Smieje się z raka, przeszczepów wątroby, czy złamanych kończyn.

Myślę, że bycie komediantem nieuchronnie sprawia, iż nie przestaje ci być obcy także dramat. Ktoś mi powiedział, że powinnam mieć swoją skałę do cyklicznego rzucania się w dowód miłości :] Tymczasem w którymś momencie dochodzisz do takiego punktu przegięcia, w którym tą swoją skałę opchniesz w komisie za jedno piwo. Kiedy zaczyna do Ciebie docierać, że swoimi staraniami nie przykryjesz tych wszystkich wad, które  w Tobie siedzą, a innym jest coraz łatwiej je dostrzegać i rozkładać na części pierwsze. Więc może faktycznie warto zwyczajnie odpuścić. Zdjęcie poprawione z photoshopie jest ładne i smaczne, ale nie oddaje rzeczywistości. Nie ufam więc osobowościom cyfrowym. wolę te analogowe. W dodatku na czarno białej kliszy.

Ha-ha






niedziela, 26 grudnia 2010

smoczek z komisu

Muszę przyznać, że trochę inaczej wyobrażałam sobie święta w gronie rodziny. W tym roku w wyjątkowo małym gronie - sama najbliższa rodzina i jej nowy członek, nietryb, Włodek. O dziwo mega zabawnie, na luzie i z wzajemnymi przytykami w iście pajtonowskim stylu.

Mój dzień został ustawiony przez "smoczek z komisu". Jak się okazało, podczas kolejnych wspominek z cyklu "a u Nas w Kazachstanie" - mój pierwszy smoczek pochodził z komisu :D. Pierwsze lego natomiast z Pewexu - ale nie dla mnie, a dla najstarszej siostry, po której lego otrzymała z kolei średnia, a jego w dużej mierze zniszczone resztki - ja. Podobnie zresztą było z butami. Zakładam więc, że mój rozmiar rzędu 36-37, nie jest wynikiem genetyki, a wiecznie za małego obuwia :-)

Z rodziną podobno dobrze tylko na zdjęciach. Czasem udaje się troszkę więcej. Czego bym nie mówiła na jej temat, to wiem że zawsze mogę na nią liczyć. I to jest fajna perspektywa. Akceptują moje małe fanaberie i szaleństwa - niewątpliwy plus bycia najmłodszą w rodzinie. Ile lat bym nie miała, zawsze będę mała. Malutka. Gówniarz i gnojek. Kiedyś mnie to wkurzało. Dzisiaj - cieszy. Mała. Heh.

sobota, 25 grudnia 2010

z popielnika na Wojtusia

Przypomniała mi się dzisiaj piosenka, którą zawsze śpiewała mi mama. Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga. Nie mam co prawda pewności, że śpiewała ją właśnie mnie - istnieje duże prawdopodobieństwo, że po prostu słyszałam ten utwór, kiedy wykonywała go moim starszym siostrom. Ale wolę wierzyć, że mimo braku zdjęć z dzieciństwa, mogła ją śpiewać specjalnie dla mnie.

Pamiętam na pewno, że kiedyś, nakłoniona moimi licznymi postękiwaniami, mama przeczytała mi na dobranoc bajkę - Wilk i zając. Nie wiem jak to możliwe, ale do tej pory pamiętam klatka po klatce, jak siada koło mnie na łóżku, otwiera mocno zużytą już książkę i czyta z lekko rosyjskim akcentem.

Zawsze wzbudzałam lekkie przerażenie całej rodziny, ponieważ pamiętałam rzeczy, o których w zasadzie nie mam prawa pamiętać - czasami nawet chwile spędzone w żłobku. Wracają do mnie bardzo wyraźnie, jak film odtwarzany w magnetowidzie.

Pamiętam taki niebieski narożnik na którym spałam wraz z mamą i taką okropną małą lampkę z żółtym abażurem, który niegdyś miał zresztą kolor biały. Pamiętam każdy jej szczegół.

Mówić zaczęłam jak miałam 8 miesięcy. Sprawnie recytowałam "kto misiowi urwał ucho" :-)
Pamiętam tatę, który miał w obowiązkach suszyć mi głowę (dosłownie i w przenośni) i pamiętam, że zawsze się strasznie wkurzałam, bo kompletnie nie umiał tego robić.

Pamietam moją siostrę, która przymuszana do kąpania mnie co wieczór, zlośliwie podtapiała mnie w wannie. Pamiętam też, że wredne siostry Kopciuszka, ciągle przywiązywały mnie do łóżeczka za pomocą plastikowych, okrągłych przytrzymywaczy do kołderki ( nie wiem jak inaczej je nazwać). Przed moją mamą udawały najświętsze siostrzyczki, podczas gdy de facto się nade mną znęcały :-)  

Pamietam również, iż od dzieciństwa wpajano mi szacunek do jedzenia i picia. Zmotywowana tą lekcją, przed podróżą do babci ( 300 km), zdecydowałam się z poświęceniem na opróżnienie dzbanka herbaty, który został po śniadaniu. Skończyło się to tragicznie, gdyż tata nie chciał uwierzyć, iż ja naprawdę co te 15 minut mam potrzebę zatrzymania się w lesie.

Pamiętam także swoją niechęć do żeberek, które to mama kazała mi zjeść mówiąc, że dopóki tego nie zrobię, nie odejdę od stołu. Żeberka owszem zjadłam. Chwilę później oddałam co wzięłam.

Pamiętam też siebie, z małą plastikową gitarą, kiedy to na koncertach Freddiego Mercury w telwizorni, wyskakiwałam wślizgiem na środek dużego pokoju i z ogromnym zacięciem wtórowałam wokaliście Queen, czując sie jak prawdziwa gwiazda rocka. Tak samo miałam z boskim Majkelem, do którego tańcowałam  już w zaciszu swojego pokoju, w niezapomnianej różowej koszuli w kratkę.

Nigdy też nie zapomnę mojego pierwszego publicznego występu na wczasach w Budach Grabskich. Przebrana za ortalionową pszczółkę Maję, śpiewałam przed tlumem rodziców i ich pociech piosenkę o tym samym tytule. W środku utworu urwałam, bo zapomniałam tekstu. Niczym nie zrażona, krzyknęłam w mikrofon "Marta, jak było dalej?". Nie straszna mi była trema. Nieznane uczucie wstydu. Szkoda, że z wiekiem to się zmienia.

Takich wspomnień jest naprawdę dużo. Wracają głównie w święta. Wtedy też zdaje sobie sprawę, że co jak co, ale siostry Kopciuszka nie są takie złe. Fajne jest to, ze możemy się od czasu do czasu spotkać, napić wina i porozmawiać na najbardziej nawet intymne tematy. Jest przy tym zawsze dużo śmiechu.

Nie myślałam, że tak będzie. Ale to bycia siostrą też się chyba po prostu dorasta.








środa, 22 grudnia 2010

rzecz o wadach

Skręcam kable. To straszna przypadłość. Wszystkie, wszędzie i całkowicie nieintencjonalnie. To tłumaczyłoby jednakowóż, czemu kręcą mi się włosy. Tak, w gruncie rzeczy moje niby proste włosy, szalenie się kręcą i pierwsza rzecz jaką powinnam mówić zaraz po przebudzeniu to "beeee" - jak baranek.


To jest mój pracowy telefon. I jego skręcony kabel. Jakbym się nie starała, to za każdym razem zapominam o tym skręconym kablu i odbierając gwałtownie przychodzącą rozmowę, równie gwałtownie słuchawka wypada mi z rąk. Gdyby telefon komórkowy miał kabel, też bym go oczywiscie w jakiś magiczny sposób skręciła.



To są moje słuchawki. Specjalnie, zamiast zwykłego gumowego kabla, kupiłam taki materiałowy. Niestety też się skręca. I mimo moich najszczerszych chęci, nie umiem zaprzestać tego procederu. Podobnie zresztą jest z szuszarką. Zdarzało się, że suszyłam włosy z głową przyciśniętą niemalże do kontaktu, bo skręcony kabel uniemożliwiał mi jakiekolwiek inne ruchy.

No więc przyznaje. Skręcam kable. Recydywistycznie skręcam. Mimo licznych uwag na ten temat, nie potrafię tego zmienić. Tak samo jak nadal bezczelnie oblizuje nóż.

wtorek, 21 grudnia 2010

ekonomia dobrobytu

Na potrzeby chwili wymyśliłam wczoraj pewien model ekonomiczny, który z ekonomią nie ma oczywiście nic wspólnego. Z prawdziwym modelem też pewnie nic. Ale jest to punkt wyjścia do przemyśleń na temat tego co w życiu mieć możesz symultanicznie, a czego nie.


I tak oto wyszło mi  z owego równania z jedną niewiadomą, po przeliczeniu 20-tu całek i skorzystania z ekonometrycznych wzorów na mnożenie macierzy, że niemozliwe jest pogodzenie wolnego czasu, ze stałym, szczęśliwym związkiem oraz szczupłością fizjonomii.

Determinanta szczęśliwość (+ kanapa +  przytulanie) powoduje oczywisty przyrost w materii wszechświata. Jak wiemy, nic w przyrodzie nie ginie, dlatego też cały nadmiar szczęścia otrzymywany w procesie spalania miłosci, nieuchronnie pojawia się na naszych biodrach, brzuszkach, tudzież twarzy ( wtedy mówimy "rumiany z radości").

Kiedy więc dawno niewidziana ciocia mówi ci, że "zdrowo wyglądasz", możesz być pewny/pewna, że emanuje od Ciebie świeżo odnaleziona szczęśliwość. Wiesz również, że musisz już iść, bo nie masz czasu (kanapa+ przytulanie czekają).

Czas wolny i chudość to jedyne elementy, które dążyć mogą do koniunkcji. Niemniej jednak, jak informuje nas model IS/LM, nasz wewnętrzyny rynek dążyć będzie do równowagi, co nieuchronnie spowoduje spadek czasu wolnego, poprzez podniesienie stopy procentowej przez Bank Centralny. Doprowadzi to do natrafienia na potencjalnego towarzysza kanapy i przytulania, a to z kolei przeniesie nas do nowego punktu równowagi w punkcie X.  

Proste, nie?

poniedziałek, 20 grudnia 2010

choinka!

A czy Ty przytulasz swoją choinkę? Ja zdecydowałam się nawet na bliższy związek z tym drzewkiem. But, it's complicated.


..ludzie po 4h snu mają dziwne pomysły.

niedziela, 19 grudnia 2010

we were young, we were free

Kiedy byłam dzieckiem, niewinność wprost kapała z każdego pora mojej azjatyckiej skóry...

Serce od zawsze było waleczne, a mym najlepszym kamratem był obecny na zdjęciu książę bez ręki. Razem z nim toczyłam wiele wyimaginowanych bitew o rękę pięknej księżniczki/księcia ( wtedy jeszcze nie wiedziałam o co tak naprawdę bój się toczy).

Wychowana w duchu patriotyzmu, od zawsze brałam udział we wszelkiej maści szkolnych akademiach, chwaląc Edwarda Gierka i jego następców....


Dla niewprawnego oka dodam, iż to cudne dziewczę z lewej to właśnie ja. Chłopiec po prawej to Kamil. Pamiętam go dobrze, gdyż z jego to właśnie powodu, rodzicielkę mą wzywano do przedszkola, celem wyjaśnienia tajemniczego śladu po ugryzieniu na ręce owego młodzieńca! ( już wtedy wyraźnie sygnalizowałam swoją przestrzeń osobistą).

Od lat szczenięcych lubiłam też dawać kwiaty. Wtedy jeszcze były to marne bukieciki, które dopiero z czasem przekształciły się w godne bukieciska wysyłane pocztą kwiatową Inter-flora do niespodziewających się owego gestu białogłów! 


Już wtedy lubiłam się bawić modą. Oryginalne białe rajstopy łączyłam z soczystym granatem sukienki do pół uda. Nieśmiertelna wsuwka do włosów fantastycznie komponowała się ze świeżością bukiecika białych kwiatuszków.

Z czasem zaczęłam jednak nabierać złych manier. Wkroczyłam w trudny wiek dojrzewania, który wstrząsał mną niczym Zbąszynek Poliną Papierską i skłaniał do zachowań uznawanych za aspołeczne...



Spieszę poinformować, że dziewczynka z fryzurą na czeskiego piłkarza to nie ja, ale moja starsza siostra. Chociaż podobne do siebie, całkiem różnie odbieramy otaczającą nas świąteczną rzeczywistość!

Otrzymywane na gwiazdkę prezenty (przypomnę : G.J. Joe i różnej maści sprzęt do masowych morderstw) sprawiały, iż zamarzyłam być bohaterem swojego miasta. Jak pomyślałam - tak uczyniłam!



Nocami latałam po Powiślu i szukałam złoczyńców. Plany wyczyszczenia mojej okolicy ze wszelkiego zła i degręgolady niszczyła jednak moja rodzicielka, karząc mi iść spać po dobranocce ;/

Tak naprawdę w tym upatruje mój upadek moralny, który kilka lat później sprawił, iż stałam się tym kim się stałam....


.....taaaaaak. Na 3 lata zostałam lachonem. Ogarnął mnie dziki szał. Malowałam paznokcie, nosiłam sukienki i zanosiłam się perlistym śmiechem. Ale to nic...Na swojej studniówce posunęłam się o krok dalej...Zostałam mega lachonem!



Upadek moralny tym boleśniejszy, że na mojej sukience pojawiły się CEKINY!!!! Otrzeźwienie przyszło w dniu, kiedy pewien namolny mężczyzna próbował mnie porwać do swojego królestwa i żyć ze mną długo i szczęśliwie...



Przez kilka lat musiałam brac antybiotyki i zastrzyki w pupę, aby wyjść z tego paskudnego stanu. Niemniej jednak, nadal zdarza mi się spojrzeć z rozmarzeniem na lakier do paznokci..Czasem nóżka wyciągnie się tęsknie do obcasików i podśpiewując cichutko "Kopciuszka" z metra, marzę o tym aby znów był bal. 

Chwilę później przychodzi otrzeźwienie, złe wspomnienia królują nad dobrymi i już wiem, że do przeszłości nie ma już powrotu. I jest mi z tym jakoś lekko i dobrze :-)

czwartek, 16 grudnia 2010

żółte narty

Nie pamiętam ile miałam wtedy lat - chyba około 5-u. Mój tata wymarzył sobie, że wobec braku syna,  uczyni ze mnie świetnego sportowca i członka zespołu "ojciec-syn" ( w tym wypadku ojciec-córka). 

Mieszkaliśmy wtedy na Powiślu i jedynym miejscem odpowiednim do uprawiania zimowych sportów, była niewielka górka umiejscowiona przy starej fabryce cukierków na Drewnianej. Kiedy dzisiaj zdarza mi się koło niej przejść, uśmiecham się pod nosem, albowiem wzniesienie to przypomina mi teraz bardziej śpiącego policjanta, aniżeli alpejskie stoki, z którymi kojarzyło mi się wówczas.

Kiedy znalazłam się na szczycie wzniesienia, szalenie bałam się zjechać na dół. Na nogach miałam wtedy żółte dziecięce narty i mogłam jedynie tęsknym wzrokiem spoglądać na zjeżdżającą na wymarzonych sankach siostrę. Tata uparł się, że muszę nauczyć się jeździć na nartach. Ja za nic nie chciałam puścić się drzewa i zjechać na dół. W końcu,  zirytowany moją tchórzliwą postawą, zwyczajnie zepchnął mnie z tej górki, co doprowadziło do bardzo bolesnych konsekwencji.

Wiele lat później nauczyłam się jeździć na nartach, aczkolwiek pamiętam, iż pierwsze odbywające się już w dorosłym życiu próby, przypominały te z wieku dziecięcego. Mimo niekłamanej zazdrości odczuwanej podczas obserwacji zjeżdżających na głupim jabłuszku dzieci, wiedziałam że muszę się w końcu tego nauczyć.

Tata nie lubił przegrywać, dlatego też wszystkie toczone między nim a kolegami pojedynki, musiały się skończyć zwycięstwem naszej "drużyny". Kiedy okazywało się, że jestem za mała, aby uderzyć w umiejscowioną w głębi  stołu bilę, ojciec bezceremonialnie kładł mnie na powyższym i kazał uderzać ku naszej wspólnej chwale.

Wydaje mi się, że w pewnym momencie naprawdę uwierzył, że z małej dziewczynki da się zrobić wymarzonego syna :-)

Na gwiazdkę nie dostawałam więc lalki Barbie, tylko GJ Joe, a wieczorem nie oglądałam wieczorynki, tylko mecze ligi angielskiej. Zresztą do niedawna całkiem dobrze znałam się na futboolu -> takie zboczenie z dzieciństwa.

Zabiegi te wcale mi za bardzo nie przeszkadzały. Z całych sił starałam się być wymarzonym synem. Nie zbierałam wycinków Majkela Dżaksona (lejm), nie  malowałam paznokci na różowo (bardziej lejm) i nie rozpływałam się nad kolejnym egzemplarzem Bravo Girl (ohh so very lejm).

Jeździłam natomiast z chłopakami na rolkach, skakałam przez kartony i darłam kolejne pary spodni, czym doprowadzałam mamę do szewskiej pasji. Ponadto, irytowałam się faktem, iż chłopcy mają zajęcia techniczne, a dziewczynki uczą się w tym czasie dziergać, szyć i gotować. Narastał we mnie bunt, który przeprowadził mnie przez fazę grunge, skate, rozrabiaka i nerd w zaledwie 2 lata. Potem zostałam kujonem, a w międzyczasie okazało się, że mimo usilnych starań jestem jednak dziewczynką (ahh to dojrzewanie). Wpajany od dzieciństwa lęk przed spódnicą i sukienką, ustąpił nieśmiałemu zaciekawieniu i późniejszym eksperymentom. Ale to już zupełnie inna historia :-)

fortune cookie

Otworzyłam właśnie nowe ciasteczko z wróżbą. Było w nim napisane "nie płacz". Spojrzałam na  tą genialną w swej prostocie radę i pomyślałam, że nawet to głupie ciasteczko nie jest w stanie powiedzieć mi więcej ponad to, co wiem sama.

Tymczasem cieszą mnie kolejne drobiazgi, wśród których na pierwszym miejscu jest jak zwykle muzyka. Mam ostatnio wrażenie, iż nic innego (poza jej słuchaniem)w pracy nie robię.

Czasami wystarczy jakieś dobre brzmienie, trwające jedynie kilka sekund, a potrafię się wtedy skupić tylko i wyłącznie na nim. Na konkretnym bicie, powolnym uderzeniu w bęben i towarzyszącym mu delikatnym rytmie fortepianu. Jest to taka króciutka chwila, kiedy wszystko inne przestaje być ważne. Na chwilę.

Własnie wyszło słońce. Na przekór wszystkiemu ono tam jest i nadal świeci. Przebija się z trudem przez chmury i przypomina, że jest. Że się nie zmieniło, nie zniknęło.

Jestem umiejscowiona w konkretnym czasie i  przestrzeni. Zastanawiam się tylko nad tym, czy czasem nie jestem w niej w jakiś sposób uwięziona. Ciągle popełniam te same błędy - zmieniają się tylko okoliczności. Przypomina mi się Sto lat samotności i rodzina Buendiów. Przypomina mi się historia zataczająca koło i niemożność ucieczki od samotności, spowodowanej brakiem umiejętnosci kochania.   Przypomina mi się tragiczny finał tej historii, kiedy to pierwszy od 100 lat związek powstały z miłości, prowadzi do pożarcia wszystkich przez mrówki.

Paradoks, prawda?

Pełno ich w naszym życiu. Niewiadomo czemu, sami tworzymy swoje paradkosy. Dążąc do ogólnie pojętego szczęścia,  uciekamy od niego jak najdalej. Chcąc być bliżej, jesteśmy dalej. Chcąc zrobić coś dobrego, czynimy źle. Mam czasami wrażenie, że dobre rzeczy przychodzą do Nas znienacka, niemalże niezasłużone. Tymczasem, kiedy tylko zapragniemy by przyszły wtedy, kiedy tego chcemy, kiedy uważamy że nam się po prostu należą (sic!), nigdy nie przychodzą. Nadal jednak mamy nadzieję, że tym razem będzie inaczej.

Czasem pozwalam sobie na stwierdzenie, że kiedyś moje życie bylo dużo prostsze, a teraz bliżej mu do chaosu, niż porządku. Tymczasem, oprócz tych wszystkich złych rzeczy, które się wydarzyły, było całe mnóstwo bardzo fajnych momentów. Pamiętam je wszystkie i cokolwiek się wydarzy, nikt i nic mi tego nie odbierze. Chyba, że zostaną pożarte przez mrówki... Z tym, że zawsze było mi bliżej do realizmu niż magii Panie Marquez.

piątek, 10 grudnia 2010

into the wild


W końcu obejrzałam ten film. Nie będę się na jego temat za dużo rozpisywać. Pozostało mi w pamięci jedno zdanie. Kiedy główny bohater, po 2 latach wędrówki przez kraj, znajduje się wreszcie w swoim "into the wild" i wie że umiera, mówi ( a właściwie pisze) : Happines is real, only when shared

czwartek, 9 grudnia 2010

tatuaż zdobi twoją pierś i w Twojej głowie pełno tatuaży


Tak, to nie jest henna. Ale momentami była za to gehenna - henny siostra bliźniaczka. Uspokoję wszystkich, że zabieg przeżyłam i trzymałam fason, jedynie raz w czas rzucając zdawkowe "zabiję cię kur%%$$aaaaaaa" - w stronę mojego drogiego oprawcy :-)

Decyzja o świadomym sadomasochiźmie zapadła już dawno. Zbieranie się na odwagę zajęło mi bardzo dużo czasu, niemniej jednak spryciarze w salonach tatuażu, pobierają od Ciebie zaliczkę w momencie umawiania się na wizytę, co sprawia, że nie możesz się już wycofać w dniu golenia owiec.





Na początku, wzięłam to "na klatę" i wyobraziłam sobie, że jestem na zwyczajnym tajskim masażu. Mój nadworny fotograf - Czarnecka, oddał się szałowi dokumentowania swojego reportażu pt. "Krulova i jej wariacje". Bardzo bardzo długo udawało mi się skupić na inteligentnej rozmowie (?) i najświeższych ploteczkach z życia gwiazd.

z czasem zaczęłam troszeczkę słabnąć...




...ale przyjęcie pozycji horyzontalnej, poprawiło mi nastrój i zapał do dalszego masowania! :-)
Mój oprawca działał sprawnie i doskonale wtapiał się w tłum , udając, że nie słucha naszych ożywionych ploteczek o Dodzie i Candy Girl.



Nasza wesoła gromadka bawiła się razem pysznie. Żarty lały się strumieniami wraz z moją czarną krwią. Na szczęście nie widziałam operacji w szczegółach i mogłam dzielnie nawijać na temat teorii względności i innych tematach typowych dla takich imprez.

Łzy były mi totalnie obce!


do momentu kiedy......rozpoczęło się wypełnianie....




W takich momentach człowiek traci resztki godności i bez żadnej żenady wgryza się w rękę osoby stojącej najbliżej (sorry Gfiasdo!). W takich momentach odróżniamy też mężczyzn od chłopców, chamów od prostaków i zółty od lillarózu!



Największy strach przyszedł w momencie, gdy laska Banksiego była już prawie gotowa i zrozumiałam, że lada chwila rozpocznie się rzeź z serduszkiem. Serduszko - jak wiadomo na kości, to niezwykle erogenna strefa. Każdy dotyk oprawcy okazał się bardzo intensywny.. a w głowie mej szalały romantyczne wizje urywania głowy, wbijania sierkiery w nogę i wydłubywania mu oczu długopisem...ach te fantazje!




Dwie godziny później dzieło zniszczenia było gotowe! A ja zaśpiewałam ( zawyłam) w swojej głowie hymn naszej starej dobrej schizofreniczki Edyty :

niedziela, 28 listopada 2010

albo żona albo cebula

Miłość jest
wszystkim, co istnieje -
To wszystko, co o niej wiemy;
Wystarczy - ciężar wozu musi
Stosowny być do kolein
  Emilly Dickinson

"Człowiek jest sobą i nie da się zmienić na życzenie drugiej strony. Ludzie rozwodzą się więc. Nie dają sobie czasu, żeby się dopasować, zachowując swoja indywidualność. Są różnice. On nie znosi cebuli, więc przestałam ją jeść. Jeżeli mam wybierać między cebulą a mężem, to wybieram męża. Rożne takie detaliczne ustępstwa są"
Czytając wywiad z profesor Ziębą, pomyślałam właśnie o tej nieszczęsnej cebuli. Ja też ją lubię i ja też przestaje często ją jeść, aby nie psuć "atmosfery" między mną a drugą osobą. Guess what? Właśnie jem kanapkę. Z cebulą.

Czy bycie samemu to jedzenie kanapki z cebulą? Bo nie musisz już być idealna, możesz zjeść tą głupią cebulę i dyszeć nią przez kolejne kilka godzin. Moja starsza siostra, przyjechawszy niedawno na weekend na Tarchomin, zabrała się przy śniadaniu za kanapkę z cebulą, ciesząc się jak dziecko, że jej mąż zobaczy ją dopiero jutro, więc może sobie "pofolgować".  To zabawne, ale ta zwyczajna cebula symbolizuje tak wiele rzeczy, które robimy będąc w związku.

Bycie z kimś to cholernie trudna sprawa.  Podobno okres największej ekscytacji seksualnej dlatego właśnie przypada na pierwszy rok związku, aby dwie osoby nie pozabijały się w międzyczasie ze względu na różnice charakterów i przyzwyczajeń.

Podobno miłość się sprawdza, gdy wymiotujesz na czyichś oczach, kiedy widzisz kogoś w nieestetycznych sytuacjach. To prawda. Nierealistyczne jest przecież założenie, że obiekt naszych westchnień obudzi się rano z nienaganną fryzurą , świeży niczym morska bryza Kostaryki.

Szalenie trudno jest być z kimś i jednocześnie zachować indywidualizm.Trudno jest pozwolić partnerowi na bycie tym kim chce być - bez żadnych upiększeń. Małżeństwo rodzi w ludziach poczucie własności, zamiast być sztuką wspólnego bycia - mimo wad i irytujących przyzwyczajeń.

Pani profesor twierdzi, że podstawą dobrego związku jest szacunek dla cudzej niezależności. Ale to jest chyba coś czego uczymy się dopiero po długim czasie - często nawet za późno. No bo spróbuj powiedzieć komuś, że potrzebujesz pobyć sam i nie masz ochoty na jego towarzystwo - poczuje się urażony i odbierze Twój komunikat jako niemalże początek końca - związkowy Armagedon. Sama taki kiedyś odbierałam tego typu sytuacje.

A prawda jest taka, że nie da się stworzyć związku bez przestrzeni między dwojgiem ludzi. Trzeba mieć własną pasję, zainteresowania i zajęcia, którymi druga strona nie tylko nie musi, ale wręcz nie powinna się interesować. Każdy powinien mieć w życiu coś swojego, coś w co będzie mógł czasem dokonać swojej małej emocjonalnej ucieczki. Idealny związek to nie idealne dopasowanie. Ja lubię pisać - więc musisz pisać i Ty?. Ty lubisz stare kino francuskie, to i ja muszę je uwielbiać? Nie. Nic nie musisz. Dobrze ze jesteś,. że razem zasypiamy i razem się budzimy. Możemy przecież iść w rożne strony za dnia, ale grunt, że w końcu spotykamy się w nocy. 

Ciężar wozu musi być stosowny do kolein. Ani trochę więcej, ani trochę mniej. Tyle naprawdę wystarczy.




.

piątek, 26 listopada 2010

pozwólmy wilkowi zjeść babcię



Ciskam cię i łuję,
mdolę, tłamszę
i duszę,
całuję Cię aktualnie i dyskursywnie,
całuje w metafizyczny pempek,
całuję bez cienia erotyzmu,
całuje najserdeczniej na świecie
i poza światem.
Całuję Cię, gdzie chcesz,
psiakrew

Przechodząć koło przystanku, zobaczyłam umieszczony na szybie kiosku egzemplarz Wysokich Obcasów (wydanych w formie miesięcznika). Moją uwagę przykuły dwa tytuły: "Dlaczego dajesz się zaciągnąć do łóżka" oraz "Witkacy, oszalej i wyjdź za mnie". Dokonałam impulsywnego zakupu.

Zaciekawiła mnie szczególnie część o kobiecych emocjach, którymi według autorów pewnej książki da się sterować, wykorzystując troche wiedzy z zakresu programowania neurolingwistycznego. Budzi to oczywisty sprzeciw nie tylko psychologów, ale i każdej kobiety, szczególnie gdy czyta zdania w stylu " Kiedy kobieta się  martwi, że może cię utracić, twoja wartość w jej oczach rośnie".

Baaaaardzo ciekawy artykuł, szczególnie z perspektywy behawioralnej.

Witkacy...taaaak. To był gość. Nigdy chyba nie pozbędę się słabości do niego. Nie ze wzgledu na to że świetnie malował, nie dlatego, że fantastycznie pisał...ale dlatego, że poza tym wszystkim był jedną wielką dupą wołową, czego wcale nie ukrywał. Bo kochał, mimo że głosił, iż "kurważ musi być zwiększony. Kurwa co tydzień, jak Flaubert". A przede wszystkim dlatego, że był szczery. Nikt z nas nie lubi dzielić się ze światem swoim słabościami, lękami, czy upokarzającymi epizodami. Witkacy nie miał z tym problemu. Najmniejszego. Czasami aż do granicy absurdu.  

Jadąc autobusem pomyślałam, że to cholernie niesprawiedliwe, że wszyscy wokół mówią nam, że szczerość jest najważniejsza. Już mówiąc to zdanie, nie mówią prawdy. Szczerośc jest ważna, ale tylko taka szczerość, która odpowiada innym. Szczerość słodka.

Mam straszną cerę! Tak kochanie, wygląda okropnie - musisz coś z tym zrobić, wyglada strasznie...tzn nie zmienia to moich uczuć do Ciebie, ale te syfy są naprawdę straszne. Jest szczerość. Nie trudno domyśleć się reakcji drugiej strony.

To banalny przykład, ale takich sytuacji jest dużo więcej. Jeśliby przeanalizować każdy dzień naszego życia, to prawdopodobnie nie znalazło by się ani jednego, kiedy to nie posuneliśmy sie do jakiegoś małego lub dużego kłamstwa. Prawda jest taka, że gdybysmy byli 100% szczerzy wobec ludzi wokół nas, nikogo by koło nas nie było.

Jaki jest koń - każdy widzi. Nikt nie mówi.

A w bajkach dobro zwycięża nad złem, w filmach romantycznych miłość zawsze tryumfuje, a intryga zostaje rychło zdemaskowana.

A ja się zastanawiam, po kiego wała wymaga się od nas szczerości, skoro od dziecka karmi się nas kłamstwami? Po takich lekturach czekamy na happy ending, a on nie przychodzi. Nie ma romantycznego rzucania się sobie w ramiona na szczycie Emipre State Building, czy ratunku z pożaru w ostatniej chwili. Jest za to prawda - otaczająca Nas rzeczywistość. Ale rzeczywistośc nie taka, jakiej oczekiwaliśmy.

Kot nie zawsze spada na cztery łapy, wiesz? A leku na całe zło też nie ma i nie będzie.

Pozwólmy więc do jasnej cholery zjeść wilkowi babcię. Dla naszego własnego dobra. Szczerze.