niedziela, 26 grudnia 2010

smoczek z komisu

Muszę przyznać, że trochę inaczej wyobrażałam sobie święta w gronie rodziny. W tym roku w wyjątkowo małym gronie - sama najbliższa rodzina i jej nowy członek, nietryb, Włodek. O dziwo mega zabawnie, na luzie i z wzajemnymi przytykami w iście pajtonowskim stylu.

Mój dzień został ustawiony przez "smoczek z komisu". Jak się okazało, podczas kolejnych wspominek z cyklu "a u Nas w Kazachstanie" - mój pierwszy smoczek pochodził z komisu :D. Pierwsze lego natomiast z Pewexu - ale nie dla mnie, a dla najstarszej siostry, po której lego otrzymała z kolei średnia, a jego w dużej mierze zniszczone resztki - ja. Podobnie zresztą było z butami. Zakładam więc, że mój rozmiar rzędu 36-37, nie jest wynikiem genetyki, a wiecznie za małego obuwia :-)

Z rodziną podobno dobrze tylko na zdjęciach. Czasem udaje się troszkę więcej. Czego bym nie mówiła na jej temat, to wiem że zawsze mogę na nią liczyć. I to jest fajna perspektywa. Akceptują moje małe fanaberie i szaleństwa - niewątpliwy plus bycia najmłodszą w rodzinie. Ile lat bym nie miała, zawsze będę mała. Malutka. Gówniarz i gnojek. Kiedyś mnie to wkurzało. Dzisiaj - cieszy. Mała. Heh.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz