czwartek, 12 grudnia 2013

Nie uczmy świata jak żyć

Mój dziadek całe życie był narcyzem - wierzył w siebie i w swoją zajebistość. Jeździł też po świecie i otaczał się tabunami kochanek -> Zmarł „ze starości” w wieku niespełna 90 lat.

Moja babcia wiecznie się czymś przejmowała. Dziadek zostawił ją z dzieckiem (moją mamą) i ożenił się z dziewczyną w wieku mojej matki. Babcia była typową matką polką i wspomnienia z nią związane oscylują głównie wokół robienia pierogów i wnoszenia na 4-te piętro siat pełnych zakupów ->  Zmarła na wylew w wieku niespełna lat 60-u.

Czasem myślę, że receptą na długie życie jest nie tyle twarda dupa i krótka pamięć – co posiadanie wszystkich i wszystkiego w owej.

„Nie uczmy świata jak żyć” – powiedziała wczoraj całkiem sympatyczna babeczka od psychologii, a ja zdałam sobie sprawę, że od dłuższego czasu robię staż bezpłatny w ZNP - rozwiązuję nie swoje krzyżówki  i odpowiadam na nie swoje pytania.  

Żałuje, że moi rodzice nie umacniali we mnie poczucia własnej wartości i dopiero ciężką pracą próbuje ją w sobie zbudować. Żałuję, że moi rodzice nie szanowali mnie jako dziecka – za to ja winna im była szacunek tylko z racji tego, że są rodzicami. Żałuje też, że zostałam wychowana w kulturze obrażania, kłótni i braku dotyku. W kulturze, która sprawia, że po powrocie do domu nie umiem się zwyczajnie położyć na łóżku i nie robić nic (bo zaraz wpędzam się w poczucie winny, że jestem leniwa).

Zawsze miałam poczucie, że w jakiś sposób muszę udowodnić racjonalność swojego istnienia. Moje siostry dobrze się uczyły – więc ja musiałam uczyć się lepiej.  Zgarniałam wszystkie możliwe stypendia naukowe i czerwone paski. Moje siostry skończyły studia – ja skończyłam dwa kierunki, w tym jeden z wyróżnieniem. Prawo jazdy? Wyłącznie za pierwszym razem! Pierwsza praca i wyprowadzka z domu – na asapie.  

Sama wpędzam się w lęk przed różnymi sytuacjami, ponieważ na drugim etacie życia, nieustannie próbuje uczyć innych jak żyć. Martwię się, tworze scenariusze, przejmuje cudzą odpowiedzialność (i to wcale nie dlatego, że ktoś mnie o to prosi).

Nie jestem poetką i nie piszę ładnych wierszy. Nie statusuje się na fejsbuku – bo nie mam nic zabawnego do powiedzenia. Nie mówię o sobie: ładna. Nie mówię: inteligentna. Nauczono mnie, że mówienie o sobie dobrze, to oznaka pychy, chamstwa i egoizmu.

Dziadka nazwałam narcyzem, bo kochał przede wszystkim siebie. I prawda jest taka, że koniec końców umarł  w samotności. Umarł w tej samotności jednak dobre 30 lat później, niż otoczona wnukami babcia.  Patrzę więc na tych wszystkich ludzi wokół, którzy nie merdają ogonem do byle kogo i nie zachowują się jak byle chłop pańszczyźniany co poleruje srebra Panicza. I zazdroszczę. 

piątek, 22 listopada 2013

Na Woli naprawiałam różne sprzęty. Na Ochocie malowałam cały świat.  Szlifierką nie-kątową  szlifowałam wielkie serce. Wnosiłam całą historię – od Maciejewskiego, przez Popiełuszkę, aż po Sienną na sam szczyt. Spacer wokół Metra zawsze będzie dla mnie romantyczny. 

środa, 20 listopada 2013

Zaczynam od kończę

Dwulatek wpadł do jeziora. Rodzice nie zauważyli. Nie żyje.
Nie żyję być może i ja, bo w relacjach z ludźmi tkwię w czasie przeszłym.
Przeszły czas definiuje prawie wszystkie moje zachowania. Jesteśmy chyba tym miejscem na przecięciu się wszystkich zaszczepionych nam warunkowań.
Warunek sine qua non? Odczuwanie.
Odczuwania zawsze się bałam  - tego odsłaniania miękkiego podbrzusza, pieprzonej wrażliwości.
Wrażliwość staje mi w gardle niczym ość i niezmiennie dławi.
Dławię się łzami nad kopułą kserokopiarki marki Xerox i marzę o tym, by nie usłyszeć pytania o to, co się stało.
- Stało się coś, Szogunie? – pyta Bella.
- Bellu, wszystko.

Wszystko w życiu za lekko mi przychodzi.

piątek, 8 listopada 2013

Jak w tym roku nie zdobyłam Złotej Palmy w Cannes.

Krejwiany, kilkaset metrów od litewskiej granicy. Absolutna głusza i ciemność jak w babcinej piwnicy już od 16. Miejsce, gdzie cisza faktycznie dzwoni w uszach. Byłam pewna, że okoliczności przyrody wzbudzą we mnie całe pokłady pisarskiego kunsztu, a słowa same będą się pisały na klawiaturze komputera, pod moim, niemalże bezwiednym nadzorem.

Tymczasem pustka. 

Mogłabym zacząć od "Mrs. Dalloway said she would buy the flowers herself" - jest tu jednak jakiś element decyzyjności, której to na ten moment absolutnie mi brakuje. 

Pisanie to podobno ciężka rzemieślnicza praca i należy cierpliwie kombinować zdaniami, słowami i przenośniami, aż w końcu powstanie z tego jakiś zborny tekst. Pewnie byłoby ono dużo łatwiejsze, jakby można było napisać całkowicie wprost co się myśli i czuje. Tzn. oczywiście można, ale wtedy realne życie przemieli każde napisane słowo i odniesie je do otaczającej rzeczywistości w stosunku jeden do jednego, sprowadzając na głowę autora kłęby ciemnych, gęstych i zdecydowanie burzowych chmur.

Siedzę więc i myślę o tym, że zgodnie z regułami sztuki najpierw jest szok, potem żal i bezbrzeżny smutek, a potem złość i agresja.  Okazuje się, że w moim przypadku kolejność jest w sumie dowolna - skacze sobie po stanach emocjonalnych w ciągu jednego dnia, a czasem w przeciągu jednej godziny. 

Użalanie się nad sobą jest ze wszech miar poetyckie. Whyyy, och whyyyy....(teraz włączamy piosenkę "Listopad" Comy, albo "Marzec" Stankiewicz - w sumie zbieg tytułów jest dla mnie bardzo intrygujący) i możemy swobodnie usiąść i cierpieć. Możemy też leżeć i cierpieć, albo nawet (w wersji dla zaawansowanych) - stać w oknie i palić papierosa + oczywiście cierpieć.

Cierpienie uszlachetnia. Dlatego od dzisiaj możecie mi mówić Jaśnie Pani. Kto wie, może uda mi się nawet dojść do rangi książęcej? Będę wszystkich (no, prawie wszystkich) zapraszać na herbatkę fajfoklok i będziemy polować na gęsi.

No i śpiewa ten Rogucki "Moja głowa chce, moja głowa znać, jakiś powód" - pomijając kwestię stylistyki, która jakoś mnie razi, to jasna sprawa! Powód w pierwszych chwilach najłatwiej odnaleźć w sobie. Bo byłam taka i owaka. I od razu jest lepiej, a nawet gorzej.

Taka już natura człowieka, że wsadzi paluchy w otwartą ranę i będzie grzebał i grzebał.  Jak głęboko, ile krwawi, jaki pocisk, czyja produkcja, czy aaaaby kształt pocisku dostatecznie opływowy? Czy postrzał przypadkowy, czy zamierzony, a może było to jednak samobójstwo. Tyle niewiadomych, tyle pytań, tyle łaaaaj.

No dobrze - znamy już przebieg zdarzeń: są ofiary, była autopsja,  była wiwisekcja, była też zgoda na przeszczep organów z martwego ciała, był pogrzeb - wszyscy wokół się smucili, klepali po ramieniu, a potem wrócili do swojego życia. Do komentarzy na fejsbuku, strasznie śmiesznych statusów i wrzucaniu sobie na walla. 

I wszystko mogłoby tak pięknie wyglądać, gdyby nie sny. Sny autora są strasznie perfidne. Grzebią w podświadomości i wyciągają wszystko to, co najgorsze. Odtwarzają scena po scenie, w wielorakich wersjach. Autor w tych snach zawsze kończy tak samo. Zmieniają się postacie, zmienia się krajobraz. Nie zmienia się zakończenie. I tak przez 7 godzin filmu, który na pewno nie dostanie złotej Palmy w Cannes.






niedziela, 13 października 2013

Niebieski jak nostalgia. Niebieski jak nadzieja.


Zawsze kiedy idę na zajęcia ulicą Puławską, mijam stary warsztat optyczny. W witrynie siedzi starszy pan w okularach i czyta. Książki w jego ręku nigdy nie są nowe - zawsze są to jakieś stare tomiszcza z rozpadającym się brzegiem. I mimo, że mijam ten zakład mniej więcej przez 3-4 sekundy, wzrok mój bardzo łapczywie rejestruje wszystkie fragmenty tego obrazka.

Tym razem jednak, starszego Pana nie było. Leżała za to książka - samotna i otwarta na mniej więcej środkowych stronach. Zaniepokoiłam się troszkę i pomyślałam, że w jakiś niewyobrażalny sposób przywiązałam się do czytającego optyka. Stąd zapewne niepokój, kiedy go zabrakło. Miałam ochotę wejść i zapytać: "halo, jest tu Pan"? 

Czasami zajmuje nam bardzo wiele czasu by się przywiązać - czy to do człowieka, czy miejsca. Czasem wystarczy chwila moment i odczuwamy brak, gdy czegoś nie ma. Zmienia się też sposób odczuwania przywiązania. Kiedyś wydawało mi się, że jeśli na kimś ci zależy i z kimś jesteś blisko, powinien on wypełniać szczelnie każdą wolną chwilę Twojego życia. Dzisiaj już tak nie uważam. Chociaż z najbliższymi mi ludźmi spotykam się ostatnio relatywnie rzadko - są to pierwsze osoby, które przychodzą mi na myśl, kiedy potrzebuje pomocy. Pierwsze numery telefonów, kiedy coś mnie rozbawi lub gdy potrzebuje pogadać o niczym. 

Pojawił się ostatnio temat bliskości i tego czy potrafimy się przytulać. Ja chyba potrafię, ale w sumie rzadko jest to moja inicjatywa. Powoli łapię odruchy własnej matki,  dla której przytulanie było skaraniem boskim połączonym z mało czułym poklepywaniem po plecach, tak jakby mówiła "brawo żołnierzu!".

Gdy przytula mnie ktoś kto nie jest mi najbliższy, reaguje bardzo podobnie - lekko się spinam i poklepuje po plecach - szukając pierwszej lepszej okazji by wywinąć się z uścisku. Generalnie nie lubię, gdy ktoś dotyka mnie spontanicznie. Muszę być na to przygotowana. 

Moja najstarsza siostra jest jedną z bardziej dbających o innych ludzi. Ma w sobie wiele empatii i poczucia tego co dobre, a co złe. Jest w tym wszystkim dość bezkompromisowa. Nie umie jednak mówić o uczuciach i nie umie ich okazywać inaczej, niż poprzez "troszczenie się" - czyli gotowanie, sprzątanie, kupowanie. Nie jesteśmy od siebie tak bardzo różne. 

(Nie wyrósł mi chleb)

Wszystko jest pewnie kwestią zdolności adaptacyjnych - dostosowania się do sytuacji. Ja adaptuje się stosunkowo szybko. Pewnie dlatego, że nigdy nie wiedziałam jak potoczy się sytuacja w moim domu. Czy wieczór będzie spokojny, czy też czeka mnie kolejny wybór pomiędzy racją, a kogo kocham bardziej. Moja siostra zwykła wtedy chodzić na spacery z psem, druga zaciskała mocno pięści, a ja wyobrażałam sobie wtedy, że szóstka z biologii przeniesie punkt ciężkości w bezpieczne rejony. Ale tak się prawie nigdy nie stało.

Biegałam dzisiaj po Parku Szczęśliwickim i myślałam o tym, jak duży postęp poczyniłam od Żoliborza po Ochotę. Żoliborz zawsze będzie dla mnie czymś niedostępnym, miłością nastolatki, emocją i Damienem Rice. Ochota jest  natomiast tym miejscem na ziemi, w którym nigdy nie podejrzewałam się znaleźć. A jednak od razu poczułam, że to właśnie moje miejsce. Że tutaj jestem sobą bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Ochota jest poetycka - w jej parku spadają liście, a na jej serca dnie niebieski kolor jest, czy tego chcę czy nie.

środa, 9 października 2013

Fińczycy, kultura wysoka i "z moją matką na fejsie"

Na Szczęśliwickiej słychać sąsiadów "Fińczyków", gdy kąpią się w łazience. Natomiast gdy pod kamienicę podjeżdża autobus, w uszach drga mi cała gama odgłosów silnika. Wcale mi to jednak nie przeszkadza - bo mimo obecności osiedlowych wariatek - wózkarek, atmosfera jest tu niesamowita. Nawet Tytus zdążył już pokochać swoje nowe miejsca.

Miałam ostatnio dużo przemyśleń na tematy wszelakie i byłam pewna, że pisanie o tym przyjdzie mi łatwo. Ale coraz trudniej mi dobrać odpowiednie słowa i zachować chronologię zdarzeń. Moja nad wyraz ekshibicjonistyczna natura jakby zbledła i nie ma już większej ochoty na regularne opisywanie stanów emocjonalnych jamniczka.

Mam zresztą trochę dosyć tego wszechobecnego przeżywania i statusowania. Dzięki terapii trochę zobojętniałam na dramat i emocjonalne szantaże.

Swoje intelektualne zajęcia odłożyłam trochę na bok i szlifuje powoli mebelki, maluje ściany, meble skręcam. I wbrew pozorom daje mi to nie tylko stałą dostawę zakwasów, ale też i  całkiem dużo frajdy. Przez chwilę miałam nawet poczucie winy, że tak bardzo oddaliłam się od "kultury wysokiej". Ale podobnie jak Masłowska - mam ostatnio alergię na wszystko to co trzeba przeczytać, obejrzeć czy posłuchać. Być może to taki moment życia. Taka faza, że nie "chadzam" i nie "bywam".

Odstawiłam na jakiś czas pisanie i robienie zdjęć. Piekę natomiast chleb na zakwasie i eksperymentuje w kuchni. A kiedy nie wykonuje tych wszystkich czynności zrównujących mnie w zasadzie z kurą domową - zamieniam się w Boba Budowniczego i godzinami mogłabym chodzić po Castoramie czy Leroy Meriln.

Idąc dzisiaj do roboty, zobaczyłam pięknie usianą jesiennymi liśćmi drogę, którą zazwyczaj zmierzam do swojej szklanej puszki. Niezwłocznie zrobiłam więc zdjęcie i nim się obejrzałam - próbowałam wrzucić je na fejsbuczka. Problemy z zasięgiem sprawiły, że zamiast cieszyć się tym pięknym widokiem, zdążyłam przez ową alejkę przejść - tak bardzo "wciągnęło mnie" postowanie. Zdałam sobie sprawę z tego, że mimo iż nie jestem jakimś super aktywnym użytkownikiem mediów społecznościowych - poranek zaczynam od czytania tego co inni piszą na swoich ścianach. Dzień kończę mniej więcej tak samo - z tą różnicą, że czasem po zaktualizowaniu "newsów" poczytam jeszcze książkę.

Kiedyś musiałam w tym celu włączyć komputer - dzisiaj wystarczy mi już sam telefon, więc nawet lenistwo nie jest w stanie uchronić mnie przed tym płytkim "let's stay in touch". Smutna to jest konkluzja, tym bardziej że większość tego co czytam, niespecjalnie poszerza moje horyzonty (nie Moniczka - to nie o Twoje wpisy chodzi).

Gdzieś w tym wszystkim faktycznie gubimy siebie, a zaczynamy karmić się news-feedem innych ludzi (nieprzypadkowo zbieżność). Złoszcząc się na kogoś myślimy "wywalę go z fejsa!". Żegnając się mówimy "napiszę ci na fejsie", a kiedy przyjaciółka zbyt długo się nie odzywa - fejsbuczkowy czat daje nam znać, że jest i że żyję. Dwa, czy trzy wklepane na klawiaturze zdania i można odetchnąć z ulgą.

O tym co myśli większość moich znajomych także dowiaduje się z fejsa. Wiem kto cierpi po rozstaniu, komu urodziła się córka (i tam też gratulację składam), a kto zjadł właśnie makaron z tuńczykiem. Na fejsie widzę też, że Agnieszka po raz kolejny przebiegła 10 km używając endomond sports tracker i że jeśli nie wezmę się za siebie, to będzie miała lepszy czas ode mnie.

A tak na dłuższą metę zastanawia mnie jedno. Ile osób złoży mi życzenia, kiedy na fejsbuku uczynię datę urodzin niewidoczną? A ilu osobom ja złożę życzenia? No więc właśnie.




piątek, 13 września 2013

Piątek, 13-go.


Droga do pracy – całe 25 minut i jedyny czas w ciągu dnia, kiedy jestem całkowicie sama i mogę pomyśleć. Mogę popatrzeć sobie w szybkę skmki i spacerować po własnej głowie. 

Czasami jednak trochę niewygodnie jest zostawać sam na sam ze swoimi myślami.

Dzień - niby zwyczajny. Jednak kiedy jesteś przesądny, przestaje takim być. Ja trochę jestem, dlatego kiedy pomyślę o tym, że dzisiaj jest rocznica śmierci taty i jednocześnie piątek 13go, bardzo się boje tego co mogłoby się wydarzyć. Moja matka ostatni raz była w szpitalu wtedy, kiedy mnie rodziła (zakładając, że rzeczywiście nie jestem adoptowana). Zetknięcie z polską służbą zdrowia, gdzie zmieniło się niewiele - musi być dla niej niezwykle bolesne. Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, jak Ewa spędza noc w szpitalu. 

Gdy właśnie zamierzałam wejść rano do łazienki by się wykąpać, Domka spytała mnie szybko, czy może wejść przede mną na siku. Powiedziała w tym zdaniu „przepraszam, ale muszę..” i zrobiła to takim tonem, że w ułamku sekundy mignęła mi przed oczami zupełnie inna osoba, która przepraszała mnie za to, że nie jest już w stanie sama wstać z łózka. Poczułam to jak uderzenie obuchem i tak jak Proust przypominał sobie wszystko to, co działo się wokół magdalenek, tak i ja przeniosłam się na chwile do tamtego wspomnienia, czując wokół siebie tamten specyficzny zapach i ciężkie powietrze.

Katarzyna mówi, że kiedy kupiła mieszkanie, wpadła w ciężką depresję. Mam wrażenie, że sama zaczynam się o nią ocierać. Gdzieś tam się czai i przygląda uważnie, zbliża dwa kroki i oddala tylko o jeden. Uwypukla wszystko to, co najgorsze, przysłaniając te elementy układanki, które jakoś do siebie pasują.


sobota, 7 września 2013

Takie sprawy.

Taka sprawa, że kupiłam w końcu mieszkanie.

Nie za bardzo umiem się jednak z tego cieszyć, jako że po raz pierwszy od 18 dni, pojawiłam się w pracy. Depresja popowrotowa jest dokładnie tak duża, jak się tego spodziewałam.

Kilka dni z tych 18-tu spędziłam u matki – 500 metrów od pierwszego słupka litewskiej granicy. I jak się okazało – wiele kilometrów od jakiegokolwiek pęczka zwyczajnej natki pietruszki. Plus jest taki, że zmieniłam trochę perspektywę i odpoczęłam psychicznie.  Zabawy wieśniaka są nieco inne, niż te miastowe. Mój wiejski żywot opływał w nieco mniej wysublimowane rozrywki z cyklu – kto trafi gumową piłką psa do wiadra z wodą ustawionego przy studni albo w koszenie 3,5 hektara terenu kosiarką spalinową marki Sthil. Byłam też na kurkach, ucząc się cennej lekcji pokory, cierpliwości i sokolego oka.

Taka sprawa, że za 1,5 tygodnia kończę 30 lat.

Mój organizm to doskonale wyczuwa, gdyż każdego ranka budzę się z jednym siwym włosem więcej. W tym tempie, do urodzin będę całkowicie siwa. I według wizualizacji jednej wrednej baby, będę wyglądać mniej więcej tak:  



Chociaż nie jest ze mną jeszcze tak źle, skoro nadal mogę podróżować o tak (zdjęcie nie jest może zbyt fortunne, ale oddaje moment):


Żyje teraz w świecie folii bąbelkowej, kartonów 500x400x400 oraz jazdy bez pustych przebiegów. Jestem tym wszystkim trochę (a nawet bardzo) przerażona. Moja potrzeba porządku sprawia, że zaczynam panikować. Nie umiem przyjąć do wiadomości, że „jakoś to będzie”. Musze mieć wszystko zaplanowane, a role muszą być precyzyjnie rozdzielone. I jeśli cokolwiek zaburza mój plan, rozpościeram ramiona pomiędzy biegunem złości, a „depresji”.

Taka sprawa.

środa, 14 sierpnia 2013

bo wysypalam sol na stol, a to przynosi pecha.

Pamietasz Knixie, jak wyje****s sie dzis na Placu Zawiszy, dzieki panu chuj**i w mercedesku? Idealnym podsumowaniem byla nasza wspolna posiadowka na Lindleya. 
Jaczesko, mam nadzieje ze przestaniesz kiedys robic mi zdjecia na izbie przyjec! 

Stefan R.I.P.

nieważne co mówi mama, teraz możesz prać w zimnej wodzie.


Dzisiaj w pracy siedzę na dmuchanej piłce. Nie, nie mam hemoroidów (as far as I know) - moja romantyczna dusza uparła się, by liczyć spadający z nieba gwiazdozbiór. Wypowiedziałam wszystkie życzenia dotyczące bogactwa, władzy i sławy! Zapomniałam najwyraźniej o części dotyczącej zdrowia.

Doszłam też do wniosku, że wieczór spadających gwiazd byłby znacznie bardziej interesujący  gdybyż z nieba spadła na mnie Anna Maria Jopek, Kasia Kowalska i obowiązkowo Edyta Bartosiewicz – największa upadła gwiazda Rzeczypospolitej.  Niektórym marzyła się natomiast wielka dupa Krzysztofa Krawczyka, opadająca na twarz lotem obrotowym .

Jadąc do pracy Stefankiem, zmarzłam na kość –> znaczy się, że zbliża się łikęd... A skoro wyjątkowo wyjeżdżam na daczę – będzie to niechybnie czas burz, deszczu i gradobicia. 

I dobrze! Na słońce lubię sobie popatrzeć z mojej metalowej puszki LOPsona.

Nadchodzi nieuchronnie ten czas, kiedy przyjdzie mi się pożegnać z moim wiernym druhem. Będę tęsknić za brakiem światła stopu, przyklejonym na skocza kierunkowskazem, jednym lusterkiem, wiecznie nienaładowanym akumulatorem i świadczącymi o męstwie „drobniutkimi”  szczerbami na lakierze (o czym oczywiście zapomniałam wspomnieć na aukcji allegro). Niemniej, kiedy dostaję maila „mogę podjechać w ciągu godzinki, by obejrzeć skuterek” – mam  ochotę odpisać, że może se Pan do Kerfura pojechać – tam na pewno mają „skuterki”. Ech…tyle wspomnień, tyle emocji, tyle wydanej na naprawy gotówki! Nikt i nic mi tego nie odbierze:]

Pamiętasz Jaczesko, jak któregoś słonecznego popołudnia próbowałyśmy gonić pomykające na motorze dziewczę? Goniłyśmy ją jakieś 2 sekundy, nim zniknęła za horyzontem... Była to scena rodem z How I think I look, and this i how I really look.

Pamiętasz Czarnecko, jak myślałaś, że urwie ci nogę, gdy jechałyśmy ulicą Dolną? A nie urwało. I tak naprawdę wiem, że kiedy ostatnio okazało się, że nie mam drugiego kasku, było ci strasznie przykro, bo kochasz wiatr we włosiu tak samo jak i ja!

Pamiętasz Maripaz, jak w środku nocy strzelił na Zachodnim piorun i padła cała elektryka? I jak zamiast kierunkowskazu używałam rąk, rozważając jazdę z latarką w ustach? To były emocje! To była nasza młodość! Koniecznie musisz napisać o tym poemat.

Coś się kończy, coś się zaczyna (Magda „Cóż z tego, że ze Szwecji” Werner, otwierając drugie piwo). Taka kolej rzeczy. Zamieniam więc siekierkę na kijek, a skuter na pralkę (ecobubble oczywiście). Będę się bawić wkrętarko wiertarką, silikonem w tubie oraz tym śmiesznym płynem do zdzierania fug! Hell yeah!


poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Hu hu



Piekę chleb z półproduktów, nie ufam ludziom, którzy jedzą zupki instant.

Do czego to doszło, że artystycznie spełniam się aktualnie już tylko w kuchni? Nie ma dla mnie nic bardziej odstresowującego i twórczego, niż dodawanie dwa do dwóch + szczypta soli. Sama wpędzam się w stereotyp kuchenny, z nieskrywana przyjemnością macający słodkie bataty w osiedlowym sklepie Carrefour Złote Tarasy.

Moim marzeniem zawsze była zabawa wkrętarko – wiertarką.

Mam na szczęście swoje alter ego, które najchętniej całymi dniami biegałoby po Castoramie, Leroy Meriln i Obitaktorobi. Gdyby zostawić mnie w którymś z tych sklepów na godzinę, z pewnością wydałabym tam całą pensję. Wszystkie te śrubki, uszczelki i kolanka, są dla mnie niczym diamenty, dla bohaterek hollywodzkich superprodukcji. Zresztą kolanka to jest to, co misie lubią najbardziej!




To nie koniec moich paranormal activities. Odkryłam niedawno, że mam też manię prześladowczą. Wydaje mi się, że wszyscy są na wakacjach, tylko nie ja. Machają radośnie zimnym lechem na sopockiej plaży, lub (co gorsza), wrzucają słodką focię kolejnej orientalnej potrawy, konsumowanej w jakiejś ABSOLUTNIE nieturystycznej miejscówce w Tajlandii. Yeah, right.

A żeby padało!

Pozostaje mi żyć weekendami długimi i przygodami chłopców oraz dziewczynek z ekipy z Newcastle. 

Pozostaje mi siedzieć na zydelku na balkonie 2x1 metra i obserwować sklep wędkarski Sienna, w którym do późnej nocy toczy się prawdziwe życie (może nieco zbyt głośne i wulgarne, ale nie jestem małostkowa).


Pozostaje mi wreszcie jazda na Stefanie i wrażenie (przy użyciu niewielkiej ilości wyobraźni), iż powietrze na mojej twarzy, to lekka letnia bryza jakiegoś śródziemnomorskiego kurortu, a nie po prostu… gorące powietrze.

piątek, 2 sierpnia 2013

wtorek, 16 lipca 2013

6/666




Tytus spał mi dziś na głowie. Zastanawiam się, czy to dlatego, że wzięłam wolny dzień i wykorzystałam go na sprzątanie mieszkania? Cierpię chyba na chroniczną nieszczęśliwość z dupy. Wszystko jest lepiej niż zwykle, a w 6 sekund zmienia się w gorzej. Czasem trwa kolejne 6, a czasem i 666.

Do tego nie umiem przypomnieć sobie tytułu piosenki.

wtorek, 2 lipca 2013

Harder, faster, better, stronger

Leksykon relacji międzyludzkich

Dla Mari Paz postanowiłam napisać krótki przewodnik/ leksykon/słownik po relacjach (obowiązujący nie tylko w małym mieście Warszawa)

Moi drodzy Czytelnicy, na początek kilka suchych faktów:

  • Ludzie mają różnie i ludzie robią różnie;
  •  Ludzie różnie performują w relacjach z innymi ludźmi;
  • Są psy rasowe i kundle (ale to bardziej dla fanów kynologii);
  • W dzisiejszych czasach umawianie się na randki jest jak szukanie pracy – albo przez Internet, albo cię ktoś poleci.
Na potrzeby dzisiejszego wpisu, dokonałam małego apartheidu (znaczy się segregacji) typów relacyjnych.

Pierwszy typ, to krótkodystansowiec.  Uzależniony jest od emocji – szczególnie tych intensywnych. I nie ma w tym nic złego – życie, a przede wszystkim „młodość”, rzecz krótka i trzeba ją jak najlepiej wykorzystać. Harder,  faster, better, stronger.

Dziewczyny chodzą za garaże i pokazują sobie tatuaże (by Mari Paz).

Można przeżyć życie w całej masie 24 miesięcznych relacji, zapewniając sobie ciągły przypływ świeżych wrażeń.  Tym bardziej, że moje osobiste Prawo Murphiego mówi, iż wzrost zainteresowania Twoją osobą jest wprost proporcjonalny do długości związku, w którym jesteś (czytaj:  im dłużej misiaczkujesz i pysiaczkujesz na stałe, tym więcej potencjalnych kandydatów do łóżka).

Drugi typ związkowca, to anty- związkowiec. Nie uznaje żadnych, nawet najkrótszych relacji – są one zwyczajnie zbędne i zaburzają stabilne dążenie do celu podstawowego anty-związkowca: utrzymanie status quo.

Anty – związkowcy najczęściej zapominają o tym, by powiadomić osoby z którymi łączą je relacje seksualne, o fakcie swojego nieangażowania się w relacje, co często prowadzi do nieporozumień i lekomanii.

Kolejnym typem jest typ „rozpiera mnie miłość”, zwany potocznie poliamorystą. Poliamorysta chodzi sobie po świecie i kocha wszystkich ludzi. Jest fanem geometrii, a w szczególności trójkątów rozwartokątnych. #kochamwszystkich  #lovelovelove #jestęTchórzę

Są wreszcie długodystansowe zające. Osoby te wchodzą w długie związki z innymi osobami, gdyż lubią porządek. Kiedy ich relacja przestaje być ekscytująca, skoczą sobie to tu, to tam – zapewniając jednocześnie, że osoba z którą są, jest najważniejsza na świecie, a seks to seks. Na imprezy i wakacje  zawsze udają się z partnerem, a mały numerek na boku jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodził (nie bądźmy pruderyjni!).

Na samym końcu łańcucha pokarmowego znajdują się zwyczajni długodystansowcy. Typ ten jest rzadko spotykany w przyrodzie i podlega ścisłej ochronie ONZ, ZTM i UOKiKu. Typ ten jest jednakowoż moim ulubionym. Od typu krótkodystansowca różni się dziesięcioma szczegółami (obrazki wkrótce) oraz życiowym mottem, które zazwyczaj haftują sobie na koszulce: „Słowa mają znaczenie tylko wtedy, kiedy trwają”.

Cechuje mnie aktualnie całkowicie bezinteresowna nienawiść do ludzi.  Dlatego tylko dzisiaj, każdy lajk lub komentarz oznacza akces do „Let’s hate people together!” i jedną złotą gwiazdkę na gównometrze.

Pozdrawiam!

czwartek, 27 czerwca 2013

Godzina 0:40, otworzyłam wino i piję je sama. Panta rhei, szczególnie wino.

wtorek, 25 czerwca 2013

Just get to the finish line...then you can die.


Z Jaczesko spędzamy niedzielę na robieniu sobie przerwy pomiędzy ścieraniem kurzy, a myciem podłogi (sponsored by Procter&Gamble) - przebieżka 5 km wokół łazienek w orzeźwiającej temperaturze 30 stopni (dla niezaznajomionych z tematem - główną nagrodą zestawu startowego biegu kobiet, okazało się być Pronto do kurzu, yeah).

Jaczesko z kolei,  okazało się być prosiakiem i kiedy to wpadłyśmy (czyt. dopełzłyśmy) razem na metę, trzymając się triumfalnie za łapki - wysunęła do przodu swoje futro, przez co oficjalnie dobiegła sekundę przede mną. Na skutek machlojek organizatorów, spadłam więc co najmniej 5 pozycji niżej od tej (nie bójmy się tego słowa) oszustki matrymonialnej!

Zważywszy na powyższe, poniższe i wszelakie inne okoliczności, nie mam skrupułów by nadmienić, że dziewczę owo troszku się spociło (nie bez znaczenia jest tu użyty wcześniej deskryptor "prosiak"), podczas gdy inne biegaczki (np. te z czasem gorszym o sekundę) nic na swej świeżości i oszałamiającej urodzie nie straciły. 

Pozdrawiam!



środa, 19 czerwca 2013

W Polsce o porządek dba Małgorzata Rozenek




Dzwoni do mnie Malwa i proponując spotkanie mówi, że chyba już nie spotykam się z ludźmi, którzy mają dzieci. 

Dzieci... dzieci.....dzieci?! Myślę naprędce – urodziła? Tymczasem mały Franek ma 1,5 roku…Ekhm.

Czas przecieka mi między palcami, a ten wolny pędzi obok mnie niczym Pendolino. Próbuję go złapać jak najwięcej, co przeważnie kończy się mniej więcej tak:



Nie mam czasu, by napisać o tym wszystkim co roi się w mojej głowie.  Na przykład o tym, jak zawieszam się w lotniskowej skmce i w  slow motion obserwuje otoczenie bardziej jako kolory, niż kształty. 

W głowie mam jakby konkluzję, że w tym kraju niewiele się zmieni, jeśli same kobiety nie mają nic przeciw umieszczaniu w pakiecie startowym "biegu kobiet", opakowania pronto do kurzu..

Parady równości donikąd nas nie doprowadzą, jeśli będą jedynie niedzielnym spacerem zblazowanych ludzi, których teoretycznie łączy ta sama idea, a praktycznie nie łączy w zasadzie nic. Dziewczęta na lewo, panowie na prawo. Płcie "wątpliwe" niech się rozdwoją. Trochę to wszystko słabe. 

Na Siennej unoszą się dźwięki gospel (niedziele) i allah akbar (poniedziałki i środy do 23). Jest też sklep wędkarski, w którym panowie kręcą jakieś lody, bo po wędki jakoś nikt nie przychodzi. Okolica pełna jest dyszących spadającym tynkiem kamienic, a na jednej z nich pojawia się napis "I'm sorry", który bezwiednie przywodzi mi na myśl peszkową frazę "Sorry Polsko!". 

No bo sorry Polsko, sorry! Rewolucje odbywają się tu tylko w kuchni, a o porządek dba rozciągnięta w uśmiechu, jak gumka od majtek, Perfekcyjna Pani Domu..

I wszędzie te cholerne komary.







wtorek, 21 maja 2013

Ten moment

Ten moment, kiedy ćwicząc na siłowni odkrywasz, że trud ćwiczeń może się opłacić już w trakcie ich wykonywania..

Udało mi się w końcu polubić bieganie . Nawet to poranne nie jest takie złe. Nie myślałam jednak, że polubię ćwiczenia na przedziwnych atlasach – do momentu, kiedy wyciskając z siebie siódme poty na maszynie, której nie umiem do końca opisać, poczułam, że jest to przyjemne.. I to nawet bardzo. 

Wynagradza mi to nawet trzydniowy  tygodniowy ból mięśni, o których istnieniu nie miałam dotąd pojęcia.
Nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji - wersja hard.

Ten moment, kiedy Twój kot chowa się do walizki i milczy jak grób....

Poczułam się dzisiaj troszkę jak matka, która traci swoje dziecko. A zdarzyło się to podczas niewinnej gry z Tytusem w chowanego – o której ja co prawda nie wiedziałam, że się odbywa, a Tytus nie widział pewnie, że zapłakana szukam go na podwórku, w bloku i w piwnicy.

W piżamie.  

Na bosaka.

Z rozwichrzonym włosem!

Była sobie kiedyś taka staruszka z Terespola, która co wieczór wychodziła przed swój drewniany domek i krzyczała na pełen regulator: „Misiaaaaaaa, Peeeelaaaaa”. Ja krzyczałam dziś „Tytuuuuuuuuuuuuus, Tytuuuuuus” i zdaje się, że nie różnimy się tak bardzo od tych, których mamy za wariatów.

Generalnie, spędzamy chyba zbyt dużo czasu na analizowaniu tego, co robią Inni. O czym Inni myślą. Co Inni czują. Jacy Inni są biedni. I jak Innym można pomóc. Słynny szanson porzuconych, brzmi mi dzisiaj jak wołanie pani Mirki -  „Noooooooooooooooooothing  compaaaaaaaaares toooooo yooou, nooooothing coooompareeees toooo yoooouu”.

W domu Pani Mirki nie było już nigdy więcej miejsca dla zwierząt. Całą przestrzeń wypełniał jej żal i tęsknota za tymi, które już nigdy nie wrócą.

Życie pełne jest momentów, dlatego też tytułem podsumowania, prezentuje:

Ten moment, kiedy bujasz się radośnie na ławce i spadasz...



poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Każdy Romeo musi kiedyś umrzeć

Moja grupa liczy 8 osób. Spotykam się z grupą każdego tygodnia i spędzam z nią aż 150 minut. Czas ten mija zadziwiająco szybko.  Grupa jest trochę po to, aby pokazać mi, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. I że łatwo jest być sędzią w cudzej sprawie.

Coraz częściej udaje mi się odnaleźć analogię pomiędzy własnym postępowaniem, a  całą resztą otaczających mnie zachowań. Kali ukraść krowę, a potem Kalemu ukraść. I co? I dupa. Nie jest łatwo przyznać przed samym sobą, że coś zrobiło się źle. Że z premedytacją dmuchamy czasem balony swojego  ego, nie bacząc komu wystawią za to rachunek. Czasem przecież, ktoś aż sam się o to prosi. Czasem masz ochotę odegrać się na kimś za tamto i owamto. 

Tymczasem co, jeśli któregoś dnia budzisz się i stwierdzasz, że nie jesteś już zły? Jest to przedziwny stan. Uczucie, które od wielu miesięcy towarzyszy ci w mniejszym lub większym stopniu - nagle znika. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że złość uświadamiasz sobie dopiero wtedy, gdy przestajesz się wściekać. Taki to trochę niemy bohater drugiego planu. Nie mówi wprost, tylko warczy.



czwartek, 18 kwietnia 2013

"Zawodnik" numer 13.874



Murakami twierdzi, iż biegnąc myśli o rzece i chmurach. Czasem myśli o niczym. Przez jego umysł przenika jakaś nostalgiczna cisza i tym podobne. Strasznie to romantyczne, wzniosłe i serce mi rośnie. 

Murakami to parszywy kłamca.

Kiedy biegnę, myślę przeważnie o tym, by już przestać. Sama sobie zadaje pytanie o to, kiedy to się w końcu skończy. Widząc nadbiegającą z naprzeciwka dziewczynę przyspieszam, prostuję się i przestaje na chwilę dyszeć. Gdy tylko się miniemy, wypluwam lewe płuco na chodnik i wlokę się dalej.

W niedzielę prawdopodobnie umrę. Będzie to naturalną konsekwencją ostatnich tygodni i pecha, który mnie prześladuje. Najwyraźniej tylko w "Oszukać przeznaczenie" to cholerstwo przeskakuje czasem na innych ludzi.

Całe liceum i studia podjeżdżałam pod Tamkę autobusem (bitch, please!), a teraz mam pod nią podbiec. Jezusie brodaty! Spraw, aby nie minęło mnie żadne dziecko, niepełnosprawny lub emeryt. 



czwartek, 21 marca 2013

Korpohamlet pręży muskuły oglądając Top Model

Jestem korpoludkiem. Typem osobowości numer 24 (nieuświadomiony) i 25 (ten świadomy). Chciałabym wierzyć, że jest to oznaczenie niepowtarzalne. 

Przeżywam dziś swoisty korpohamletyzm. Tyle, że zamiast wyżłobionej przez żywioły czaszki, trzymam w dłoni pomięty wizerunek króla Władysława..... Gdzież mi do Hamleta, który miał na głowie całą Danię? 

Biję się z myślami, podczas gdy pomocnik fryzjera szarpie mnie za włosy. Wyrwał mi ich chyba co najmniej połowę, podczas gdy ja z pokorą znoszę te zabiegi, przekonana, że tak być musi. Logika jest prosta - krzyczysz na swoich, bo miłość. Obcy mogą sobie szarpać.

Wszystko jakby stanęło na głowie. Idę na siłownię i czuje się co najmniej jak członek sekty. Biegnąc na bieżni, czytam napis o tym, że słabość jest we mnie i że mogę więcej. Przebierając się w szatni, patrzę na konsumujące czipsy dziewczęta i myślę o nich z wyższością. Jestem głodna, ale silna! Słabość jest we mnie! Mogę więcej! (Czy one kurważ, nie czytały tego napisu? Amatorki!)

Konklawe wybrało papieża i wszyscy o tym trąbią. Kościół upada, a świat się kończy, bo jest Obama i jest czarny. A my żyjemy w cywilizacji specyficznej i jej symbolem nie jest bynajmniej kotlet w bułce. Miała być makdonaldyzacja, a jest terroryzacja. Straszy nas wszystko i wszędzie.

Wiem, że stopa bezrobocia na koniec stycznia wyniosła 14,2%, a nie wiem, kto jest prezydentem, dajmy na to, Chile. Wszędzie matka małej Madzi, faszyści i GMO. W Hiszpanii kryzys, w kaszce szczury, a Europa się islamizuje.

Staram się wyjść naprzeciw strachowi i stawić mu czoło. Czytałam Diunę, więc wiem, że strach musi  przejść po mnie i przeze mnie. I kiedy już zasypiam, budzisz mnie Ty i Twoje paranoje. Jestem rycerzem, więc biorę to na klatę. Razem czuwamy do rana i razem walking dead.

Dziś spóźniłam się do pracy, bo obniżałam ci poprzeczkę śrubokrętem numer trzy. I już nie musisz prężyć przede mną muskułów, wystarczy, że ja robię to przed Tobą. A w ogóle mniejsza o to, bo ludzie i tak wiedzą, że co środę oglądamy Top Model.



czwartek, 21 lutego 2013

So show me where you fit




 



You’re on your own, in a world you’ve grown
Few more years to go,
Don’t let the hurdle fall
So be the girl you loved,
Be the girl you loved


W górach cisza jest specyficzna.  Jak wjedziesz już na sam szczyt i ruszasz w dół - jest taki moment, kiedy zaczyna otaczać cię jej absolutność. Oplata cię ciasnym kokonem i nie da porównać się z żadną inną ciszą - nawet z samotnością, która zawsze się z nią kojarzyła.  


Masz wtedy ochotę stanąć w miejscu i nigdy więcej nie wydać z siebie żadnego dźwięku. Jesteś zdany sam na siebie.





sobota, 9 lutego 2013

Walę w tynki, robię remont

334 dni i 19 godzin to łącznie 48 2100 minut.
Minuta mija na przykład wtedy,
gdy przytulasz się do mnie i zasypiasz przy moim boku.

Minuta jest też wtedy,
gdy siadasz rano na łóżku i całujesz mnie na pożegnanie.
Głaszczesz mnie wtedy po głowie i mówisz „Kocham cię”
Myślisz, że tego nie rejestruje, bo śpię.
Ale ja zawsze wiem, kiedy zdarza się taki poranek, że tego nie robisz.
W takie dni, pierwszą po przebudzeniu myślą jest to, że nie było porannej minuty.

48 2100 minut to 289 26000 sekund.
Sekunda jest jak myśl, która nagle przychodzi ci do głowy.
Sekundy łączą się z sobą w grupach po 60
i tworzą długą minutę rozmyślania nad tym, że nie ma cię obok.

Codziennie nie ma cię przez 10 godzin = 600 minut = 36.000 sekund.
I chociaż jednostki czasu są niezmienne, mam czasami wrażenie, że
minuta bez Ciebie trwa dłużej, niż minuta spędzona obok.
Odzwierciedla to nawet prawo Balaniego, które długość minuty
uzależnia od tego, po której stronie drzwi toalety się znajdujesz.

Myślę więc, że długość minuty jest wprost proporcjonalna
do odległości między nami.

Tempus fugit, aeternitas manet.


wtorek, 5 lutego 2013

miejscowy plan szufladkowania

Być może łatwo się wzruszam. Dziwna ze mnie osoba. Dla jednych nieznośnie twarda, wobec innych zadziwiająco miękka. W towarzystwie niektórych dziecięco radosna, a w specyficznym otoczeniu pozornie zdystansowana.

Słuchając śpiewającej Anne Hathaway w roli Fantine - płaczę jak bóbr, przerywając własnym szlochem chusteczkę higieniczną marki Velvet na pół. Tymczasem, oglądając Niemożliwe - śmieje się jak szalona z dawki patetyzmu, którą trudno mi strawić danego dnia. Absurd goni absurd, czyli goni sam siebie.

Nerwica natręctw i obsesyjne zachowania rosną wprost proporcjonalnie do poziomu bezpieczeństwa i stabilności umysłu. Wychodzę z domu i pod nosem wyliczam: zamknęłam okno, wyłączyłam listwę, zawinęłam prostownicę, zamykam drzwi....Potem i tak najczęściej wracam z parteru na czwarte piętro i sprawdzam jeszcze raz - pociągnięciem klamki.  

Moją ulubioną literką Sezamkowej Ulicy było  "O" jak "Odpowiedzialność". Za wszystko i wszystkich. Początków swojej paranoi upatruje w czasach "Wampira z Powiśla", kiedy to mając lat 10, schodziłam uparcie na dół swojej kamienicy, by bezpiecznie eskortować matkę do domu. A może to przez program "997", który tak często oglądaliśmy do kolacji? Nie wiem jak i w którym momencie, zaczęłam tworzyć w swojej głowie niezliczone scenariusze tego, co może nastąpić, jeśli nie będę wystarczająco ostrożna. 

Nie dla mnie więc wracanie po nocy nocnym autobusem. Nie dla mnie nocowanie w namiocie na plaży (w zasadzie, to nawet na nawet polu namiotowym). Nie dla mnie beztroskie spacerowanie po lesie z koszyczkiem malin (no, chyba że w towarzystwie solidnej strzelby). Nie dla mnie, w końcu, bezstresowe wchodzenie po schodach kamienicy przy zgaszonym na klatce świetle.


W niedzielę, byłam w IKEA i kupiłam nowe zasłony. Jadłam tam klopsiki z frytkami, nie będąc przy tym szczególnie głodna. Bo klopsiki w IKEA, to nie obiad – to styl życia.

Byłam też również na weselu, jako osoba towarzysząca osoby o płci w 100% zgodnej z moją. Zbiłam dwa naczynia, oblałam się winem, tańczyłam Ona tańczy dla mnie.  Co jednak najistotniejsze w tej historii, to fakt, iż wielotygodniowe ćwiczenia w przepychaniu się łokciami i wybijaniu w powietrze  wreszcie się opłaciły - złapałam welon. Mój ci on. Mój ci on!

Wesele, to intrygujące zjawisko społeczne. Niezmiennie fascynujące. I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że wesela organizowane są przede wszystkim dla rodziny. To taki familijny „must” i nie ma to tamto.

Wesele, to też targ osobliwości z elementami powtarzalnymi. Zawsze znajdzie się pijany wujek, obmacujący w tańcu partnerki (im młodsze, tym intensywniej), samotny kawaler, polujący na potencjalną partnerkę i weselny zespół wykonujący najmodniejszą w danym tygodniu potupajnóżkę.

Osobliwości weselne schematycznie odgrywają swoje role – matki płaczą, dziewczęta krążą w tańcach godowo – manifestacyjnych, chłopcy polewają na wyścigi, a młoda para krok po kroku okazuje sobie miłość zgodnie z agendą spotkania. 

Dzisiaj chyba wszystko ma swój schemat, nawet miłość. Wtłaczana jest w określone ramy już nie tylko społecznie, ale i instytucjonalnie. Jak glebę, analizujemy publicznie poziom jej jałowości, tworząc tym samym miejscowy plan zagospodarowania, na podstawie którego wydawane będą pozwolenia na kochanie.

Myślę sobie, że skoro sami lubimy szufladkować innych, to czemu nie miałaby tego za nas robić Rzeczpospolita, jako Państwo wszystkich (poza jałowymi) obywateli? Clue kryję się w przyjętej etymologii. Zawsze myślałam, że Rzeczpospolita to rzecz wspólna - dobro wszystkich Polaków. Tymczasem dzisiaj, mam wrażenie, że Rzecz jest rzeczą. A pospolite, jest pospolite -  miałkie, nijakie, bez wyrazu, głębszej treści, formy, czy przekazu. Jest murem i betonem tradycjonacjonalizmu.

Jest konserwą, którą zajadają się miliony Polaków.