czwartek, 12 grudnia 2013

Nie uczmy świata jak żyć

Mój dziadek całe życie był narcyzem - wierzył w siebie i w swoją zajebistość. Jeździł też po świecie i otaczał się tabunami kochanek -> Zmarł „ze starości” w wieku niespełna 90 lat.

Moja babcia wiecznie się czymś przejmowała. Dziadek zostawił ją z dzieckiem (moją mamą) i ożenił się z dziewczyną w wieku mojej matki. Babcia była typową matką polką i wspomnienia z nią związane oscylują głównie wokół robienia pierogów i wnoszenia na 4-te piętro siat pełnych zakupów ->  Zmarła na wylew w wieku niespełna lat 60-u.

Czasem myślę, że receptą na długie życie jest nie tyle twarda dupa i krótka pamięć – co posiadanie wszystkich i wszystkiego w owej.

„Nie uczmy świata jak żyć” – powiedziała wczoraj całkiem sympatyczna babeczka od psychologii, a ja zdałam sobie sprawę, że od dłuższego czasu robię staż bezpłatny w ZNP - rozwiązuję nie swoje krzyżówki  i odpowiadam na nie swoje pytania.  

Żałuje, że moi rodzice nie umacniali we mnie poczucia własnej wartości i dopiero ciężką pracą próbuje ją w sobie zbudować. Żałuję, że moi rodzice nie szanowali mnie jako dziecka – za to ja winna im była szacunek tylko z racji tego, że są rodzicami. Żałuje też, że zostałam wychowana w kulturze obrażania, kłótni i braku dotyku. W kulturze, która sprawia, że po powrocie do domu nie umiem się zwyczajnie położyć na łóżku i nie robić nic (bo zaraz wpędzam się w poczucie winny, że jestem leniwa).

Zawsze miałam poczucie, że w jakiś sposób muszę udowodnić racjonalność swojego istnienia. Moje siostry dobrze się uczyły – więc ja musiałam uczyć się lepiej.  Zgarniałam wszystkie możliwe stypendia naukowe i czerwone paski. Moje siostry skończyły studia – ja skończyłam dwa kierunki, w tym jeden z wyróżnieniem. Prawo jazdy? Wyłącznie za pierwszym razem! Pierwsza praca i wyprowadzka z domu – na asapie.  

Sama wpędzam się w lęk przed różnymi sytuacjami, ponieważ na drugim etacie życia, nieustannie próbuje uczyć innych jak żyć. Martwię się, tworze scenariusze, przejmuje cudzą odpowiedzialność (i to wcale nie dlatego, że ktoś mnie o to prosi).

Nie jestem poetką i nie piszę ładnych wierszy. Nie statusuje się na fejsbuku – bo nie mam nic zabawnego do powiedzenia. Nie mówię o sobie: ładna. Nie mówię: inteligentna. Nauczono mnie, że mówienie o sobie dobrze, to oznaka pychy, chamstwa i egoizmu.

Dziadka nazwałam narcyzem, bo kochał przede wszystkim siebie. I prawda jest taka, że koniec końców umarł  w samotności. Umarł w tej samotności jednak dobre 30 lat później, niż otoczona wnukami babcia.  Patrzę więc na tych wszystkich ludzi wokół, którzy nie merdają ogonem do byle kogo i nie zachowują się jak byle chłop pańszczyźniany co poleruje srebra Panicza. I zazdroszczę. 

2 komentarze:

  1. Czytam tego posta i trochę śmieję się do siebie... Zabawne jak wszystko czasem do człowieka wraca, w sensie przeszłości czy wpływu rodziców na nasze wychowanie. Ucząc ludzi "jak mają żyć"- sami chyba dajemy sobie odpowiedzi na pytanie, co robić z własnym. Lub czego nie robić. Nie wiem, czy na dłuższą metę da się tego uniknąć. W tylnej części ciała też wszystkiego się nie pomieści (nie literalnie). Jak żyć, pytam więc?

    OdpowiedzUsuń