poniedziałek, 24 grudnia 2012

chińskie ciasteczko



Są dwa rodzaje miłości. Miłość – uczucie i miłość – zależność.

Miłość uczucie jest całkowicie bezosobowa – w pełni pochłania człowieka, jej przedmiot może być zupełnie absurdalny. Jeśli uczucie to jest desperackie, nie ma sensu przeklinać samego siebie – trzeba je przecierpieć i pozwolić, żeby jego widoczna absurdalność sprawiła, by szybciej przeminęło.

Przez absurdalność nie rozumiem niemoralności. Uczucie o którym mówię, jest zarówno amoralne jaki i bezosobowe. Palące policzki; ziemia usuwająca się spod stóp.

Powiedzieć kocham , kiedy odczuwa się ten rodzaj uczucia, jest czymś aroganckim. Chodzi tu bowiem o „miłość”, która przypadkiem bierze człowieka w posiadanie i nakierowuje na X. Gdy jednak mamy do czynienia z drugim z podstawowych rodzajów miłości – miłością zależnością – można powiedzieć „kocham”; „ja” w tym czasowniku jest wręcz ważniejsze niż „kocham”.

Susan Sontag "Odrodzona"


Jestem podobno trochę jak Susan, chociaż socjonika mówi co innego. Tymczasem czytając niektóre fragmenty, czuje się tak, jakbym sama je pisała - używając jedynie innych, niż w rzeczywistości, dat i imion.

Pakuję prezenty i przypominam sobie, że kiedyś kupiłam tacie maszynkę do golenia Gilette. Bardzo długo na nią oszczędzałam i strasznie się cieszyłam, że udało mi się kupić taaaaki prezent. Dzisiaj taka maszynka, to byłoby za mało. To coś, co samemu kupujesz sobie w Rossmanie, jak chleb w osiedlowym sklepie. I w czasach, w których pozostaje nam kupować sobie wzajemnie już tylko gadżety, ciężko jest sprawić komuś radość gwiazdkowym prezentem. 

Rozgryzam ciasteczko z chińską wróżbą (Nazywom się chińskie ciasteczko. Składom się z mąki, cukru, jajek, oleju, waniliowego aromatu, szczypty soli, migdału bez skórki i mądrości  I.K.), a  Annie Leibowitz siedzi w Olsztynie i telefonicznie poddaje mi pomysł napisania powieści pt. "Miłośnik wulkanów". 


A ja, na kuchennej ścianie, gram w scrable sama ze sobą. 

piątek, 14 grudnia 2012

Choinka, jako chory sen autora


Choinka w tym roku, jest własną po raz pierwszy.
Jest jednocześnie oniryczna i ekumeniczna. Pełna jest znaczeń i symboli.
Na gałązkach bujają się: Dorota, Janek i Masza.
Są też sznurowadła, myszka Tytusa i mała Jaczewska. 

Zdjęli mi dziś retencję i mam objawy po-amputacyjne. Czuję, że zabrano mi część ciała.

Last Christmas I gave you my heart i pada mi śnieg Krzysia Antkowiaka.

Na hasło poproszę coś do czytania, Pani w kiosku odpowiada "Party" oraz "Gala". Zajrzałam przekornie do Olivii. 

czwartek, 6 grudnia 2012

Słowem krótkiego podsumowania:
- prawie zabiłam dwie osoby pierogami z grzybami, które sama zbierałam w lesie (okazało się, że był to TYLKO rotawirus), ale i tak doświadczenie uznać należy za przejmujące;
- po obejrzeniu maratonu filmów Bałabanowa i Róży wiem już, że nie jest tak, że nienawidzę Ruskich, czy Niemców. Nienawidzę ludzi w ogóle;
- zaczynam już mówić po rusku. Kilka dni temu opisałam w tym języku plan zagospodarowania przestrzennego;
- kliszę ze zdjęciami wywołuje już drugi miesiąc, co nie przeszkodziło mi zrobić 500 zdjęć oddziałów Pekao cyfrówką;
- drugi dzień, zamiast HTC mam zastępcze Chujawei i trafia mnie szlag;
- nie mam też (idąc tropem perypetii gsm) kontaktów w telefonie, gdyż odkryłam, że przywracanie ustawień fabrycznych takie oto pustki w telefonie robi;
- zdalnie sterowany model ciężarówki dla siostrzeńca (tak, mam już kupione niemal wszystkie prezenty gwiazdkowe:P) okazał się być świetny do przynoszenia różnych rzeczy z kuchni;
- od miesiąca chodzę spać przed północą i chyba mam narkolepsję (jak zwykle: ze skrajności w skrajność)
- kochanie, zabiłam nasze koty vs. mięso -> czyli włączyłam się w spór niby ideologiczny;
- nadal przepadam za the Walking Dead i nie jest mi ani trochę wstyd;
- z okna "sypialni" (haha) widzę napis "warta" i zyskuje na tym moja samoocena;
- spuszczono mi wpierdol w kometkę i  zrozumiałam wtedy, co to znaczy "porzygać się z wysiłku";
- w Warszawie mówi się "pod poduszkę",  w Olsztynie "do buta". Znalazłam dziś pod poduszką i w bucie. Jestem więc w województwie warszawsko- mazurskim

środa, 14 listopada 2012

Granice Twojego języka, są granicami Twojego świata, czyli o tym jak przypadkowo parafrazuje Wittgensteina


<b>Dygresja początkowa, będąca wstępem, ale tylko pozornie</b> Jakoś mnie te wszystkie śmierci ostatnio zamiatają. Znowu spodziewam się, że tyle rzeczy się wydarzy, mimo że statystycznie, szanse na to są naprawdę małe. Boję się bezsilności i tego, że kiedyś (i to wcale nie w bardzo odległej galaktyce) obudzę się w innej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której te wszystkie wykonywane przeze mnie czynności, będą się działy niczym na drodze stąd do wieczności.
Czytałam ostatnio o dorastaniu. Zawsze mi się wydawało, że dorastanie nieuchronnie wiąże się z  dojrzewaniem. Z każdym mijającym rokiem, niczym owoc zmieniamy kolor i miękkość.

Tymczasem chyba wszystko jest jakby odwrotnie. Dorastanie, nie ma z dojrzewaniem często nic wspólnego. Zamiast mięknąć, robimy się coraz twardsi, a przez to coraz mniej zainteresowani i coraz bardziej samotni. Spadamy z drzewa i rozbijamy się o twarde podłoże, ignorancję i kolejną podwyżkę biletów komunikacji miejskiej.

Podobno znając jedynie 5000 słów w języku obcym, jesteśmy w stanie się z każdym native speakerem dogadać. Na lekcjach angielskiego spotykałam wielu ludzi, którzy perfekcyjnie wypełniali testy gramatyczne i bez wysiłku lawirowali pomiędzy past perfect a past perfect continuous i którzy niejednokrotnie znali słów 10, 15 czy 20 tysięcy. Kiedy jednak stawali oko w oko z obcokrajowcem – nie byli w stanie się porozumieć. Trudność sprawiał im akcent, szybkość wypowiadanych słów, potoczność mowy i kontekst.

Masłowska zauważa, że naszą mową ojczystą jest dziś Google Translator – tłumacz dosłowny, którego zasób słów jest niezmierzony, a który kontekstu nigdy nie wyłapie.

Czytając to zdanie, pomyślałam sobie, że nie jest ważne ile znasz słów, i jak podczas swoich zabaw z ludźmi, nimi żonglujesz. Ważne jest to, czy rozumiesz ich znaczenie. 


piątek, 26 października 2012

the winter is coming

Mamy dzisiaj takie czasy, że przyczyna rozjechała się ze skutkiem.

Słowo rozjechało się z czynem.

Rzeczy rozjechało się z wistość i odbierane jest poprzez pryzmat nadajnika lub wykupionego abonamentu.

Owce Marii Peszek giną w owczym pędzie.  A ona odłącza się od stada i siada.

Siedzę i ja. Stada już nie ma. Zamiast owiec i baranów liczę (na) siebie.   

Od kilku dni z pasją godną lepszej sprawy, odcinek za odcinkiem, śledzę losy żywych trupów. Tak! Serial o zombie (słownie: zombie) potrafił utrzymać mnie przed telewizorem bite 15 godzin. Z wypiekami na twarzy śledzę losy grupy ludzi starających się zwiać przed bandą powłóczących nogami głodnych kretynów.

Wracając z pracy do domu, nieustannie zastanawiam się na tym, gdzie w razie ataku zombie najlepiej byłoby się schować i dlaczego zombie bez jedzenia nie umierają. I niejako widzę w tym serialu kolejną próbę podsumowania kondycji współczesnego świata (hihi).

Zombie to być może krwista metafora korposzczurów – którzy dzień w dzień powłócząc nogami snują się w kierunku swoich metalowych puszek. Pozostali próbują uciekać, ale nie mają szans w starciu z chmarą umarlaków.

Wszystkie zombie często idą w stadzie, wydają z siebie dziwne dźwięki i mają niezwykle podobne do Courtney Love twarze. Napotykając na przeszkodę, jęczą „agghhh, baghh”, a także bulgoczą, nie starając się znaleźć innego, niż siłowo - napierające rozwiązania.

Anyway, intelektualny kwiat lotosu rodzi się w bólach w mojej głowie. Naciągnąwszy parę zwojów i kilka nawet przegrzawszy, dochodzę do wniosku, że nic z tego co się ostatnio dzieje,  nie dorasta poziomem dramatyzmu do ataku żywych trupów. No a tak na marginesie nie możemy zapomnieć, że  the winter is coming.


środa, 17 października 2012



Nic nie jest mi tak bardzo bliskie, jak melancholia. Jesienna przyjaciółka, która w najmniej spodziewanym momencie unieruchamia mój aparat mowy i skłania do podróżowania w głąb tego, co na co dzień pozostaje w przestrzeni między żebrami.

Idę na dworzec Ochota i zwisam z ławki czekając na pociąg o 8:48. Często wychodzę za późno z domu i muszę podbiegać. W pociągu czytam książkę i zwisa mi to co czytam.  Zwisa mi też to co piszę.

Wewnętrzne pióro kreśli jednak jasną sytuację społeczną: widzę siebie siedzącą (powiedzmy na huśtawce) i palącą papierosa. Z Akademii Muzycznej dobiega dźwięk fortepianu, a ja bujam się w tę i z powrotem. Obraz ten nazywam „Znowu się bujam” (złoty dwadzieścia, po raz trzeci, sprzedane). Podobieństwo do zwisania, możemy w tym przypadku uznać za nieprzypadkowe.

Patrząc na krajobrazy okolic Dworca Zachodniego myślę o tym, że nie umiem płakać na bogato - co pasowało by idealnie do stworzonego naprędce w głowie obrazka. Za to lubię mieć, Leonardzie,  łzy w oczach. Lubię, kiedy zbierają się w kąciku i napierają -  mam wtedy poczucie kontroli. Ode mnie zależy, czy popłyną dalej, czy też uschną sfrustrowane, nie pozostawiając po sobie absolutnie żadnego wrażenia.

Czytam książkę i zatrzymuję się na stronie 335-ej. Po raz trzeci czytam następujący akapit: Stajemy się prawdziwą rodziną. Liczyłem na to, że już za jakieś 10 lat  będziemy tak poranieni i się nienawidzący, że sobie bardzo bliscy. Bo człowiek człowieka najłatwiej poznaje po ranach i bliznach. Wystarczy pomacać i zapamiętać, gdzie bolało najbardziej [I.K] – tak oto mówi Eros, który wraz z Aresem i Hermesem zstąpił na ziemię, by wieść przez pół wieku życie człowiecze.

I tak chyba trochę jest, że łączy nas odi et amo życia codziennego. Kochamy i nienawidzimy – najczęściej faktycznie w tym samym momencie. Jeśli coś przestaje być naprawdę dla nas ważne, przestajemy o tym mówić – a skoro wciąż mówimy, oznacza to ni mniej ni więcej, że nadal ma dla nas znaczenie. Czy tego chcemy, czy nie.

Być może najbliżsi są nam ludzie, którzy nas ranią. W zamian my ranimy ich.  To nas zbliża i łączy nierozerwalnie (być może na zawsze). Bo ktoś, kto jest nam obojętny emocjonalnie, nie jest w stanie nas skrzywdzić jakoś szczególnie dotkliwie. Może nam sprawić krótkotrwałą przykrość, wkurzyć, czy zestresować – jednak w dłuższej perspektywie czasu spływa to po nas jak po kaczce.

Stare polskie przysłowie mówi, że wrogowie mojego wroga są moimi przyjaciółmi. Tradycja przekształcania uczuć negatywnych w nierozerwalną nić porozumienia jest długa. Wzmacniamy więc swoje związki poprzez zazdrość i  zdradzamy z tęsknoty za tymi, których zdradziliśmy.

Podobno kobiety często biorą za miłość,  nieposkromioną i opętaną chęć ustawicznego mszczenia się za zawiedzione uczucia.  Często staje się ona namiętnością silniejszą od miłości, która też silniej niż miłość przywiązuje [S.D].

Mijając stację Warszawa Rakowiec myślę o tym, że każdy z nas na kimś się mści. Raz bardziej, a raz mniej. Czasem z premedytacją, a czasem mimochodem - za grzechy naszych ojców, za grzechy naszych matek. Za to kim byliśmy i za to kim przez to jesteśmy. Czasem za to, kim nigdy nie będziemy. Powód nie jest równoznaczny z przyczyną. Przyczyna nie jest powodem.

Warszawa Żwirki i Wigury. Mijający mnie tłum faluje i przyspiesza kroku. Myślę wtedy, że każdy z nas kogoś nienawidzi. Najczęściej siebie.


poniedziałek, 24 września 2012

Borynowie pakują słoiki i udają się do stolicy

Trakt brzeski. Droga Terespol-Warszawa. 

Mijam kolejne wiejskie wesele i myślę o tym co mnie ominęło i o tym jak bardzo różnimy się od siebie, w obrębie sąsiadujących województw, miast powiatowych i gmin. Jak nam daleko do siebie przez te 200 km. Ludzie wsiadają do busika Garden Service i wysiadają z niego naprędce w mieście stołecznym Warszawa udając, że są tu od zawsze.

Myślę o życiu, które nie stanie się moim udziałem i oddycham z ulgą. Chyba jestem snobką.

Nie umiem poradzić sobie ze wszystkim tym, co małomiasteczkowe. Bo to co małomiasteczkowe -  pełne jest żydowskiego, pedalskiego, i tego co-lu-dzie-po-wie-dzą. Mąż zdradza żonę, a winna tylko ta druga. Bo on pijany był i przecież nie jego wina. 

Małomiasteczkowe jest wielkie żarcie. Piszingery i galarety z nóżek. Małomiasteczkowe są wielkie kościoły, w których co tydzień o 10:30 tłoczą się ludzie, by wysłuchać kto ile dał na witraż, a kto nie dał nic. 

Małomiasteczkowa jest wreszcie Biała Sukienka, jako personifikacja kto-da-wię-cej.

I chyba nawet nie chodzi mi o tą przaśność w postaci wszechobecnego akordeonu, czy lilla róż garsonek. O dreszcze przyprawia mnie nieśmiertelna dulszczyzna w wersji hard. Nowoczesna Jagna, dobijana przez współczesne wiejskie kobiety. Antek Boryna, przewracający się do rowu po kolejnym mózgojebie i kurczak bez głowy, który biegnie w moim kierunku chwilę przed tym, nim budzę się w zimnym pokoju babci.


Dziewiętnasta z minutami, wysiadam pod Pałacem Kultury, uderzając głową w drzwi busika. I myślę sobie, że to miasto połyka łapczywie wszystkie małe miasteczka i cierpi na niestrawność. Podobno jesteś tym co jesz. I taka jest właśnie Warszawa - małomiasteczkowo wielkomiejska i zaskakująco mała.


niedziela, 16 września 2012


"Chleb i wino - jedz zdrowo z Biblią", nie wiem czy nadal jestem pijana, czy też na urodziny otrzymałam taką oto książkę kucharską? Małgonia najwyraźniej indoktrynuje mnie skutecznie, skoro poranna rozmowa  o różnicy pomiędzy szynką, a polędwicą, przypomina mi rozważania nad gorejącym krzewem i jestem który jestem.

Rozmawiamy o miłości. O tej wyśnionej. I o  tej nigdy nie spełnionej. Czekamy na siebie od urodzenia. Patrzymy czasem od niechcenia. Nie chciało mi się dzisiaj wstać z łóżka. Nie mam depresji. Zdziadziałam. Wolę poczytać, popisać, pouczyć się i  pogotować. Zaczynam agregować w sobie atrybuty Magdy Gessler, Boba Budowniczego i Virginii Woolf. 

Urodziny to taki moment, kiedy przez chwile zastanawiasz się nad tym, co się w ciągu pełnego roku wydarzyło. Pamiętam czterech niespodziewanych gości i życzenia nagrane na skype wiele kilometrów stąd. Pamiętam swój smutek i poranek kojota w oczach gościa piątego.

Dziś sam jestem dziadkiem i ...... bla bla bla :P


Zmieniamy przyzwyczajenia, zmieniamy smaki. Nie myślałam jednak, że można zmienić swój charakter. Zawsze lubiłam być w centrum uwagi. Bez większego problemu zawierałam znajomości i pełniłam zaszczytną rolę lwa salonowego. Tymczasem ostatnio nie radzę sobie w tłumie. Zaczyna mnie on przytłaczać, krępować i stresować. Dziwne jest to uczucie. 


sobota, 8 września 2012



Cały dzień sprzątania i kombinowania, jak upchnąć 3 tony ubrań w relatywnie małej szafie. Tytus dumnie kroczy po 50 metrach włości. A ja czuję, że (ledwo) żyję. Tammi Terrell tak ślicznie śpiewa, że czuje się trochę jak jej piosenka. Jakieś takie wewnętrzne "nanana".

Nocami uczę się ruskiego. Kaligrafuje literki w zeszycie w trzy linie, powtarzając na głos  historyjkę o kocie Antona i kontakcie. Rozkręcam i skręcam meble. Odnajduje też przedziwną przyjemność w używaniu wkrętarko - wiertarki.

Nieznośnie zdrabniam i sama mam ochotę przytrzasnąć sobie z tego tytułu głowę drzwiami. Podśpiewuje w czasie zmywania naczyń i płacze na filmie o pluszowym misiu. Koza gra na skrzypcach, a poza tym wszyscy zdrowi.  

  

środa, 29 sierpnia 2012

Mniej piszę, ale może nieco lepiej, bo nie jest to strumień świadomości wylewany bez ładu i składu na internetowe kartki, tylko coś co dobrze przemyślę? Ale pewnie wszyscy na swój sposób się zmieniamy w tym, co i jak robimy.

Kasia staje się "słitaśna" publicznie (chociaż pewnie w głębi duszy zawsze taka była) i z szańców wegetarianizmu, feminizmu i ekologii, zatrzymuje się na chwilę po to, by opowiedzieć o tym, co tak naprawdę dla niej ważne - lokalnie, a nie globalnie. Bo wojujące feministki też obierają kartofle - z tą różnicą, że wtedy kiedy chcą i dla kogo chcą.

Martó siedzi w rozgrzanym do czerwoności pociągu nach Budapest. Spalona słońcem czyta "Podróż" i cytuje mi fragmenty. Wiem jednak, że przede wszystkim myśli o shared bathroom w hostelu Pest oraz o magnesie z napisem Balaton, którego nie ma. 

Najpiękniejsza ze zwierzyńca siada wieczorami w oknie i paląc wolno papierosa rozmyśla nad insanity, które  dosłowne jest i w przenośni. I po kilku tygodniach okazuje się, że coś jest źle. Wujek google udziela odpowiedzi, ale tylko dosłownie. Bo w przenośni nigdy nie wiadomo. 

Tytus pyta Pau o drogę do Chin. Mój kochany mandnaryński kotek lubi sikać do walizki dzień przed wyjazdem. Lubi też wymiotować na pościel w środku nocy i szaleje z głodu 24/7.

Synapsa wyjada resztki czekoladek z Moskwy, przegryzając rybą w pomidorach z terminem ważności 2013 i skrobiąc jednocześnie łyżeczką od herbaty po dnie słoika Nutelli (nie ufam ludziom, którzy nie lubią czekolady i to się zawsze sprawdza).

Zostawiłam jej bardzo mało prowiantu i nagle myślę, że gdybym w tym kraju na W (H?) dojadała, to teraz stanęłoby mi w gardle. 

Pociąg jedzie, krajobraz się zmienia.

Secrets of Sahara włączyło się w ipodzie w trybie shuffle. I pomyślałam sobie, że był to przecież strasznie denny serial, z wyjątkowo beznadziejnym włoskim dubbingiem. A i tak niezmiennie pozostawał w mojej pamięci, jako jedno z najfajniejszych wspomnień dzieciństwa. Tak jest i chyba z sogenante miłością. Kochamy nie dlatego, że ktoś jest piękny, mądry, ładnie ubrany, czy uposażony (jakkolwiek by tego ostatniego nie rozumieć), ale dlatego, że czujemy się jak przy tym durnym dubbingowanym serialu. Beztrosko. Z dziecinną ciekawością, otwartą buzią i niewypowiedzianym na głos "co będzie dalej?".

Podobno nie jest tak, że niespełnione marzenia kończą się tragedią. Tragedią kończą się marzenia spełnione. Tak pisze Dygat i tak go cytuje MariPaz. A ja myślę, że wszystko jest kwestią naturalności. Bo zarówno egzaltacja, jak i powściągliwość są jak niemiecki lektor w romantycznym filmie ona i on, ona i ona, oraz on i on.

Nad brzegiem pewnej rzeczki, siedziały sobie smuteczki.

Jeden był o tym, że szczęścia jest jakby za mało, by starczyło wszystkim. Jest jak za krótkie spodnie. Jak dziura na kolanie, gdy nie ma z czego przyszyć łaty i jak moje japonki, które po 4 latach używania, starły się do grubości pół milimetra.

Drugi był o tym, że czasem wybieramy łatwiejsze szczęście, "robimy to co trzeba", rezygnujemy z tak wielu rzeczy tylko po to, by zadowolić innych. Mieszkamy tu, a nie tam, uczymy się "zawodu", chodzimy utartymi ścieżkami, które oświetla żarówka osram. 

A trzeci o tym, że nie umiem być już tak beztroska jak kiedyś i być może zbyt wielu rzeczy się boje. Że samolot ucieknie, że dostane mandat za picie piwa na ulicy, że to i że tamto.

Czwarty smuteczek mówi o tym, że ryba za 3000 HUF okazała się być karpiem, a piąty o tym, że upiłam się winem o 13.

Nad brzegiem Balatonu usiadłam więc i płakałam. Nad brzegiem Balatonu usiadłam też i kochałam.



niedziela, 12 sierpnia 2012


Mam czasami wrażenie, że moje życie przebiega właśnie w takim tempie, jak ten teledysk. Teraz Ja, Ty.  Teraz Ty, Ja. Coś jakby nie wiem. Yo!

Szukanie mieszkania to droga przez mękę. Operacja logistyczna na wysoką skalę. Podziwianie minionej epoki - w postaci drewnianej boazerii i PCV vs. panele z Castoramy i kiczowaty styl nowego budownictwa. Doprawdy, wybór jest naprawdę trudny.

Bilety na samolot, rezerwacje hoteli, planowanie (jak spakować się w bagaż podręczny na 2 tygodnie ?), kot musi mieć chrupki, 4-ty tydzień naprawiania Stefana, wymiana kontaktu i milion sześćset innych „drobiazgów”.  Hell yeah!

A w między czasie rozkmina nad kondycją własną i świata. Nad tym, co kiedyś nazwać mogłam ideałami i tym, co teraz nazywam rzeczywistością. Moment, w którym zaczynasz zdawać sobie sprawę z faktu, że podświadomie sabotujesz wszystkie relacje, w które wchodzisz, jest jak kop w przeponę (co w zasadzie i tak mi się tym razem należało).  

Spotykasz się z kimś, kto daje ci w metafizyczną mordę z precyzją i regularnością godną szwajcarskiego zegarka i brniesz w to coraz głębiej tak,  jakby to była najważniejsza rzecz w twoim życiu.  Marzysz o normalnej relacji z osobą, która nigdy nie będzie w stanie w taką relację wejść. Dajesz z siebie wszystko, obwiniając się jednocześnie za to, że to za mało. I dopóty, dopóki nie upodlisz się ostatecznie, nie jesteś w stanie dopuścić do świadomości, że pora dać sobie siana.

Płacz, tego tak naprawdę Ci brak
Patrz, to jest jak powolne umieranie
Wypluj mnie już, niech się stanie

Tymczasem, kiedy spotkasz na swojej drodze wszystko to, o czym zawsze marzyłeś - kogoś, kogo bez wahania można nazwać normalnym… Wtedy jest za spokojnie? Dzień bez kopa - dniem straconym?

Nazwać to można naturą ludzką. Nazwać można też prościej – głupotą. Wszyscy jesteśmy dziećmi swoich rodziców i są pewne rzeczy, których nie da się przeskoczyć. Z drugiej strony, nie można się tym usprawiedliwiać w nieskończoność. Na własne życzenie fundujemy sobie w ten sposób nieszczęście, przeplatane na krótki moment kolejną porcją złych emocji, od których prędzej czy później się uzależniamy.

Lubię patrzeć na Twój uśmiech i lubię robić ci śniadanie. Niech się stanie.

sobota, 4 sierpnia 2012

finneganów tren

Jestem marudna. Jestem też wypadkową pedantyzmu mojej matki, hultajstwa mojego ojca i MatkiPolkiSiatkarki - babci. Ogólnie, często też miewam wypadki.

Jestem niepoprawnym romantykiem. Pewnie dlatego wzruszam się na serialach - płaczę gdy ktoś umiera, albo mówi, że kocha. Czasami przewijam te sceny do początku i znowu płaczę. Czytam właśnie, że Melanie  odeszła od Antonia. Johny odchodzi od Vanessy, a Kristen zdradziła Roberta. Jest mi smutno, gdy bohaterowie pop kultury stają się Robinsonami. Kolejna fala, wyrzuca ich na brzeg samotnej wyspy. Tak jak i nas, bohaterów mass marketu. Przynajmniej w tym punkcie się spotykamy. My i Oni.

Mamy już sierpień. Chciałam przystanąć o godzinie 17, tak jak i chce od wielu wielu dni. Pociąg Kolei Mazowieckich zawsze się spóźnia, ciągle gdzieś stoi i wiecznie jest poza rozkładem, tymczasem o 17-ej jechał dalej. Jak gdyby nigdy nic.

Mam wrażenie, że rok temu, było dwa lata temu - powiedziała. Przypadek, czy zakrzywienie czasoprzestrzeni? Wszystko/większość, uległo zmianie. Zmieniają się ludzie, zmieniamy mieszkanie, szybkość internetu i stosunek do.

Jedni potrzebują odpoczynku od drugich- od ich problemów, zawiłych historii i komentarzy rzeczywistości. Inni potrzebują czegoś na kształt bufora bezpieczeństwa i zapewnienia, że to se nevrati, se nevrati. 

Finneganów tren. Finneganów tren.











czwartek, 26 lipca 2012

El sueño de la razon produce monstruos

Boimy się samotności. Samotność sprawia, że nie możemy spać sami, bojąc się czegoś nieokreślonego. Bo przecież chyba nie potworów z szafy lub spod łóżka?
Być może nagle zdobytej przestrzeni? A może patrzenia w sufit o poranku i braku chęci by wstać?

Pamiętam dobrze momenty, kiedy przerażona samotnością /w postaci wolnego czasu/, panicznie próbowałam wypełnić sobie każdy dzień, godzinę, czy minutę. Jakby zwyczajne czytanie książki w domu, miało mnie przyprawić o wysypkę, a samotny sen, zakończyć się bezdechem nocnym i cichą śmiercią, której nikt na pewno nie zauważy.

I dopiero po dłuższym czasie, zdałam sobie sprawę, że to nie samotność uwalnia potwory. Że przecież żaden potwór nie złapie mnie za nogę wystającą spod kołdry kiedy śpię. To wszystko dzieje się dopiero wtedy, kiedy śpi rozum.

Ktoś, kto był dla nas kiedyś bardzo ważny, nigdy tak naprawdę nie istniał. Przynajmniej nie tak, jak istnieje drzewo, szafa, czy Sejm na Wiejskiej. Kiedy przestajemy myśleć, potrafimy tworzyć w swoich głowach wizje idealne. Potrafimy wszystko wytłumaczyć lepiej niż naukowcy teorię ewolucji. I niezauważalnie przestajemy dostrzegać różnicę pomiędzy rzeczywistością, a tym co dzieje się tylko i wyłącznie w naszej głowie.

Miłość niespełniona to trochę jak schizofrenia. Swoiste rozszczepienie. Budzimy się na krótką chwilę i mówimy sobie, że tak być nie może. Że dosyć. Że koniec. Po czym znowu zapadamy w sen i pozwalamy na jeszcze więcej niż podczas ostatniej „drzemki”.


Są ludzie, których zdolności interpersonalne (a raczej ich brak) nie pozwalają im na swobodne poznawanie innych ludzi. Są też jednostki, które nie mając z tym żadnego problemu, nie są w stanie poznać samych siebie. I tak sobie myślę, że przecież dopóty, dopóki nie poznamy siebie samych, nie jesteśmy w stanie pozwolić komukolwiek na to, by poznał nas. Chowamy się więc pod kołdrą i ciągle boimy się wyjść. Śpimy tylko przy zapalonym świetle, zamki w drzwiach szczelnie zamknięte.    

W podróży samotność jest podobno najtrudniejsza, bo nie pozwala się ukryć przed własnymi myślami. Wtedy można je jedynie porządkować i nadawać im odpowiednia kolejność. I tak jak jegomość Bouvier skłaniam się ku stwierdzeniu, że na końcu pewnej drogi, otrzymujemy zupełnie coś innego, niż to, po co się udawaliśmy. Dosłownie i w przenośni. 


sobota, 14 lipca 2012

historia prawie-wielkich-problemów

W tym tygodniu dwukrotnie zlał mnie deszcz. Zaczęły mi się kręcić włosy. Pomyślałam sobie, że to straszne nieszczęście które mnie spotyka, to wielka dziejowa niesprawiedliwość, będąca naturalną konsekwencją prawie-złamanego-kciuka, który to przytrzaśnięto mi drzwiami samochodu, oraz prawie-poniesionej-śmierci na skuterze, który podczas nocnej burzy postanowił całkowicie pozbawić mnie możliwości używania świateł i kierunkowskazów.

Ludzie, to są prawdziwe problemy! (śmiech na sali)


Oglądałam ostatnio film o PGRz-e z początku lat 90-tych "Arizona" i zdałam sobie sprawę, że większość z nas nie ma zielonego pojęcia czym jest bieda. To, że brakuje ci forsy na kolejne piwo w knajpie, nie jest biedą. To,  że nie możesz pójść do sklepu po kolejną porcję zbędnych ciuszków (swoją drogą kompletnie nie wartych swojej ceny), nie jest biedą. To, że stać cię "tylko" na mieszkanie za 1,5 tys. miesięcznie też nią nie jest. 


Kiedy patrzę na ludzi, dla których absolutnie każda złotówka ma znaczenie, którzy to potrafią przez tydzień żyć za tyle, ile ja potrafię wydać w ciągu godziny, myślę sobie że nie wiem co to bieda. Mam wszystko. Jedyne czego nie mam, to sztucznie wzbudzona potrzeba posiadania przedmiotów, które są tak naprawdę gówno warte. Na zadane konsumentom pytanie, czy byli by gotowi wydać 600 dolarów na telefon, który ma mniej funkcji od telefonu za 100 dolarów, odpowiedzieli  gromkim chórem: NIE! Tymczasem iphone'y sprzedają się świetnie...

Idąc dalej ścieżką prawdziwych problemów...boli mnie paluszek. Ojej. Wszystkim tym, którzy tak jak ja zmagają się z prawdziwym bólem, serdecznie polecam ten mały felietonik. Dzięki temu zrozumieją, że wspólnie cierpimy za miliony. A i przekonają się, że w tym pełnym miłości bliźniego kraju (Polska wszak katolicyzmem stoi) nie chodzi o to aby pomagać. Chodzi o to, aby się to wszystkim opłacało. Dlatego hospicjum nie przyjmie leków przedłużających życie pacjenta (za 6 tys. sztuka). Bo godne umieranie, to także jak najszybsze umieranie. Bez zbędnych ceregieli.

To wszystko, daje mi swego rodzaju perspektywę:
Ależ ci wszyscy ludzie wokół marudzą. Mam raka, mam śpiączkę, jestem alkoholikiem. Ludzie, ogarnijcie się. Mi się zepsuł skuter, do cholery!

Wdech, wydech. No właśnie.

Czasami mam wrażenie, że Młody Werter był niezłym ruchaczem lowelasem. Bo większość z nas ma w sobie swoisty gen werteryzmu. Mając coś bardzo cennego, patrzymy rozbieganym wzrokiem na to, czego nie mamy. A gdy już dopniemy swego, marzymy o tym,  by wrócić do tego co było. I tak w koło, Panie Macieju.

Czyjaś trawa jest zieleńsza. Ktoś inny świetnie wygląda w tiszercie z H&M, a ja zawsze jak dziad. Mam za duże cycki. Mam za małe.

Oddaje ci serce, oddaje ci ciało, ty czekasz i mówisz: to mało, to mało!


Tymczasem, gdyby zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że to co traktujemy na co dzień jak poranną kawę i batona nagle znika, natychmiast zyskałoby na wartości. Ale skoro ciągle za mało. To często i za późno.

środa, 4 lipca 2012

it's complicated


Wszyscy coś odgrywamy. Wszyscy na swój sposób staramy się swoje własne życie udramatyzować na kształt filmowych dramatów, które najlepiej utrafiają w nasz gust. Inaczej wszystko to, co robimy i przeżywamy, wydawać by się mogło miałkie i bez polotu.

Stanisław Dygat, Disneyland

Wielu z nas czeka też na filmowe (szczęśliwe) zakończenie. Na ten piękny moment, kiedy wszystkie nasze mini tragedie, uwieńczy jedno proste "oooch Rhett, oooch Scarlett!". W międzyczasie ściskamy więc w dłoniach garść ziemi, która dodaje nam siły i wiary w to, że jutro też jest dzień.

Of course I miss u, and I miss u bad. But I also felt this way, when I was still with you.

To niesamowite, jak wielka jest zdolność do wypierania wszystkiego co złe, kiedy rzeczywistość przykrywa nam ten bardzo krótki moment szczęścia. W tym kraju żyje ok. 38 milionów ludzi (minus sąsiad, który od 2 tygodni rozkłada się na parterze mojej kamienicy), z czego przynajmniej 35 milionów ma z grubsza ten sam problem.

I to chyba nie jest tak, że specjalnie wkładamy rękę do ognia. Albo, że ten ogień przyciągamy. Zwyczajnie nie umiemy z tym ogniem postępować. Kiedy płonie dom, naturalną reakcją powinna być ucieczka. Ludzie tacy jak ja, nie tylko próbują wynieść z płonącego domu jak najwięcej, lecz często zabierają się za gaszenie ognia, podczas gdy powinni szukać drzwi. 

Dziewczynki poszły za garaże i pokazują sobie tatuaże. Dziewczynki wsiadają do samochodu i odjeżdżają na spacery. Dziewczynki mówią "ja nie mogę", a inne ,myślą "co ja robię?".

It's complicated, isn't it?


wtorek, 19 czerwca 2012

kombajn do wyciągania niedzielnych kierowców z rowu

Stało się. No proszę Państwa, stało się!

Postanowiłam zostać kierowcą rajdowym i poprowadzić samochód.  I tak jak w każdej bajce, mamy kilka klasycznych postaci. Jest księżniczka (a w zasadzie cztery), jest personifikacja zła (tym razem w postaci dołu z wodą) oraz książę na białym koniu (tę rolę zagrał syn gospodarza, na zdezelowanym traktorze marki Ursus - czyli niedźwiedź).

A było to właśnie tak:

Wyruszywszy pewnego słonecznego weekendu do Więzienia w Rajgrodzie, postanowiłyśmy z niewiadomych przyczyn skrytykować publicznie procesję "Boże Ciało". Naigrywania się było co niemiara. Okazało się wkrótce, że Bozia nie śpi...

Kiedy jakieś 500 metrów od skrętu na miejsce naszych hulak i swawoli, utknęłyśmy w gigantycznym korku, po 20 minutach oczekiwania padło hasło stare jak świat: "Pojedźmy skrótem!". 

Jak wszyscy wiemy, skrót, to zgodnie z definicją, najdłuższa droga łącząca dwa odcinki. Oszołomione genialnym pomysłem, gnałyśmy pomiędzy wiejskim dróżkami, bez cienia oporu wjeżdżając na czyjeś posesje, pokonując przy tym liczne łany zboża i trzy watahy dzików.

Napotkawszy na swojej drodze dół pełen zbawiennej dla włosów deszczówki, księżniczka numer jeden (ja), zawahałam się nad dalszym postępowaniem. Podjudzona serią okrzyków, uznałam, że przeszkoda ta jest niczym wobec naszego wspaniałego rydwanu ( jak się okazało wcale nie 4x4). 

- Dajesz, dajesz dajesz! - krzyczały w gorącej wodzie kąpane szlachcianki.

A skończyło się to tak:


Nastroje w narodzie nadal nie upadały. Królewny trzy, postanowiły więc szacowny rydwan pchać, przy akompaniamencie dodawanego przez potomka rodu Hołowczyców gazu. Otrzymawszy jednak solidną porcję błota w twarz i na sukienki, zrozumiały, iż daremne ich wysiłki..

Plan B. Pora na plan B!

Zdobywszy linkę holowniczą marki stara szmata, jęły wyciągać pojazd z tarapatów, nieskłonne przy tym uwierzyć, że trzy nietęgie osoby nie są w stanie poruszyć wielokilogramowego potwora choćby na milimetr ( i to nawet wtedy, kiedy zorientowały się, że może warto opuścić hamulec ręczny).

Puszkę złotego trunku, kilka kubeczków z McDonaldsa wypompowanej z dziury wody oraz kilkanaście garści zerwanych i wrzuconych pod koła chwastów dalej, zdały sobie sprawę, że pora poszukać księcia, który odmieni ich fatalny los.

I tak oto, wyruszyła księżniczka numer trzy, na poszukiwanie ratunku. 

Tymczasem zaczęło się ściemniać (i ściemniało się tak jeszcze 6 godzin) Pozostałe rozpoczęły więc wybieranie, którym członem ludzkiej stonogi zostaną, stosując przy tym starą jak świat metodę na kamień, papier, nożyce. Człony środkowe, rozważały techniki przegryzania sobie żył na nadgarstkach w razie, gdyby mało rozkoszne wizje, miały się wkrótce spełnić.

Z melancholii wyrwał je ryk zbliżającego się traktora! Tak tak tak! Bohater nadchodził! I ogłaszał to z właściwym dla takich sytuacji przytupem!


Uratowane!

Księżniczki uśmiechnęły się zalotnie do swojego wybawcy. Księżniczka druga czknęła po złotym napoju, księżniczka pierwsza tłumaczyła, że to wcale nie takie trudne zakopać się w litrze wody, księżniczka trzecia rozważała skorzystanie z ustępu, natomiast czwarta zdrapywała z twarzy błoto z godnością równą co najmniej królowej! Wszystkie nadstawiały nieśmiało stopy, licząc , że to własnie na jej odnóżach zacny książę umieści pantofelka. 

Książę (niegodny!) spojrzał jednakże z politowaniem, uśmiechnął się do księżniczek specjalnej troski i oddalił się- ściskając uczciwie zarobiony czteropak piwa (księżniczka numer jeden - zuch dziewczyna, rozważnie wręczyła mu ten tańszy)

I tak oto, drodzy Państwo, jedzie się skrótem. 500 metrów w dwie godziny. Serdecznie polecam.

wtorek, 29 maja 2012

ponadczasowa historia ludzkiej stonogi jako hiperbola współczesnych trendów konsumpcyjnych

Kopciuszek, w nowej wersji 3D. Dwie wersje Śnieżki– jedna dla fanów Borata, druga dla fanów Zmierzchu. Nowy Burton, którego wszystkim serdecznie polecam (czemu tylko ja miałabym tracić pieniądze, do hója?)

Żyć, nie umierać - od chocholego tańca w rytmie disco (tak, pokochałam własny koncept i tylko własne żarty są dla mnie śmieszne), po parafrazę w postaci robinsonów warszawskich, którzy tańczą w ruinach swoich chmur.

Okazuje się, że nie wszystko można naprawić w warsztacie. Proszę Pani! Oni się tam głównie zajmują wymianą opon zimowych na letnie (niekoniecznie w tej kolejności). Wracam więc z kwitkiem, na tarczy swojego erotycznego tachografu, ciągnąc za sobą zgniecioną karoserię żakietu z H&M  i zastanawiam się nad parafrazą parafrazy w wersji demo, jako konsensusu pomiędzy softem a hardem.   

A Małgorzata bierze pod pachy opony (sztuk: dwie) po to, aby nie chodzić dwa razy. Żeby nie wyjść na pizdę słabszą, robię to samo i więcej. Myślę sobie, że chyba wiele rzeczy robiłam w życiu zgodnie z zasadą – „przebijam”, zamiast „sprawdzam”. Jaki z tego morał? Nie wiem.

Więcej morału wyciągnąć można chyba z ludzkiej stonogi. Jest to historia ponadczasowa! Jest to też genialna hiperbola współczesnych trendów konsumpcyjnych. Dla mnie zamyka się w prostym: nie łaź w nocy po lesie, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce połączyć twoje usta z cudzym odbytem (wersja hard) lub twój odbyt z cudzą twarzą (wersja soft). W tym przypadku zdecydowanie proszę jednak o nie utożsamianie autora z podmiotem lirycznym.



niedziela, 27 maja 2012

Przeraża mnie płytkość relacji - wczoraj się kochamy, dzisiaj się nie znamy. Możesz z kimś spędzić kilkanaście miesięcy swojego życia, po czym przechodzisz na drugą stronę ulicy, udając że go nie widzisz. 

Bardzo łatwo jest oceniać innych ludzi. I jak to ktoś pięknie powiedział - każdy jest zdolny do popełnienia zbrodni namiętności. I chociaż nie ma takich, którzy mogli by więc rzucić kamień bez winy,  niezwykle łatwo odnaleźć się w roli stróża moralności. Tego co dobre i tego co złe.

Wszyscy czegoś pragniemy. Czasami jesteśmy gotowi iść po trupach by to zdobyć. Ktoś daje komuś dobre rady, bynajmniej nie mając na celu jego dobro. Ktoś inny mówi jedno, robi drugie. Gdzieś tam jest ktoś kto bardzo chce, by wszystko było tak jak kiedyś, a jeszcze ktoś potrzebuje odrobiny emocji, być wreszcie coś się działo.

Mam czasami wrażenie, że poruszamy się w przestrzeni pomiędzy  syndromem odrzucenia, a przysłowiowym-  na złość tacie nasram w gacie.

I jak się to wszystko kończy? Kilkoma tatuażami? Straconymi "przyjaźniami"? A może kolejnym kacem w niedzielny poranek?

Nie zdarzyło mi się nigdy zranić kogoś z premedytacją. Bez niej natomiast - owszem. Wszystko to wynika z bardzo prostego powodu. Ten, kto wie dokładnie czego chce, zwyciężyłby w każdym teleturnieju. Tymczasem najczęściej wiemy czego chcemy dopiero wtedy, kiedy nie możemy już tego mieć. 

I chyba minął ten czas, gdy można było świat pojmować w kategoriach czarne-białe, bo paradoksalnie najmniej szczerości występuje pomiędzy osobami, które są sobie najbliższe. Nie jest to więc chyba kwestia złych intencji, tylko swego rodzaju niezrozumienia. Najtrudniej przecież ujrzeć coś więcej niż czubek własnego nosa.

Wszyscy chcemy być na swój sposób szczęśliwi. Niewielu się udaje na dłużej niż na mgnienie oka (statystyczne dwa lata). Popadamy więc w te same schematy- dzięki zbliżonym wyborom. Tańczymy chocholi taniec w rytmie disco.

Dla urozmaicenia tylko, łapiemy coraz to różne ręce. 



wtorek, 15 maja 2012

PMS, a co jeśli..?


Pomarańczy! Ogórków! Lodów! Sushi! Uwielbiam Cię! Nienawidzę! Przytul…Spierdalaj! – całe moje ciało jest dzisiaj dawcą sprzecznych komunikatów. Zmienne nastroje przecinają się w punktach ze zmiennym apetytem i niczym sokowirówka miksują wszystkie możliwości. Potrzeba samotności bije się na gołe klaty z pragnieniem opieki- takiej z pocałowaniem w czoło i pogłaskaniem po głowie. Prawdopodobnie zaraz oszaleje (stan szczególny)

Zmienność to nie tylko ostatnie kilka dni. Niezauważalnie zmieniłam bardzo wiele w swoim otoczeniu. Z punktu, w którym dominowała złość, żal  i smutek, znalazłam się mentalnie w miejscu, gdzie czuje się nienaturalnie spokojnie, otoczona przez psychopatycznie zen (stan ogólny)

Kiedy pęka serce, powinno się umrzeć. Nie rozumiem czemu nie umarłam – mówi Harper pośrodku lodowej pustyni własnego umysłu. Tymczasem umrzeć można na wiele sposobów. Poprzez zamknięcie na ludzi, albo udawanie kogoś, kim się nie jest- to też swego rodzaju śmierć, bo siedzisz sobie z uśmiechem na twarzy, który w żaden sposób nie koresponduje z tym, co rzeczywiście czujesz. Stajesz się centrum uwagi wszystkich, tylko nie siebie. Śmiejesz się głośniej niż inni i lepiej się bawisz. Mało jesz, mało śpisz, dużo myślisz. Tyle, że nic z tego nie wynika.

W delikatności i słabości często kryje się prawdziwa przemoc – wzięłam to sobie bardzo do serca, postanawiając, że już nigdy więcej nie będę słaba. I mogłabym się trzymać takich postanowień, gdyby nie to, że okazały się być oparte na błędnej definicji. 

Tymczasem, chodzę spać przed północą. Jem rano owsiankę. Kupuję warzywa na bazarze i jestem mediatorem dla własnej rodziny. Siedzę spokojnie i słucham argumentów każdej ze stron, udzielam głosu, tonuję emocje..

I czekam tylko kurwa na moment, aż w końcu trafi mnie szlag. Aż skończy się ta cisza przed burzą, aż nastąpi pierdolnięcie, które przywróci mnie do stanu początkowego. Do stanu nieuporządkowanej normalności, niewyspania, braku odpowiedzialności i zwyczajnego chaosu, w którym przynajmniej wiem czego się mogę spodziewać.

p.s. A co, jeśli PMS nie istnieje, a ja jestem po prostu wredną suką?

środa, 9 maja 2012

Boje się starych ludzi w komunikacji miejskiej. Boje się ich w przychodni, albo w sklepie. Denerwuje mnie, kiedy tłumnie wsiadają do autobusu czy metra w porannych godzinach szczytu. Denerwuje mnie, kiedy niczym rottweilery dyszą pod drzwiami gabinetu lekarskiego, łypiąc na każdego, kto przychodzi i grzecznie pyta o kolejkę. Trzeba im zawsze ustępować miejsce dla samej zasady. I często to robię, ale nigdy wtedy, kiedy ktoś zacznie sapać i dyszeć, rzucając w przestrzeń zdania o tym, jaka ta młodzież niewychowana.

Stojąc ostatnio na przystanku, zaczęłam bezwiednie obserwować schodzących się nań ludzi. 9:10 – niezmiennie pojawia się Pan z piętra drugiego mojego kołchozu. Potem przybywa Pan z budynku obok i po kolei kilka innych – zmierzających w tym samym kierunku twarzy. Codziennie to samo. I czasem zastanawiam się, czemu facetowi z mojego piętra zawsze mówię cześć na korytarzu, a na przystanku zawsze udajemy że się nie widzimy/nie znamy?

Krajobraz się trochę nie zmienia. Na zachodzie bez zmian.

Tymczasem Jezus przechodzi do natarcia. Wykupił w tym miesiącu więcej przestrzeni reklamowej na mieście. Jego share of voice rośnie. Woła do mnie już nie tylko z okna playera youtube.com. Woła z ATL-u w metrze i przy uczelni. Patrzy na mnie z bluzy G-sus Tomka. Wraca więc z coraz szerszą kampanią marketingową, zrozumiawszy, że tylko tak może przebić się do serc i rozumów swoich zabieganych owieczek. Gdybym nadal studiowała – napisałabym o tym pracę magisterską. 

Blog ostatnio trąci myszką. A ja mam poczucie, że na nic nie mam już czasu. Mam też poczucie spokoju i tego, że nic nie muszę. Może to atmosfera nadmorskiego „kurortu” Mamas&Papas? A może śledź z delikatesów na środku plaży w Sopocie? Ja i Tytus dajemy sobie nieźle radę. Jesteśmy trochę jak połączenie "Wszystko płynie" i "Prostej historii" - z tą różnicą, że nie mam ani łódki, ani starej kosiarki do podróżowania po świecie. Mam za to znalezione na strychu rolki sprzed 15 lat, pokiereszowany i klejony na poxipol skuter bez lusterek, opakowania po filmach do aparatu, które służą mi za podstawki do jajek i wicehrabię przepołowionego, który zdecydował, że nie chce już być Rycerzem Nieistniejącym.


No i chyba tak jakby wróciłam.

wtorek, 24 kwietnia 2012

od redakcji

No dobra. Ten artykuł, który ostatnio popełniłam znaleźć można w Soul Magazine. Pojawia się i znika w kawiarniach i innych miłych miejsach kawiarniano-pubowych. 


Wersja online wygląda następująco: http://www.soul.pl/e4u.php/1,ModIndex/Magazine  a ja tam sobie hejterze o modzie mniej więcej na 22 stronie.

W kolejnym numerze hejterzyć będę o sztuce. Czyli taki mały cykl - nie znam się, to się wypowiem.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie oblekają tego faktu w słowa.

Jutro ukaże się moja pierwsza publikacja gazetowa. Lista 100 rzeczy do zrobienia przed śmiercią, krótsza o jedną pozycję. Nadal nie udało mi się skreślić punktu "nie pić przez 7 dni z rzędu".  Ale jak to miałoby się zdarzyć i wydarzyć, skoro siedząc niewinnie w Wielki tak zwany Piątek, u moich drzwi zjawiają się niezapowiedzeni goście, którzy zupełnie przypadkiem mijali niezmierzone obszary Marymątu? Jak to uczynić, kiedy Wielka Sobota wygląda z grubsza tak samo, a ja - na świąteczne śniadanie u siostry docieram ledwo ciepła, bez święconki i bez śledzi - jedynej potrawy jaką miałam przyrządzić, a którą bez zmrużenia oka skonsumowałam z dziewczynkami?

Wydaje mi się, że spełnienie wszystkich tych chęci jest trochę chyba nierealne. Na drugim biegunie wierzę też w to, że mam jeszcze wpływ na to co będzie i jakie będzie. Cheyenne mówi, że niezauważalnie wyrastamy z wieku w którym mówi się „takie będzie moje życie” i zaczynamy mówić „takie życie”. Ja nie zamierzam przegapić tego momentu. Bo faktycznie, nie ma tak, że lepiej późno niż wcale. Za późno, to za późno. 

Mam też takie oto spostrzeżenie, że nieszczęście rzeczywiście jest swego rodzaju stymulatorem weny i  że nie umiem pisać, kiedy nie przeżywam jednego z miliona trzystu dramatów. Nawet Tytus "hasa" z Fifi, omijając szerokim łukiem fortepian, z którego pobrzmiewa muzyka dla Elizy. 

Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie oblekają tego faktu w słowa. Bo kogo obchodzi, że internista przypomniał mi że kończę niedługo 30 lat? Kogo interesuje, że nie jestem na diecie? Kogo do chuja Pana ma obchodzić, że pękło mi ramiączko stanika i musiałam kupić nowy (a w zasadzie dwa) a jajecznicę lubię nieściętą?

Nikogo nie interesuje, że biegałam sobie w piątek po parku. 30 minut biegu, 40 minut ubierania się do biegania, aby wyglądać godnie i dostojnie!

Sześć razy upadło mi płuco. Dwa razy udawałam sprintera, widząc zbliżających się chodnikiem ludzi. Wtedy wysiadło mi też na chwilę serce. Dodatkowo zrobiłam 100 brzuszków, myśląc, że się porzygam przed, po i w trakcie. A dzisiaj? A dzisiaj zamówiłam pizzę z płatnością kartą, byleby nie wychodzić z domu nawet do bankomatu. Ha!


Tytus w wolnej chwili ogląda filmy na youtubie i czatuje z Fifi. Tytus est animal sociale.

A ja czytam wiersze i ciągle zapominam albo wstawić pranie, albo że pranie się właśnie skończyło. Tworzę w głowie listę zakupów, zachwycając się jednocześnie Przybyszewskim i jego przeróbką Tuwima. Na życzenie Alekstandry, będę więc przez chwilę mówiła Staszkiem, poruszając problemy życia codziennego:

Tytuł wiersza: skończył się papier toaletowy

Skończył się papier toaletowy! Uświadomiwszy sobie rozmiar tragedii, spojrzała lekko zamglonym wzrokiem w stronę zionącego pustką podajnika. Przez jej ciało przecwałowały ferie emocji - od niczym nieopisanej pustki, po trwogę, jaka ogarnęła jej serce na myśl o taszczeniu pod pachą opakowania zbiorczego regina - osiem rolek w cenie sześciu. Wypiwszy jednym haustem pół kartonu mleka, zagryzła swój ból jałowcową suchą. Papieros wypadł z jej dłoni, kiedy z odmętów umysłu wypłynęła nagle uśpiona jeszcze chwilę temu informacja, o nietolerancji laktozy, na którą cierpiała wszakżeż od przedszkolaka. Kot zwymiotował. Sąsiedzi słuchali wiadomości na jedynce. A papier toaletowy się skończył.




piątek, 30 marca 2012

Bękarty ze Stambułu vol. 1 : podróż i dzień pierwszy

Szanowny autor choruje już prawie dwa tygodnie i to mimo permanentnego przebywania w pierzynach! Z godną oprawą w postaci mruczącego kota, wody mineralnej Cisowianka (a wszyscy wiedzą, że ja wody nie piję) oraz telefonu komórkowego - rozsyłam smsy z rozpaczliwą prośbą o uratowanie mnie od śmierci z nudów (bez odzewu).

Będąc już w stanie nieco mniejszej niż dotychczas pomroczności, postanowiłam opowiedzieć zarówno subiektywnie, jak i niezgodnie z prawdą- dzieje wyprawy zagranicznej do miasta meczetem i kebabem stojącego. 

A było to mniej więcej nie tak:

Dnia pięknego, roku pańskiego 2012, udałyśmy się w podróż marzeń w osób pięć (plus maskotki). Obudziła mnie rano przepiękna słoneczna pogoda, zwiastująca pozytywną energię, szczęśliwy start i lądowanie oraz pyszną zabawę w gronie statecznych i dobrze wychowanych dam! Jak się jednak okazało, mój hurraoptymizm, jedynie witał się z gąską, a kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.

Odprawiwszy poranne modły..


...udałam się, oczekiwać marszrutki o numerze 69, która zawieźć mnie (i moje dwie walizki) miała na lotnisko. 

Nie jestem przesądna, ale widok, który zastałam, wsiadając do owego pojazdu, zmroził mi krew w żyłach!


Tak! Marjanna przytrzasnęła sobie drzwiami włosy! A to, jak wiemy, zła wróżba, omen i śmieszna sprawa razem wzięte!

Niezrażone złą wróżbą, jęłyśmy dokonywać sprawdzenia bagażu przed lotem, a także zaznajamiać ze sobą wszystkich uczestników kolonii. 

I tak oto Lisek poznał Małpkę, a Małpka- Liska, Bobika i Peluszkę (o Annie Kareninie nie wspomnę!)



Czy tylko ja uważam, że ktoś tutaj jest nienormalny? 

Anyway, rozegrawszy partyjkę piłkarzyków i pobawiwszy się na ruchomych schodach, wsiadłyśmy w samoloty i świętowałyśmy nasze dolce vita, nie spodziewając się tego co zostaniemy po wylądowaniu w stolicy  jednego z najcieplejszych krajów regionu!




Toczyłyśmy z sobą zażarte dyskusje na tematy metafizyczne i metaboliczne również. Marjanna (nigdy nie była zagranico, ta biedna dziewczyna!) zdziwiła się niezmiernie, kiedy uświadomiono ją, że w samolocie nie ma rzędu 13-go, gdyż ludzie są przecież przesądni. Usłyszawszy tą informację, spytała więc zdziwiona:
- A co, tylko miejsca 13-te spadają do morza?!

Urocza to dziewczyna jest, doprawdy! I jaka stylowa! Może ja troszeczkę wyprzedzam teraz fakty i mity oraz rzucam perły przed wieprze, aczkolwiek Marjanna, była wygrała podczas kolonii konkurs na najlepiej ubraną turystkę w Stambule! Tak!


Zdobycie zaszczytnego tytułu ikona mody, nie było łatwe w mieście zwanym drugim Paryżem Wschodu! 

Tymczasem muszę przyznać (wracając do właściwej chronologii), iż zarezerwowany przez Sikorską hotel, okazał się być bardzo zacnym miejscem, które już z daleka powitało nas aromatem kanalizacja nr.5 a także przemiłą obsługą, twierdzącą, iż w zasadzie nie istniejemy (w ich rejestrach). 

Stanęłyśmy więc wszystkie jak zaklęte i niczym trusie z podziwem obserwowałyśmy jak dzielna Katarzyna negocjuje z recepcją warunki naszego pobytu (napracowała się ta dziewczyna, że hej!).

Kiedy zażądano sobie naszych paszportów - celem rejestracji, wszystkie jak jeden mąż podałyśmy je bez słowa sprzeciwu, pożegnawszy się z nimi na wiele długich godzin i rozważając w przypływie przerażenia, czy nie zostałyśmy przed chwilą zameldowane w burdelu (europejska nieufność?)

Przejęte czekającym nas zadaniem, rozpoczęłyśmy przygotowania do jak najszybszego wtopienia się w stambulski tłum. Wystarczyła godzina i trzy wizyty hotelowego boya, upewniającego się, że NA PEWNO nic nam nie brakuje (if u know what I mean..), abyśmy odkryły działanie syndromu sztokholmskiego i poczuły się jak w domu!



Na troski i zmartwienia nie ma rady! Trzeba się napić i ustalić plan działania!



Być może to magiczny wpływ nieświeżej brzoskwini, tak impactująco podziałał na niektóre z nas (w przede dniu naszej wielkiej przygody i  hotelowego śniadania), ale niektórzy jak zwykle planowali trochę za dużo..



Tak, Drodzy Państwo! W wynajmowanym hotelu, codziennie od 7 do 10 czasu stambulskiego, serwowano śniadania kontynentalne na koszt firmy! Prawdziwa to okazja, dla młodych i zaradnych dam, które pieniążki wolą wydać na kilogramy młynków do pieprzu (Małgonia wie o tym najlepiej, bo najodważniej się o nie targowała) miseczek i magnesików na lodówkę, niż na jedzenie czy inne smakowitości.

Posiłek był też wyśmienitą okazją do wymiany najnowszysch ploteczek z obsługą, a także do coraz bardziej ekwilibrystycznych popisów wynoszenia drugiego śniadania z naszej zacnej stołówki!


Nieobeznanym wyjaśnić spieszę, że w tej czapce mieści się tuzin jajek i kilogram oliwek zielonych bez pestki!

Śniadanie pełne mikroelementów, popitych wodą z kranu, dało nam siłę na zwiedzanie tego jakże pięknego miasta, w naszym pierwszym dniu, tej jakże ekscytującej przygody. Zostawiwszy naszych braci mniejszych w hotelu...


...ruszyłyśmy zwiedzać meczety..


...oraz poznawać kulturę, sztukę i religję.


Skuszone ciasteczkami i kawą, udałyśmy się nawet na wykład o islamie, gdzie próbowałyśmy zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi i czy aby europejskość nie odbiera nam czasem zdolności pojmowania innych tradycji, zwyczajów i obrzędów. Dopiero w meczecie zrozumiałyśmy, że śpiew wzywającego na modlitwę muezina, nie zwiastuje natychmiastowego zamachu bombowego, a chodzenie w burce, może być całkiem sexy.

cdn.

W kolejnym odcinku dowiecie się m.in.:
- jak się targować w wersji hard
- jak w praktyce wygląda łaźnia turecka
- o podróży na wyspę skazańców
- o drogich kolacjach po rozmowach o Bogu

i wiele wiele innych!