piątek, 30 marca 2012

Bękarty ze Stambułu vol. 1 : podróż i dzień pierwszy

Szanowny autor choruje już prawie dwa tygodnie i to mimo permanentnego przebywania w pierzynach! Z godną oprawą w postaci mruczącego kota, wody mineralnej Cisowianka (a wszyscy wiedzą, że ja wody nie piję) oraz telefonu komórkowego - rozsyłam smsy z rozpaczliwą prośbą o uratowanie mnie od śmierci z nudów (bez odzewu).

Będąc już w stanie nieco mniejszej niż dotychczas pomroczności, postanowiłam opowiedzieć zarówno subiektywnie, jak i niezgodnie z prawdą- dzieje wyprawy zagranicznej do miasta meczetem i kebabem stojącego. 

A było to mniej więcej nie tak:

Dnia pięknego, roku pańskiego 2012, udałyśmy się w podróż marzeń w osób pięć (plus maskotki). Obudziła mnie rano przepiękna słoneczna pogoda, zwiastująca pozytywną energię, szczęśliwy start i lądowanie oraz pyszną zabawę w gronie statecznych i dobrze wychowanych dam! Jak się jednak okazało, mój hurraoptymizm, jedynie witał się z gąską, a kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.

Odprawiwszy poranne modły..


...udałam się, oczekiwać marszrutki o numerze 69, która zawieźć mnie (i moje dwie walizki) miała na lotnisko. 

Nie jestem przesądna, ale widok, który zastałam, wsiadając do owego pojazdu, zmroził mi krew w żyłach!


Tak! Marjanna przytrzasnęła sobie drzwiami włosy! A to, jak wiemy, zła wróżba, omen i śmieszna sprawa razem wzięte!

Niezrażone złą wróżbą, jęłyśmy dokonywać sprawdzenia bagażu przed lotem, a także zaznajamiać ze sobą wszystkich uczestników kolonii. 

I tak oto Lisek poznał Małpkę, a Małpka- Liska, Bobika i Peluszkę (o Annie Kareninie nie wspomnę!)



Czy tylko ja uważam, że ktoś tutaj jest nienormalny? 

Anyway, rozegrawszy partyjkę piłkarzyków i pobawiwszy się na ruchomych schodach, wsiadłyśmy w samoloty i świętowałyśmy nasze dolce vita, nie spodziewając się tego co zostaniemy po wylądowaniu w stolicy  jednego z najcieplejszych krajów regionu!




Toczyłyśmy z sobą zażarte dyskusje na tematy metafizyczne i metaboliczne również. Marjanna (nigdy nie była zagranico, ta biedna dziewczyna!) zdziwiła się niezmiernie, kiedy uświadomiono ją, że w samolocie nie ma rzędu 13-go, gdyż ludzie są przecież przesądni. Usłyszawszy tą informację, spytała więc zdziwiona:
- A co, tylko miejsca 13-te spadają do morza?!

Urocza to dziewczyna jest, doprawdy! I jaka stylowa! Może ja troszeczkę wyprzedzam teraz fakty i mity oraz rzucam perły przed wieprze, aczkolwiek Marjanna, była wygrała podczas kolonii konkurs na najlepiej ubraną turystkę w Stambule! Tak!


Zdobycie zaszczytnego tytułu ikona mody, nie było łatwe w mieście zwanym drugim Paryżem Wschodu! 

Tymczasem muszę przyznać (wracając do właściwej chronologii), iż zarezerwowany przez Sikorską hotel, okazał się być bardzo zacnym miejscem, które już z daleka powitało nas aromatem kanalizacja nr.5 a także przemiłą obsługą, twierdzącą, iż w zasadzie nie istniejemy (w ich rejestrach). 

Stanęłyśmy więc wszystkie jak zaklęte i niczym trusie z podziwem obserwowałyśmy jak dzielna Katarzyna negocjuje z recepcją warunki naszego pobytu (napracowała się ta dziewczyna, że hej!).

Kiedy zażądano sobie naszych paszportów - celem rejestracji, wszystkie jak jeden mąż podałyśmy je bez słowa sprzeciwu, pożegnawszy się z nimi na wiele długich godzin i rozważając w przypływie przerażenia, czy nie zostałyśmy przed chwilą zameldowane w burdelu (europejska nieufność?)

Przejęte czekającym nas zadaniem, rozpoczęłyśmy przygotowania do jak najszybszego wtopienia się w stambulski tłum. Wystarczyła godzina i trzy wizyty hotelowego boya, upewniającego się, że NA PEWNO nic nam nie brakuje (if u know what I mean..), abyśmy odkryły działanie syndromu sztokholmskiego i poczuły się jak w domu!



Na troski i zmartwienia nie ma rady! Trzeba się napić i ustalić plan działania!



Być może to magiczny wpływ nieświeżej brzoskwini, tak impactująco podziałał na niektóre z nas (w przede dniu naszej wielkiej przygody i  hotelowego śniadania), ale niektórzy jak zwykle planowali trochę za dużo..



Tak, Drodzy Państwo! W wynajmowanym hotelu, codziennie od 7 do 10 czasu stambulskiego, serwowano śniadania kontynentalne na koszt firmy! Prawdziwa to okazja, dla młodych i zaradnych dam, które pieniążki wolą wydać na kilogramy młynków do pieprzu (Małgonia wie o tym najlepiej, bo najodważniej się o nie targowała) miseczek i magnesików na lodówkę, niż na jedzenie czy inne smakowitości.

Posiłek był też wyśmienitą okazją do wymiany najnowszysch ploteczek z obsługą, a także do coraz bardziej ekwilibrystycznych popisów wynoszenia drugiego śniadania z naszej zacnej stołówki!


Nieobeznanym wyjaśnić spieszę, że w tej czapce mieści się tuzin jajek i kilogram oliwek zielonych bez pestki!

Śniadanie pełne mikroelementów, popitych wodą z kranu, dało nam siłę na zwiedzanie tego jakże pięknego miasta, w naszym pierwszym dniu, tej jakże ekscytującej przygody. Zostawiwszy naszych braci mniejszych w hotelu...


...ruszyłyśmy zwiedzać meczety..


...oraz poznawać kulturę, sztukę i religję.


Skuszone ciasteczkami i kawą, udałyśmy się nawet na wykład o islamie, gdzie próbowałyśmy zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi i czy aby europejskość nie odbiera nam czasem zdolności pojmowania innych tradycji, zwyczajów i obrzędów. Dopiero w meczecie zrozumiałyśmy, że śpiew wzywającego na modlitwę muezina, nie zwiastuje natychmiastowego zamachu bombowego, a chodzenie w burce, może być całkiem sexy.

cdn.

W kolejnym odcinku dowiecie się m.in.:
- jak się targować w wersji hard
- jak w praktyce wygląda łaźnia turecka
- o podróży na wyspę skazańców
- o drogich kolacjach po rozmowach o Bogu

i wiele wiele innych!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz