Jutro ukaże się moja pierwsza publikacja gazetowa. Lista 100 rzeczy do zrobienia przed śmiercią, krótsza o jedną pozycję. Nadal nie udało mi się skreślić punktu "nie pić przez 7 dni z rzędu". Ale jak to miałoby się zdarzyć i wydarzyć, skoro siedząc niewinnie w Wielki tak zwany Piątek, u moich drzwi zjawiają się niezapowiedzeni goście, którzy zupełnie przypadkiem mijali niezmierzone obszary Marymątu? Jak to uczynić, kiedy Wielka Sobota wygląda z grubsza tak samo, a ja - na świąteczne śniadanie u siostry docieram ledwo ciepła, bez święconki i bez śledzi - jedynej potrawy jaką miałam przyrządzić, a którą bez zmrużenia oka skonsumowałam z dziewczynkami?
Wydaje mi się, że spełnienie wszystkich tych chęci jest trochę chyba nierealne. Na drugim biegunie wierzę też w to, że mam jeszcze wpływ na to co będzie i jakie będzie. Cheyenne mówi, że niezauważalnie wyrastamy z wieku w którym mówi się „takie będzie moje życie” i zaczynamy mówić „takie życie”. Ja nie zamierzam przegapić tego momentu. Bo faktycznie, nie ma tak, że lepiej późno niż wcale. Za późno, to za późno.
Mam też takie oto spostrzeżenie, że nieszczęście rzeczywiście jest swego rodzaju stymulatorem weny i że nie umiem pisać, kiedy nie przeżywam jednego z miliona trzystu dramatów. Nawet Tytus "hasa" z Fifi, omijając szerokim łukiem fortepian, z którego pobrzmiewa muzyka dla Elizy.
Błogosławieni, którzy nie mając nic do powiedzenia, nie oblekają tego faktu w słowa. Bo kogo obchodzi, że internista przypomniał mi że kończę niedługo 30 lat? Kogo interesuje, że nie jestem na diecie? Kogo do chuja Pana ma obchodzić, że pękło mi ramiączko stanika i musiałam kupić nowy (a w zasadzie dwa) a jajecznicę lubię nieściętą?
Nikogo nie interesuje, że biegałam sobie w piątek po parku. 30 minut biegu, 40 minut ubierania się do biegania, aby wyglądać godnie i dostojnie!
Sześć razy upadło mi płuco. Dwa razy udawałam sprintera, widząc zbliżających się chodnikiem ludzi. Wtedy wysiadło mi też na chwilę serce. Dodatkowo zrobiłam 100 brzuszków, myśląc, że się porzygam przed, po i w trakcie. A dzisiaj? A dzisiaj zamówiłam pizzę z płatnością kartą, byleby nie wychodzić z domu nawet do bankomatu. Ha!
Tytus w wolnej chwili ogląda filmy na youtubie i czatuje z Fifi. Tytus est animal sociale.
A ja czytam wiersze i ciągle zapominam albo wstawić pranie, albo że pranie się właśnie skończyło. Tworzę w głowie listę zakupów, zachwycając się jednocześnie Przybyszewskim i jego przeróbką Tuwima. Na życzenie Alekstandry, będę więc przez chwilę mówiła Staszkiem, poruszając problemy życia codziennego:
Tytuł wiersza: skończył się papier toaletowy
Skończył się papier toaletowy! Uświadomiwszy sobie rozmiar tragedii, spojrzała lekko zamglonym wzrokiem w stronę zionącego pustką podajnika. Przez jej ciało przecwałowały ferie emocji - od niczym nieopisanej pustki, po trwogę, jaka ogarnęła jej serce na myśl o taszczeniu pod pachą opakowania zbiorczego regina - osiem rolek w cenie sześciu. Wypiwszy jednym haustem pół kartonu mleka, zagryzła swój ból jałowcową suchą. Papieros wypadł z jej dłoni, kiedy z odmętów umysłu wypłynęła nagle uśpiona jeszcze chwilę temu informacja, o nietolerancji laktozy, na którą cierpiała wszakżeż od przedszkolaka. Kot zwymiotował. Sąsiedzi słuchali wiadomości na jedynce. A papier toaletowy się skończył.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz