czwartek, 26 lipca 2012

El sueño de la razon produce monstruos

Boimy się samotności. Samotność sprawia, że nie możemy spać sami, bojąc się czegoś nieokreślonego. Bo przecież chyba nie potworów z szafy lub spod łóżka?
Być może nagle zdobytej przestrzeni? A może patrzenia w sufit o poranku i braku chęci by wstać?

Pamiętam dobrze momenty, kiedy przerażona samotnością /w postaci wolnego czasu/, panicznie próbowałam wypełnić sobie każdy dzień, godzinę, czy minutę. Jakby zwyczajne czytanie książki w domu, miało mnie przyprawić o wysypkę, a samotny sen, zakończyć się bezdechem nocnym i cichą śmiercią, której nikt na pewno nie zauważy.

I dopiero po dłuższym czasie, zdałam sobie sprawę, że to nie samotność uwalnia potwory. Że przecież żaden potwór nie złapie mnie za nogę wystającą spod kołdry kiedy śpię. To wszystko dzieje się dopiero wtedy, kiedy śpi rozum.

Ktoś, kto był dla nas kiedyś bardzo ważny, nigdy tak naprawdę nie istniał. Przynajmniej nie tak, jak istnieje drzewo, szafa, czy Sejm na Wiejskiej. Kiedy przestajemy myśleć, potrafimy tworzyć w swoich głowach wizje idealne. Potrafimy wszystko wytłumaczyć lepiej niż naukowcy teorię ewolucji. I niezauważalnie przestajemy dostrzegać różnicę pomiędzy rzeczywistością, a tym co dzieje się tylko i wyłącznie w naszej głowie.

Miłość niespełniona to trochę jak schizofrenia. Swoiste rozszczepienie. Budzimy się na krótką chwilę i mówimy sobie, że tak być nie może. Że dosyć. Że koniec. Po czym znowu zapadamy w sen i pozwalamy na jeszcze więcej niż podczas ostatniej „drzemki”.


Są ludzie, których zdolności interpersonalne (a raczej ich brak) nie pozwalają im na swobodne poznawanie innych ludzi. Są też jednostki, które nie mając z tym żadnego problemu, nie są w stanie poznać samych siebie. I tak sobie myślę, że przecież dopóty, dopóki nie poznamy siebie samych, nie jesteśmy w stanie pozwolić komukolwiek na to, by poznał nas. Chowamy się więc pod kołdrą i ciągle boimy się wyjść. Śpimy tylko przy zapalonym świetle, zamki w drzwiach szczelnie zamknięte.    

W podróży samotność jest podobno najtrudniejsza, bo nie pozwala się ukryć przed własnymi myślami. Wtedy można je jedynie porządkować i nadawać im odpowiednia kolejność. I tak jak jegomość Bouvier skłaniam się ku stwierdzeniu, że na końcu pewnej drogi, otrzymujemy zupełnie coś innego, niż to, po co się udawaliśmy. Dosłownie i w przenośni. 


sobota, 14 lipca 2012

historia prawie-wielkich-problemów

W tym tygodniu dwukrotnie zlał mnie deszcz. Zaczęły mi się kręcić włosy. Pomyślałam sobie, że to straszne nieszczęście które mnie spotyka, to wielka dziejowa niesprawiedliwość, będąca naturalną konsekwencją prawie-złamanego-kciuka, który to przytrzaśnięto mi drzwiami samochodu, oraz prawie-poniesionej-śmierci na skuterze, który podczas nocnej burzy postanowił całkowicie pozbawić mnie możliwości używania świateł i kierunkowskazów.

Ludzie, to są prawdziwe problemy! (śmiech na sali)


Oglądałam ostatnio film o PGRz-e z początku lat 90-tych "Arizona" i zdałam sobie sprawę, że większość z nas nie ma zielonego pojęcia czym jest bieda. To, że brakuje ci forsy na kolejne piwo w knajpie, nie jest biedą. To,  że nie możesz pójść do sklepu po kolejną porcję zbędnych ciuszków (swoją drogą kompletnie nie wartych swojej ceny), nie jest biedą. To, że stać cię "tylko" na mieszkanie za 1,5 tys. miesięcznie też nią nie jest. 


Kiedy patrzę na ludzi, dla których absolutnie każda złotówka ma znaczenie, którzy to potrafią przez tydzień żyć za tyle, ile ja potrafię wydać w ciągu godziny, myślę sobie że nie wiem co to bieda. Mam wszystko. Jedyne czego nie mam, to sztucznie wzbudzona potrzeba posiadania przedmiotów, które są tak naprawdę gówno warte. Na zadane konsumentom pytanie, czy byli by gotowi wydać 600 dolarów na telefon, który ma mniej funkcji od telefonu za 100 dolarów, odpowiedzieli  gromkim chórem: NIE! Tymczasem iphone'y sprzedają się świetnie...

Idąc dalej ścieżką prawdziwych problemów...boli mnie paluszek. Ojej. Wszystkim tym, którzy tak jak ja zmagają się z prawdziwym bólem, serdecznie polecam ten mały felietonik. Dzięki temu zrozumieją, że wspólnie cierpimy za miliony. A i przekonają się, że w tym pełnym miłości bliźniego kraju (Polska wszak katolicyzmem stoi) nie chodzi o to aby pomagać. Chodzi o to, aby się to wszystkim opłacało. Dlatego hospicjum nie przyjmie leków przedłużających życie pacjenta (za 6 tys. sztuka). Bo godne umieranie, to także jak najszybsze umieranie. Bez zbędnych ceregieli.

To wszystko, daje mi swego rodzaju perspektywę:
Ależ ci wszyscy ludzie wokół marudzą. Mam raka, mam śpiączkę, jestem alkoholikiem. Ludzie, ogarnijcie się. Mi się zepsuł skuter, do cholery!

Wdech, wydech. No właśnie.

Czasami mam wrażenie, że Młody Werter był niezłym ruchaczem lowelasem. Bo większość z nas ma w sobie swoisty gen werteryzmu. Mając coś bardzo cennego, patrzymy rozbieganym wzrokiem na to, czego nie mamy. A gdy już dopniemy swego, marzymy o tym,  by wrócić do tego co było. I tak w koło, Panie Macieju.

Czyjaś trawa jest zieleńsza. Ktoś inny świetnie wygląda w tiszercie z H&M, a ja zawsze jak dziad. Mam za duże cycki. Mam za małe.

Oddaje ci serce, oddaje ci ciało, ty czekasz i mówisz: to mało, to mało!


Tymczasem, gdyby zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że to co traktujemy na co dzień jak poranną kawę i batona nagle znika, natychmiast zyskałoby na wartości. Ale skoro ciągle za mało. To często i za późno.

środa, 4 lipca 2012

it's complicated


Wszyscy coś odgrywamy. Wszyscy na swój sposób staramy się swoje własne życie udramatyzować na kształt filmowych dramatów, które najlepiej utrafiają w nasz gust. Inaczej wszystko to, co robimy i przeżywamy, wydawać by się mogło miałkie i bez polotu.

Stanisław Dygat, Disneyland

Wielu z nas czeka też na filmowe (szczęśliwe) zakończenie. Na ten piękny moment, kiedy wszystkie nasze mini tragedie, uwieńczy jedno proste "oooch Rhett, oooch Scarlett!". W międzyczasie ściskamy więc w dłoniach garść ziemi, która dodaje nam siły i wiary w to, że jutro też jest dzień.

Of course I miss u, and I miss u bad. But I also felt this way, when I was still with you.

To niesamowite, jak wielka jest zdolność do wypierania wszystkiego co złe, kiedy rzeczywistość przykrywa nam ten bardzo krótki moment szczęścia. W tym kraju żyje ok. 38 milionów ludzi (minus sąsiad, który od 2 tygodni rozkłada się na parterze mojej kamienicy), z czego przynajmniej 35 milionów ma z grubsza ten sam problem.

I to chyba nie jest tak, że specjalnie wkładamy rękę do ognia. Albo, że ten ogień przyciągamy. Zwyczajnie nie umiemy z tym ogniem postępować. Kiedy płonie dom, naturalną reakcją powinna być ucieczka. Ludzie tacy jak ja, nie tylko próbują wynieść z płonącego domu jak najwięcej, lecz często zabierają się za gaszenie ognia, podczas gdy powinni szukać drzwi. 

Dziewczynki poszły za garaże i pokazują sobie tatuaże. Dziewczynki wsiadają do samochodu i odjeżdżają na spacery. Dziewczynki mówią "ja nie mogę", a inne ,myślą "co ja robię?".

It's complicated, isn't it?