sobota, 31 grudnia 2011
piątek, 30 grudnia 2011
pęczek marchewek
Mam poczucie, że powinnam napisać coś, co zwięźle podsumuje kończący się rok. Z tym, że wcale nie mam na to specjalnej ochoty. Jedyne co, to chciałbym pozamykać wszystkie niezakończone sprawy. Statystycznie, większość postanowień i tak się nie wypełni :P
I naprawdę niczego nie żałuje, chociaż czasem gaderam, że owszem. Przynajmniej nie żałuje większości. Nie żałuje sytuacji, które się zdarzyły, ludzi, którzy się pojawili. A za to, co zrobiłam źle, niedobrze, nie w tym momencie i nie w ten sposób - przepraszam.
czwartek, 29 grudnia 2011
off we go (I go)
Suwałki. Miasto ekscytujące. Szczególnie wybudowany na ruinach więzienia hipermarket (z zachowanymi oryginalnymi murami!) Wsiadając do pociągu poczułam unoszacy się w przedziale zapach ziółek i tak sobie myślę, że ta podróż nie obejdzie się bez przygód...
Matka z siostrą pożegnały mnie tak, jakbym wyjeżdżała na Erasmusa na rok. A usiadlwszy w przedziale z panem, dobiegło mnie stukanie zza szyby mojej siostry i głośne: "a z Panią nie chcesz usiąść?" (face palm).
Już się trochę do tego odludzia przyzwyczaiłam i teraz przyjdzie mi chyba na nowo przyzwyczaić się do miasta.
wtorek, 27 grudnia 2011
pogoda na jutro
Oto, jaka nas czeka pogoda – wypowiedział to zdanie jeden z bohaterów pewnego opowiadania.
Będąc na totalnym odludziu, gdzie w promieniu 50 km nie ma totalnie nic, więcej jest jakby okazji do myślenia. Nie, żebym od kilku tygodni miała ich mało – co irytująco dobrze podkreśla fakt, iż matka biega za mną z hydroxiziną, czy innym badziewiem, mając nadzieje, że dzięki niej zastanie mnie rano z nico mniej zmęczonym obliczem.
Kot mojej siostry jest szalenie głupi, czym tym mocniej uwypukla wszystkie wspaniałe cechy starego Tytusa. Co ciekawe, mimo że jestem dla niego niemiła, skrada się w nocy do mojego łóżka, kładzie się przy mojej głowie i mruczy niczym trąby jerychońskie. Zgrywa się w tej melodii z moją siostrą, która nieświadoma niczego pochrapuje spod swojej kołdry rytmicznie i bez ustanku.
Siedząc w dość chłodnym pokoju na górze domostwa, słyszę hulający wiatr i zastanawiam się jak to jest nie bać się ciemności. Nie wiem dlaczego, ale odczuwam przed nią paniczny wręcz lęk. Ciemność tutaj jest nieprzenikniona. I myślenie o niej rodzi wyimaginowane potwory, nadmuchiwane dodatkowo przez obrazy obejrzane w dziesiątkach głupich filmów klasy C. Stojąc na ganku i patrząc w przestrzeń, w sekundę poczułam, że nie jestem w stanie zrobić nawet jednego kroku w naprzód.
Moja bluza przesiąknięta jest zapachem smażonych na dole placków. Zapach ten z jednej strony przypomina mi dzieciństwo, a z drugiej niesamowicie wręcz irytuje. Mam wrażenie, że wszystko tutaj pachnie w ten sposób. Tym, co jemy i tym co pijemy. Tym bardziej czuje się więc jak mała dziewczynka i myślę o mieszkaniu na Powiślu, które ze względu na swoje niewielkie, jak na pięcioosobową rodzinę rozmiary, wchłaniało kuchenne zapachy z taką samą konsekwencją, jak tutaj.
Wchodzi Kuba i patrzy na mnie jak na eksponat w muzeum. A może „wariatka”, to lepsze słowo. Czuje się jak zbuntowana nastolatka, tyle że przed trzydziestką.
Co robisz?- pyta.
Piszę - odpowiadam bezwiednie, zamyślona nad tym co przeczytałam.
Po co? - drąży.
Zapada krótka chwila ciszy, podczas której zastanawiam się nad odpowiedzią na tak banalnie postawione pytanie.
Nie wiem – odpowiadam – Dla siebie?
Gdy wychodzi, lata mi po głowie słowo "kuriozum"- ja, on, rozmowa. Wracam więc szybko do myślenia o tym, jaka będzie ta pogoda. No właśnie, jaka?
Czasami wyobrażam sobie, że mogłoby by obyć się bez infantylnych punktów dodatnich.
(W ramach dygresji) Susan Sontag uważa, że fotografowanie równoznaczne jest z przywłaszczaniem sobie fotografowanego przedmiotu. Oznacza wchodzenie w pewną relację, która kojarzy się nam z poznaniem, czyli zawładnięciem. Co ciekawe, na tym samym oddechu, pisze ona iż jest ono także swego rodzaju rezygnacją z przeżyć. W pewnym sensie się z nią zgadzam. Lubię fotografować ludzi przede wszystkim dlatego, że intryguje mnie to, ile z relacji łączącej mnie z daną osobą, „wyjdzie” potem na zdjęciu. I czy w ogóle się objawi. Czasem się objawia – w spojrzeniu, pozie - w swobodzie lub jej braku. W ostrości. W punkcie skupienia.
To prawda, że fotografowanie zwalnia w jakiś sposób z przeżywania. Niemniej jednak sprawia, że zupełnie inaczej postrzegasz otaczający świat. Pewne rzeczy stają się nieważne, a te – z pozoru nieistotne, nabierają wyrazistości. Dostrzegasz to, na co wcześniej nie zwracałeś uwagi.
No więc, jaka będzie ta pogoda? Najpierw spadnie jedna kropla, potem druga…Rozpęta się burza, czy spadnie mały deszcz?
Ha ha! Wiem, a może nawet nie wiem. Cóż z tego?
Za oknem przycichło. Na chwilę.
niedziela, 25 grudnia 2011
Relase the Kraken!
Podsumowanie ostatnich 48 godzin wygląda następująco:
Spożyłam posiłki, które w swej ilości przekroczyły dawkę podawaną mi w ciągu ostatniego miesiąca (w ramach darów od dobrych ludzi). Ujrzawszy na świątecznym stole śledzie (sic!) oszalałam! Telewizji nie oglądałam od (bodajże) Wielkanocy. Dzisiaj obejrzałam chyba z osiem filmów, kilka seriali i wszystkiemu co robię towarzyszy jakaś wartka akcja w HBO. It's a madness, bo nawet książkę czytam przy włączonym telewizorze.
W ramach prezentów gwiazdkowych, przypadły mi w udziale kolorowe lakiery do paznokci. Siedzę więc sobie i z upodobaniem maluje paznokcie raz na czerwono, raz na granatowo. Zważywszy na moją ekstrawagancką sukienkę i upięte w kok włosy - Kraken został wypuszczony!
Po raz pierwszy w tym roku nie życzono mi męża, rodziny i stadka dziatek. Uważam to za spory postęp. Podobnie jak encyklopedyczny album o fotografii, który ucieszył mnie bardziej niż cokolwiek innego. A to moje ulubione zdjęcie z powyższego:
Trochę tak się dziś czuje. Z brzuszkiem jak afrykańskie dziecko, przebrana w eteryczność, a jednak trochę jak lama w taksówce.
sobota, 24 grudnia 2011
wiem/nie wiem/jeden pies?
What you don't know, can't make you unhappy - znalezione dzisiaj w google readerze.
Tymczasem opowiadanie, które sobie czytam, kończy się zdaniem "Nie pytaj, bo wiedzieć nie trzeba, co gotuje nam los, tobie i mnie". W kontekście dzisiejszej dyskusji o tym, czy lepiej wiedzieć czy nie wiedzieć, dosyć to wszystko zabawne, albowiem mam czasami wrażenie, że kiedy już zacznę o czymś myśleć, to nagle wszystko wokół zdaje się dodawać swoje pięć groszy. Artykuł, książka, obrazek - traktują o tym samym i każą Ci się zastanawiać.
I mimo wszystko, chyba wolałabym wiedzieć, niż nie wiedzieć. Chociażby po to, by umieć wykorzystać dla siebie zdobytą raz wiedzę. Aby wiedzieć jaka akcja rodzi konkretną reakcję. To chyba nie jest głupie podejście, prawda?
Wiedząc, jak wyglądały wszystkie święta do tej pory, umiem docenić to co mam teraz. Umiem cieszyć się z tego, że kiedy biorę z szafki baaaaardzo stary kubeczek (jest chyba starszy ode mnie) i nalewam sobie do niego fanty, która w ciągu kilku sekund wylewa się przez otwór, o którego istnieniu nie miałam pojęcia i kiedy zalewa podłogę blat, szafki i wszystko wokół - moja matka śmieje się z tego, a siostra podbiega ze szmatką, aby mi pomóc. Kiedyś, byłoby to zarzewiem jakiejś małej wojenki, bo w nerwowej atmosferze kłótni każdego z każdym, taki "wypadek" byłby doskonałą iskrą, podpalającą czekający w pogotowiu lont.
Święta są teraz czymś zupełnie innym. Wszyscy dorośliśmy - i dzieci i rodzice. Dojrzeliśmy do tego by być rodziną. Umiemy z sobą rozmawiać. I dopiero teraz wszyscy możemy zachowywać się dziecinnie od niechcenia - grając razem w memory i wyzywając się żartobliwie od szmat (sic!), kiedy ktoś komuś podbierze wypatrzone elementy.
W tym roku podejrzewam nawet, że i matka i ojczym popalali sianko ze żłoba, bo poziom absurdu w ich wykonaniu dawno przekroczył ustalone normy - co uwieczniłam na zdjęciu i niebawem udostępnię :>
Centralnym punktem stał się nagle Włodek, który skupia na sobie uwagę wszystkich wokół, czym jednocześnie zwolnił mnie z roli najmłodszego w rodzinie. Hah, okazuje się, że jestem jedyną osobą, na którą reaguje tak dużym wzruszeniem! Co do niego nie podejdę - łzy leją się strumieniami:P Nie wiem, czy jest to kwestia mojej fryzury, czy bardziej mikrej ilości czasu, którą ostatnio z nim spędzam?
I tak oto, wracam mało płynnie do tego, że nigdy nie wiadomo co się w między czasie wydarzy - i tobie i mnie. Nie da się określić momentu, w którym stajemy się dla siebie potworami. Tak samo jak nie da się określić chwili, kiedy przestajemy nimi dla siebie być.
piątek, 23 grudnia 2011
czwartek, 22 grudnia 2011
Z pamiętnika Bridget Jones
Była sobie pewna pechowa dziewczynka, która pędząc do budynku z marmuru i złota, wylała na siebie całą oliwę z obiadu (który to przyrządziła sobie po raz pierwszy od miesiąca). Pech chciał, że tego dnia budynek ów odwiedzać miał szef wszystkich szefów. Świadoma skali problemu Bridget, spędziła w łazience pół godziny, piorąc spodnie i susząc je pożyczoną od koleżanki suszarką. Prostownica miała posłużyć jej za żelazko, aczkolwiek plama słabo zeszła, więc sensu prostowania również nie było.
Bridget odczuwała (oprócz uporczywej bezsenności) dosyć uciążliwy ból w okolicach pępka. Jako, że ów bolał ją już drugi dzień i puchł, postanowiła udać się po poradę do specjalisty przełożonego. Ten z miejsca stwierdził przepuchlinę pępkową, co doprowadziło biedną przewrażliwioną sierot(k)ę do łez. Udawszy się szybko do chirurga, w myślach żegnała się ze światem, ludźmi i słodyczami. Zapalenie w bolącym miejscu okazało się wyleczalne i niegroźne, aczkolwiek gmeranie w nim za pomocą wziernika, czy innego urządzenia do najprzyjemniejszych rzeczy w jej życiu, nie należało.
I tak oto, zbliżamy się do kulminacyjnej części przygód naszej bohaterki!
Szacowna Bridget postanowiła wstawić pranie i spakować prezenty. Pranie, owszem, wstawiła. Zapomniała jednak dodać płynu do prania (o tym do płukania nie wspomnę). Kiedy natomiast doszło do pakowania prezentów, okazało się, że Bridget jest być może kobiecą wersją doktora Frankensteina, jako że przygotowane przez nią pakunki w niczym nie przypominały prezentów, acz co najwyżej "zemstę kuriera".
Ehh. Siedzi więc sobie spokojnie Bridget i czyta wywiad z Janem Turnauem, by uspokoić rozedrgane nerwy i dobić zmęczone kilkudniową bezsennością oczy. O ironio, puentą wywiadu jest stwierdzenie, iż najważniejsze w życiu to się wyspać. I bijąc się z myślami (nie wiemy czy to ona je bije, czy one ją) pomyślała, że nawet najprostsze pod słońcem rzeczy nie są wcale takie proste. Nie ma nic bardziej frustrującego niż ogromne zmęczenie, którego w żaden sposób nie można zaspokoić. Panie Janie, Panie Janie, rano wstań, rano wstań.
Posłałam już, więc teraz idę spać.
wtorek, 20 grudnia 2011
Drogie dzieci..
profesor Higgins opowie Wam bajkę!
Była sobie kiedyś dziewczyna, o imieniu Eliza. Bardzo prosta dusza z niej była i biedna. Chorowała na nieznaną nikomu chorobę, zwaną syndromem Touretta...
Komunikowała się z ludźmi jedynie poprzez "szmatę", "ja jebię" oraz "frajery i chóje". Wypluwała te słowa niczym kałasznikow jakiś. I co gorsze w tej historii było, to to, że komunikaty te były całkiem zrozumiałe dla całego otoczenia. I ja, Drogie dziatki, byłam jedyną, która niestosowność owych przekleństw w ustach (jakby nie było) damy, dostrzegłam!
Dziewczyna owa, na nauki kindersztuby, z początku zareagowała agresją! Pluła, gryzła była i warczała. Dosłyszeć się dało jedynie wyrazy "arghh", "jam jest Damian", "sześćsześćsześć". A głowa jej nie dość, że straciła na urodzie, to jeszcze poczęła się wokół własnej osi kręcić.
Rany bolesne w walce tej poniosłam. A czy szczepione było to dziecko, nie wiem, ale się dowiem.....Zresztą! Zawsze uważałam, że dziewczęta powinny być prowadzone w smyczy i w kagańcu, motyla noga! Mniejsza o większość, przejdźmy do dramatycznej historii, która to wydarzyła się roku pańskiego 2011, w grudniu.
Jak wszyscy wiemy, grudzień miesiącem wigilii różnej maści jest, dlatego nawiedziło dom starego profesora całkiem pokaźne stadko dziewcząt z dobrych domów, a nawet i ze słynnych Nowolipek!. Postanowił więc profesor, swoją wychowanicę do ludzi wyprowadzić i w ten sposób postępy w nauce ocenić.
Plan zaiste szczwany. Aczkolwiek, wielkie było zdziwienie moje, kiedy pannica owa, na złą drogę całą resztę biednych dziefczynek sprowadziła!
Na pierwszy plan poszła Mary, z domu Myszkin.
Która z panny delikatnej i powabnej, w sekundę przeistoczyła się w wulgarną postać rodem ze Złego, przemierzającą warszawskie ulice celem bójki drogą zaczepki wywołanej!
Tymczasem Aleksandrija S. złapała leżącą najbliżej Aleksandriję J. i przycisnąwszy ją do łóżka (doprawdy, nie wiem skąd wytrzasnęła łóżko w tym porządnym domu) jęła jej ręce wykręcać, krzycząc coś w stylu "huzia na Józia", czy "ciasto było ekstra, szmato!".
Nic to jednak w porównaniu z samą Elizą, która zaczepiwszy biedną Annou X. jęła jej mówić, że ma jakieś laski do zrobienia, czy inne zadania urągające porządnej niewieście... Kiedy Annou bronić się zaczęła, że ona nie zrobi, że nie umie, że nie chce - Eliza wykrzyczała jej w twarz: "do buzi, do buzi!". I tak oto Annou łkała łzami kobiety upodlonej.
Profesor Higgins doznał głębokiej porażki na polu edukacyjno-wychowawczym. Doznany szok spowodował, iż krzycząc najgorsze bezeceństwa w stronę wszystkich zgromadzonych, rzucił najgłośniejsze z możliwych "chu* mnie to obchodzi!".
I tak oto, kończy się ta smutna opowieść. Nie ma happy endu. Z życia wzięta to bowiem historia jest.
People are curious. A few people are...
Pisanie jest sztuką. Pisanie jest szmatą. Oba zdania są prawdziwe.
Przeczytałam sobie wczoraj wszystko to, co napisałam i dumnie nazwałam opowieścią. Zaczęłam metodycznie kasować duże fragmenty i poczułam się z tym jakby lepiej. Dramaturgia sięgnęłaby zenitu, gdybym miała to wszystko wydrukowane i mogła systematycznie drzeć ułożony w stosiki egzemplarz. Mogłabym wsłuchiwać się w dźwięk rozdzieranego papieru, a potem z satysfakcją wynieść worek pełen śmieci. A tak, wystarczyło jedno kliknięcie, by kilkaset godzin mojego czasu poszło się jebać.
Taka Oriana Fallaci, miała na przesłuchaniu cały świat. Pytanie brzmi, czy pisanie to sztuka doboru odpowiednich słów, czy szmata ubarwiania rzeczywistości tak, aby ochy i achy wznosiły się nad trupem piszącego, jeszcze wiele lat po jego zejściu.
Dla kontrastu, myślę sobie o takiej Munro, która być może nieprzypadkowo znalazła się w tym samym numerze Książek, co Fallaci. Opowiada mi ona o ludziach w taki oto sposób:
People are curious. A few people are. ... They will put things together, knowing all along that they may be mistaken. You see them going around with notebooks, scraping the dirt off gravestones, reading microfilm, just in the hope of seeing this trickle in time, making a connection, rescuing one thing from the rubbish.
Niewiele znam osób, które naprawdę są ciekawe tego, co je otacza. Czasami i ja przestaje być ciekawa, zaczynam żyć z prądem, poddaje się temu co w danym momencie się wydarza.
W jednym zdaniu usłyszałam ostatnio, że zbyt wiele uwagi poświęcam na myślenie o tym co dobre, a co złe. Że za bardzo się przejmuje. Trochę przekleństwo. Trochę nie. Czasem wydaje mi się, że owa munrowska ciekawość sprawia, iż niezmiennie próbuje uratować jakąś rzecz ze śmieci.
Zbyt często ulegamy złudzeniu, że jesteśmy w stanie zmieniać rzeczywistość inną niż nasza. Prawda jest taka, że nawet własną trudno zmienić. Lubię tkwić w pewnych nienaruszalnych dla siebie ramach. I chociaż każdego dnia o poranku, powtarzam sobie, że będę poważniejsza, mniej rozbiegana i przestanę na każdym kroku żartować z rzeczy poważnych i tych nieco mniej - to nie potrafię wprowadzić tego planu w życie. Tak bardzo się do tego przyzwyczaiłam, że czasem sama nie wiem, czy to jestem jeszcze ja, czy nie.
Obserwując to co mnie otacza, myślę sobie, że nie mam prawa mówić innym, co powinni robić ze swoim życiem. Każdy doskonale wie co robi i dlaczego. I mimo wszystko, te najważniejsze decyzje podejmujemy sami. Jeśli jest tak jak jest, to dlatego, że tak zdecydowaliśmy. Czasem potrafią na nas wpłynąć impulsy z zewnątrz, ale przeważnie są jedynie usprawiedliwieniem dla naszych własnych decyzji, rozkładając nieco ciężar i czyniąc życie nieco znośniejszym.
Pisząc, chciałabym wierzyć, że nie trzeba cierpieć za miliony, aby ktoś zechciał poświęcić Ci trochę swojego czasu. Ale trzeba też zaliczyć szmatę do arsenału swoich ingrediencji.
Do Majo weszła właśnie Olga Tokarczuk. Zawstydziłam się.
Do Majo weszła właśnie Olga Tokarczuk. Zawstydziłam się.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
The future will be confusing!
Aż dziw bierze, jak ironiczny bywa czasem los.
I skoro sama tłumaczyłam dzisiaj jak kuriozalne jest pojęcie diety "od poniedziałku", które to daje nam ciągły powód do odkładania naszych postanowień na kolejny "znaczący" moment, sprawiając tym samym, iż bez problemu znajdujemy usprawiedliwienie dla swojego braku konsekwencji, to może sama zacznę wreszcie o tym pamiętać.
Rok, to dużo. And things will never be the same :)
czwartek, 15 grudnia 2011
Życie bez podkładu muzycznego byłoby smutne. Czytając stare maile pomyślałam wczoraj, że często sama mówię w obcym dla siebie języku. Czasem nie ma w nim melodii. Są za to pojedyncze tony, często zbyt wysokie, czasem zdecydowanie zbyt niskie.
Ale podobno brak soundtracku jakoś usprawiedliwia parę naszych braków.
środa, 14 grudnia 2011
Nie myśl, że mnie znasz. Twoje przeczucia są gówno warte – powiedział jeden z bohaterów filmu, którego tytułu już nawet nie pamiętam. Zdanie to wbiło się jednak w moją pamięć raz na zawsze.
Czasem myślę, że tak naprawdę nic o sobie nie wiemy. Nie ma tego dobrego, co by na złe nie wyszło.
It's another time, it's another day
Numbers they are new, but it's all the same
poniedziałek, 12 grudnia 2011
W Shortbus pojawia się taka scena, kiedy główny bohater po próbie samobójczej, rozmawia z facetem, który go uratował. Ten - nie rozumie, dlaczego mając tak wiele, można chcieć się zabić. Bohater ów odpowiada, iż on czuje miłość wokół siebie. Czuje, że jest kochany. Ale co z tego, skoro ta cała miłość zatrzymuje się na jego skórze? Skoro nie jest w stanie przeniknąć dalej?
Tak zawsze było i tak zawsze będzie...
W kontekście kanadyjskiej Azjatki, która mimo usilnych prób nie może dojść, widać, iż wszyscy chcemy coś poczuć....Ale im bardziej chcemy, tym trudniej.
I tak sobie dzisiaj myślę, że coraz lepiej rozumiem i jego i ją.
A to co było, nie tylko tkwi w przeszłości, ale i staje się tym co jest teraz. I jak bardzo bym się starała, nie umiem od tego uciec. Nie umiem.
Co nie zmienia faktu, iż bardzo chcę stawić temu czoło. Dawno minął ten czas, że zapalenie lampki sprawiało, że potwory spod łóżka znikały.
piątek, 9 grudnia 2011
Lubię śnieg.
Lubię to nieporównywalne z niczym uczucie, kiedy duży jego płatek opada mi na rzęsy i przez krótką chwilę pozostaje na nich swoim specyficznym ciężarem. Zlepia je, po czym spływa dużą łzą po moim policzku. Zdarzyło mi się płakać stojąc w śniegu. Łzy śniegowe przemieszały się wtedy z moimi. Miały słodko-słony smak.
Zawsze wtedy, kiedy jest mi w zasadzie wszystko jedno, zaczynam iść utartym schematem. Wziuuuu! Let’s dance. Jestem jak ten irański malarz, który zobaczył piękną twarz i był z miejsca zgubiony. Dostał to czego chciał – patrzące na niego oczy, ale w całkowicie martwym ciele.
Jestem tą małą dziewczynką, która na nadmorskiej promenadzie szuka zaginionego. Dziewczynką, która wie, że może liczyć tylko na siebie- dlatego nie może być już dzieckiem. Być może dlatego teraz szukam każdej okazji do tego, by nie być dorosła. Bez patrzenia na konsekwencje. Problem polega na tym, że one zawsze są.
Kiedy wspinam się na ściankę, w zasadzie nigdy nie odpadam. Nie dlatego, że jestem mistrzem wspinania. Wręcz przeciwnie. Ja zwyczajnie nie umiem odpuścić. Mam poczucie, że jeśli już coś robię, to po prostu musi się udać. Bez liczenia na czyjąś pomoc. Mimo bólu w całym ciele, idę dalej. To, że miałabym po prostu spaść, jest dla mnie nie do wyobrażenia. Wiem, że jestem bezpieczna i że przecież wolno mi odpuścić, bo i lina i trzymający ją człowiek są tam właśnie po to, bym nie spadła. Mimo to nie jestem stanie.
Tak naprawdę wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Potrzebujemy by ktoś nam powiedział, że to co robimy ma jakąś wartość. Poklepał po plecach! Pragnąc tego, z niesamowitą konsekwencją sami dusimy tę wartość w sobie. Szukamy jednocześnie szybkich, intensywnych i prostych emocji, które dają nam poczucie, że żyjemy. Wszystko to na odpowiednim poziomie płytkości. W razie czego grozi nam już tylko skaleczenie. Kultura fast food’u przenika nasze życie tak bardzo, że nawet emocje stają się szybkie i proste. Konsumujemy, pozbywamy się resztek, a potem i tak walczymy z niestrawnością.
Usłyszałam wczoraj kilka bardzo prostych pytań, na które tak naprawdę nikt nie umiał dostarczyć konkretnych odpowiedzi. Ja też nie umiem. Bo tak naprawdę od dawna ich nie szukam.
Navigare necesse est, vivere non est necesse. Pytanie brzmi, czy żeglowanie tożsame jest z lawirowaniem. Bo mam wrażenie, że zamiast żeglować – lawirujemy. Od nudnego spokoju, z którego po krótkiej chwili chcemy się wybić - po wielki rozpierdol na własne życzenie, po którym z kolei, jak najszybciej pragniemy powrotu do tego co było.
para para dise
Hedajat pisze do swojego cienia, który pada na ścianę przy świetle lampki. Mam czasami wrażenie, że robię dokładnie to samo. Rozmawiam z cieniem.
A kiedy byłam mała, oczekiwałam świata.
Mój cieniu...Dzisiaj, na zadane wprost pytanie o moment w dzieciństwie, kiedy byłam szczęśliwa i beztroska, pomyślałam, że to przecież takie proste!Banalne. A jednak nie. Pustka. I dotarło do mnie, że tak naprawdę nigdy chyba nie miałam szansy by tą beztroskę poczuć.
Ze wszystkim radzę sobie tak dobrze i tak bardzo źle. Ale przecież nie tylko ja. Mam wrażenie, że i ja i Ty mamy podobnie. Śmiejemy się do siebie. Śmiejemy się z tego co wokół - bardziej niż inni. Z tą różnicą, że im więcej śmiechu, tym więcej smutku.
poniedziałek, 5 grudnia 2011
kwadratura koła, a koło się zatoczyło
W wysokich obcasach artykuł o samotności. Moją uwagę przykuł cytat z Miłosza, iż prawdziwa samotność jest trudna do przyjęcia, ale raz przyjęta wynagradza. Samotności trzeba się uczyć. I można się jej nauczyć. I można sobie z nią być całkiem szczęśliwym.
Tyle teoria.
Tymczasem jedna z bohaterek, opisując swoje życie stwierdza, że jak by szczęśliwa nie była, prowadząc życie kobiety sukcesu, posiadającej pasję oraz przyjaciół, kiedy spojrzy na jakąś parę, zawsze ma wrażenie, że to ich szczęście jest bardziej wartościowe. I tak jak to dzisiaj bardzo błyskotliwie określiłam <face palm>, koło się zatoczyło:)
Zdarzyło mi się kiedyś narysować mały wykres o tym, iż bycia szczęśliwym w związku nie da się pogodzić np. z byciem szczupłym. Żartobliwie bardzo. Aczkolwiek kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że relacja połączona z jednoczesnym realizowaniem siebie, to trochę taka kwadratura koła. Coś, co niezmiernie trudno zaimplementować w prawdziwym życiu. I zawsze czegoś będzie nam przez to brakowało.
Przez dwa lata związku nie przeczytałam chyba żadnej książki. Nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Nie napisałam kilku zdań tekstu innych, niż notatki z wykładu. Nie zrobiłam prawie nic dla siebie. Nie znaczy to, że czułam się nieszczęśliwa. W którymś momencie skupiłam się po prostu na czymś zupełnie innym.
Teraz z kolei robię dużo dla siebie i jestem prawie szczęśliwa. Prawie - gdyż są takie dni, kiedy czegoś mi brakuje. Ale co ważne, "samotność" okazała się nie być wcale taka straszna. Daje dużo motywacji.
Pamiętam, że chyba od zawsze porządkowałam rzeczy. Symetria dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Wszystko musiało posiadać swój porządek - nawet zegarek i bransoletka na moim stole. Zawsze był jakiś plan - pieczołowicie spisany na kartce notesu. I systematycznie wypełniany. Teraz mam wrażenie, że coraz mniej jest we mnie potrzeby symetrii, coraz mniej planu. Przyzwyczajam się do małego chaosu, który dominuje w moim życiu od kilkunastu miesięcy i coraz mniej mnie on przeraża. Nucę pod nosem Ja pierdolę, w dziwną stronę skręca świat i umiem się już z tego czasem śmiać. Im mniej naiwności, tym więcej powodów do śmiechu.
Poza tym, co by się nie działo, zawsze możemy pojechać na te ryby.
czwartek, 1 grudnia 2011
sunrise sunrise
Siedząc sobie w jednej z kawiarni w ZT, w pewnym momencie, z głośników usłyszałam "Sunrise" Nory Jones. Zaczęłam się bardzo głośno śmiać. Na przekór wspomnieniu. A może właśnie do niego?
Niesamowite jest to, jak ludzie się przenikają. Przebywając w swoim towarzystwie, prędzej czy później się do siebie upodabniają... Chyba Ty! Szmata! Co tam jak tam?Oraz!Mniejsza o większość!Tak,nie?
Naleciałości, których cholernie trudno się pozbyć. Nie wiem czy tylko ja tak to mielę, czy wszyscy. Ale to sprawia, że pozostają nam po innych nie tylko wspomnienia, czy przedmioty - zostaje też zmieniony sposób bycia. A tego już nie tak łatwo się pozbyć, prawda?
wtorek, 29 listopada 2011
M. przepięknie wygląda w ciąży. A mi zdecydowanie odbija..
Kiedy umówiłyśmy się na spacer w niedzielę, nie mogłam przestać jej zasłaniać i ochraniać. Całkowicie automatycznie trzymałam ręce wyciągnięte blisko tak, aby w odpowiednim momencie ją złapać lub kogoś odepchnąć. Nieustannie przewidywałam potencjalne zagrożenie i czułam lęk przed tym, że coś mogło by jej się stać.
Niezwykłe uczucie. I chyba zaczynam rozumieć spanikowanych tatusiów.
M. krzyczała na mnie co chwilę, że nie jest chora, chroma, niepełnosprawna. I ja to przecież wiem... Ale świadomość, że właśnie teraz mogłaby chociaż złamać paznokieć lub zmarznąć, wydawała mi się przerażająca.
Spacerując po 1500 metrów dojrzałam wtedy kogoś, kogo znam z widzenia. Na przedzie szła....dziewczyna w ciąży. Strasznie się ucieszyłam. Pomyślałam wtedy, że czasami jednak czegoś zazdroszczę. Takiego banalnego, infantylnego, cukierkowo różowego spokoju. Małej stabilizacji. Czasami.
Spojrzałam się na M., uśmiechnęłam pod nosem i jełąm dalej podziwiać dekuparze i podstawki do herbaty z Dawidem Bowie, kątem oka łypiąc jednak na wszystkich wokół i upewniając się, że nie potrącą.
czwartek, 24 listopada 2011
Spleen
Spleen tak ładnie kojarzy się ze słowem splendor albo z takim angielskim splendid.. Różnica jest jednak mało subtelna.
Jaczewskaja przypomniała mi wczoraj Kandahar. Jest w nim taka scena, kiedy jeden z talibów biegnie w stronę domu, w który następnie uderza sowiecka rakieta. Podmuch odrzuca go na kilka metrów. Tam, gdzie była jego rodzina, jest tylko ogień. Kiedy wreszcie udaje mu się wstać - z początku bardzo powoli i niezdarnie, zdaje się przypominać szmacianą kukłę.
Po chwili wzbiera w nim tak gigantyczna wściekłość i ból, że idąc w kierunku rosyjskich żołnierzy, mógłby ich wszystkich zabić w kilka sekund - gołymi rękoma. A potem usiąść i się nie ruszać.
Bo kiedy wreszcie uda ci się zawyć z całej siły, kiedy stracisz nad sobą kontrolę – czasami zostaje tylko pustka.
Nic.
Zero.
Echo studni.
To chyba jeden z niewielu momentów, kiedy jesteś w stanie zdobyć się na całkowitą bezwzględność postanowień. Czuję się jak ten talib. Siedzę i słyszę echo tej studni. Z tą różnicą, że był tu tylko czarny kot.
wtorek, 22 listopada 2011
poniedziałek, 21 listopada 2011
sobota, 19 listopada 2011
sputnik, kozy, Kandahar
Maraton filmowy Sputnika.
Start: 22:30, oficjalny koniec: 4:00.
Nieoficjalnie jednak zasnęłam w połowie filmu drugiego, gdzieś pomiędzy sceną wbijania igły w żyłę, a dyskusją o wazie z dynastii Q-coś tam. Oczywiście kulturalnie, bo zakrywając się boczkiem kurtką, tak aby towarzyszki nie widziały.
Zresztą dziw aż, bo wygód brakowało. Przede wszystkim siedziałam sztywno na soli (taka nowa wersja karnego jeża) ze względu na wylane na pośladek wino czerwone, które to nieszczelnie przebywać raczyło w moim przenośnym termokubku (czy to już alkoholizm, skoro ciągle z nim biegam po mieście?).
No ale wróćmy do pięknego kina rosyjskiego! Kandahar, jak sprawdziłam w internetach, to film o dziewuszce, co to wraca do Afganistanu, aby ratować siostrę bez nóg, co to się w tym kraju ostała i poinformowała drugą (drogą listowną) o swoim rychłym zgonie samobójczym. Czyli, że będą "momenty".
I tak sobie siedzimy, a tu piloci, samolot, porwanie i 378 dni uwięzienia załogi w Kandaharze. Towarzyszka ma niepocieszona, ja na tej soli się nie ruszam, a Iwan popija zaprawioną colę i wyjada popcorn (zresztą nie popijałam tego wina myśląc, ze ona na serio colę pije i jakoś mi głupio z tym winem było).
Anyway, film okazał się piękny. Przyjaźń, barany, talibowie, Koran, wódeczka, samoloty, wybuchające od granatu kobiety (tu towarzyszki me miały jeszcze nadzieję, że film wróci w stronę kobiet, co się ratują) i znowu przyjaźń.
Jedna taka stwierdziła nawet, że gdybym się w tym Afganistanie rozbiła i w niewolę wzięta była, to od razu z dwóch rozgrzanych kamieni powstała by prostownica, a ja wciskałabym talibom, ze kozy są moje i czy może nie chcą pohandlować? (podłe to takie z jej strony).
Drugi film był fajny. Spało mi się jak zawsze wyśmienicie.
czwartek, 17 listopada 2011
into the wilde
Pewnego pięknego niedzielnego poranka, obudziwszy się o godzinie 8:30, postanowiłam pobiec rączo na dworzec pekape, celem odbycia podróży do miasta Ł. Okoliczności, pech oraz inne fatum sprawiły, że nie zostawiłam sobie niezbędnego marginesu na spokojny spacer przez miasto, w związku z czym ostatnie 600 metrów dzielących mnie od peronu musiałam przebiec galopem (co jak nietrudno się domyśleć, przyprawiło mnie niemalże o zawał serca i osiem opatrunków gipsowych).
Przebiegając koło bezdomnego ujrzałam, iż z dwóch różnych kierunków nadbiegają (również opóźnione) moje towarzyszki doli i niedoli.
Zasapane, wpadłyśmy do wagonu pełnego kur wioskowych, salcesonu oraz przedniej maści konduktorów, roboczo zwanych Ryszard. Rozentuzjazmowane faktem całkiem niezłej synchronizacji zegarków, poczułyśmy pierwszy głód. Pech chciał, że jedyną posiadającą koszyczek piknikowy byłam ja (dzięki Tygrys:*).
Iwanko, całkowicie zapomniawszy o konwenansach, rzuciła się jak diabeł tasmański na trzymaną przeze mnie kanapkę, po czym wypluła ją przed siebie z głośnym okrzykiem „z paaaarówką!” (chwytając drugą ręką leżącego obok banana). Miks, wykorzystując chwilę mojej nieuwagi podczas zakupu biletu, pożarła ją bez wybrzydzania wraz z papierkiem.
Iwanko, całkowicie zapomniawszy o konwenansach, rzuciła się jak diabeł tasmański na trzymaną przeze mnie kanapkę, po czym wypluła ją przed siebie z głośnym okrzykiem „z paaaarówką!” (chwytając drugą ręką leżącego obok banana). Miks, wykorzystując chwilę mojej nieuwagi podczas zakupu biletu, pożarła ją bez wybrzydzania wraz z papierkiem.
Po półtorej godziny filozoficznych dyskusji dotarłyśmy do stacji Łódź Widzew. I tu po raz pierwszy zadziałał brak orientacji w terenie. Wszystkie, jakeśmy tam siedziały, byłyśmy przekonane (święcie), że Łódź Kaliska, to główny dworzec Łodzi. I nawet kiedy po kolejnej godzinie podróży z Łodzi Widzew do Łódź Kaliska, wysiadłyśmy na powyższej, żywo dyskutowałyśmy o tym, jak to było tu kiedyś inaczej i że okolica strasznie się zmieniła.
Łódź natomiast przywitała nas piękną zimową pogodą, temperaturą minus dwieście w cieniu oraz brakiem pojęcia o tym gdzie mamy się kierować. Szczęśliwie, okazało się, że oprócz scyzoryka do otwierania wina, termokubka „Ernst&Young, dziwko”, posiadamy w zestawie naszego małego podróżnika GPS z komórki! Uratowane!
..i z przerwą na partyjkę brydża...
...dotarłyśmy wreszcie do mekki każdego podróżnika. Świątyni rozpusty i jednocześnie jedynego dystrybutora guilty pleasure na Polskę – MC!
...dotarłyśmy wreszcie do mekki każdego podróżnika. Świątyni rozpusty i jednocześnie jedynego dystrybutora guilty pleasure na Polskę – MC!
Nie trzeba było wiele, aby spacer w czterech kurtkach, trzynastu szalikach i ośmiu bluzach, zaczął nam sprawiać jako taką przyjemność. Najedzone i zaopatrzone w wino „imyglykos”, ruszyłyśmy śmiało na poszukiwanie Piotrkowskiej.
Spacerowałyśmy i spacerowałyśmy, nie chcąc uronić ani fragmentu pejzażu otaczającego Alaskę Polski centralnej. Spacery te zaprowadziły nas (po niecałych 40 minutach marszu) do kawiarni o roboczej nazwie „jest ciepło”. A może nie tyle zaprowadziły, co Iwan zastrajkowała i na partyzanta wskoczyła do pomieszczenia krzycząc „chuja nie czuję!, wchodzimy!”.
I tak oto mijał nam kwadrans za kwadransem, nim wyrażając myśli wszystkich zaproponowała „Wracamy?”. Wydaje mi się, że motywacją była tu nie tyle świetna pogoda, co szok, jaki Iwankowa przeżyła, kiedy Dżin z telefonu w trzech pytaniach odkrył, że po głowie chodzi jej Glen Close. Ja tam nie wiem. Może tak, a może nie.
Droga powrotna obfitowała w wiele wydarzeń. Iwankowa wszędzie widziała literki, a na dodatek, wybierając wyborne wino i przekąseczki na powrót, takeśmy się w Żabce zasiedziały, że nam tramwaj spierdolił uciekł, a no i pociąg w sumie też.
Jako, że niedziela to taka po długim weekendzie była, wiadomo, że tłum dziki ludzi będzie chciał z nami o miejsca rywalizować (nienumerowane oczywiście). Co ma wisieć nie utonie, a kto pije ostatki, ten piękny i gładki. Nie ma to w zasadzie znaczenia w tej historii, ale ładnie brzmi.
Jak się domyślacie, nikt do naszego ośmioosobowego przedziału nie dosiadł się! A wszystko to dzięki pomocy Renaty....
...drodzy Państwo, poznajcie Renatę! Szmatę bez biletu!
...drodzy Państwo, poznajcie Renatę! Szmatę bez biletu!
Choć miałyśmy ją za głupią dzikuskę, to właśnie ona (czemu wtórował mój nienaturalny rechot za każdym razem, kiedy ktoś zbliżał się do drzwi przedziału oraz striptease Iwanko wraz z pokazywaniem uroczych rajstopek denim 20) uratowała naszą świeżo zaanektowaną przestrzeń. A lepienie jej ze wszystkich naszych ubrań, zajęło Paulince jedynie 12 minut, 45 sekund.
Mimo licznych prób nawiązania konwersacji na poziomie, już wkrótce każdy zajął się sobą. Renata tępo patrzyła w okno, Iwanko z Miksem rozwiązywały sudoku (jedno, przez 2 godziny), Paulina i Ola czytały natomiast najnowsze wydanie Blasków i Cieni, komentując raz to Cichopków, a raz Ibisza.
Słowem podsumowania:
Uczestników: 5 + Renatka + rajstopki Iwana
Wypite jednostki alkoholu na głowę: 6
Godziny w podróży: 5,5
Zbędne godziny podróży: 1
Rozwiązane sudoku: 0
Ilość dwuzłotówek wrzuconych do niedziałającego Rubinsteina: 1
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















