Maraton filmowy Sputnika.
Start: 22:30, oficjalny koniec: 4:00.
Nieoficjalnie jednak zasnęłam w połowie filmu drugiego, gdzieś pomiędzy sceną wbijania igły w żyłę, a dyskusją o wazie z dynastii Q-coś tam. Oczywiście kulturalnie, bo zakrywając się boczkiem kurtką, tak aby towarzyszki nie widziały.
Zresztą dziw aż, bo wygód brakowało. Przede wszystkim siedziałam sztywno na soli (taka nowa wersja karnego jeża) ze względu na wylane na pośladek wino czerwone, które to nieszczelnie przebywać raczyło w moim przenośnym termokubku (czy to już alkoholizm, skoro ciągle z nim biegam po mieście?).
No ale wróćmy do pięknego kina rosyjskiego! Kandahar, jak sprawdziłam w internetach, to film o dziewuszce, co to wraca do Afganistanu, aby ratować siostrę bez nóg, co to się w tym kraju ostała i poinformowała drugą (drogą listowną) o swoim rychłym zgonie samobójczym. Czyli, że będą "momenty".
I tak sobie siedzimy, a tu piloci, samolot, porwanie i 378 dni uwięzienia załogi w Kandaharze. Towarzyszka ma niepocieszona, ja na tej soli się nie ruszam, a Iwan popija zaprawioną colę i wyjada popcorn (zresztą nie popijałam tego wina myśląc, ze ona na serio colę pije i jakoś mi głupio z tym winem było).
Anyway, film okazał się piękny. Przyjaźń, barany, talibowie, Koran, wódeczka, samoloty, wybuchające od granatu kobiety (tu towarzyszki me miały jeszcze nadzieję, że film wróci w stronę kobiet, co się ratują) i znowu przyjaźń.
Jedna taka stwierdziła nawet, że gdybym się w tym Afganistanie rozbiła i w niewolę wzięta była, to od razu z dwóch rozgrzanych kamieni powstała by prostownica, a ja wciskałabym talibom, ze kozy są moje i czy może nie chcą pohandlować? (podłe to takie z jej strony).
Drugi film był fajny. Spało mi się jak zawsze wyśmienicie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz