środa, 2 listopada 2011

Czasami całkiem niespodziewanie dzieje się tak, że ktoś coś gubi, a ktoś znajduje. Że ktoś opuszcza kogoś po to, by być z kimś innym. Raz gubisz Ty, a raz znajdujesz to, co zgubił ktoś. Czasem sam się gubisz po to, aby ktoś mógł cię odnaleźć i zabrać za rękę do domu. 

I tak oto znalazłam zgubionego Edwarda. Leżało toto brudne i pomięte w liściach w parku.



Z początku bałam się podejść, bo przecież nigdy nie wiadomo. Nie wiedzieliśmy o sobie nic. Każdy miał za sobą historię, o której nie chciał opowiadać. Bałam się zabrać go z sobą, a on bał się ze mną pójść. 


Edward z początku zgrywał twardziela. Pokazywał, że mu nie zależy. Jak chce, to możemy spacerować po parku, albo nie, bo jest mu w sumie wszystko jedno. Jedno wielkie whatever. Przecież wiadomo jak to się skończy. Będzie miło, bedzie fajnie, ale suma sumarum i tak będzie tak samo - inny tylko park i poziom wymięcia. 

Paląc papierosa za papierosem opowiadał mi o rzeczach pozornie bez znaczenia. Dla mnie jednakże była to bardzo ciekawa historia. Zaciągając się cieniutkim galuasem i popijając ciepłe wino z termosu, słuchałam z nieudawanym zaciekawieniem historii o niebieskim niebie gdzieś na południu Polski i tych krótkich chwilach szczęścia wydzieranych raz po raz wtedy, kiedy myślał, że to po raz ostatni.


Czy wiesz jak to jest, kiedy ręce same układają się do lotu? - spytał znienacka, podczas dyskusji o tym i o tamtym. Chciałam powiedzieć, ze wiem. Ale zamilkłam za wczasu, bo to przecież nie było pytanie, na które udziela się odpowiedzi tak po prostu.


Wino najwyraźniej zaczęło działać i na mnie i na niego, bo już po chwili uczyniliśmy atmosferę nieco mniej zobowiązującą. Udało się nawet przekąsić to i owo...


 
A nawet i zdrzemnąć na chwilę, korzystając z uroków złotej polskiej jesieni.





I tak oto, postanowiliśmy, że razem pójdziemy dalej. Oczywiście rozejść możemy się w każdej chwili, co Edward powtórzył razy naście, patrząc z podełba na moją roześmianą facjatę  i szurając jednocześnie od niechcenia łapką w liściach.



Lubię jesień - pomyślałam. On chyba pomyślał to samo, bo już po chwili sklecił z listków niezdarny bukiecik, który wręczył mi bez celebry, śmiejąc się z mojego zaskoczenia i pewnej takiej nieśmiałości rodem z reklamy kobiecych akcesoriów.





Ekhm! Jedziemy!


I tak oto niespodzianie, minął nam dzień cały jak minuta, a ja zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy kiedy ktoś się gubi, to właśnie po to, aby go znaleźć? Czy też wręcz przeciwnie - gubi się właśnie po to, aby go więcej nie odnaleziono? No i w ogóle, czy to on się zgubił, a ja go znalazłam,  a może tylko mi się wydaje i ja sama jestem ta zgubiona?



Nie wiem. I czy to ważne? :) Idziemy, nie biegniemy.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz