wtorek, 29 listopada 2011

M. przepięknie wygląda w ciąży. A mi zdecydowanie odbija..

Kiedy umówiłyśmy się na spacer w niedzielę, nie mogłam przestać jej zasłaniać i ochraniać. Całkowicie automatycznie trzymałam ręce wyciągnięte blisko tak, aby w odpowiednim momencie ją złapać lub kogoś odepchnąć. Nieustannie przewidywałam potencjalne zagrożenie i czułam lęk przed tym, że coś mogło by jej się stać. 

Niezwykłe uczucie. I chyba zaczynam rozumieć spanikowanych tatusiów. 

M. krzyczała na mnie co chwilę, że nie jest chora, chroma, niepełnosprawna. I ja to przecież wiem... Ale świadomość, że właśnie teraz mogłaby chociaż złamać paznokieć lub zmarznąć, wydawała mi się przerażająca.

Spacerując po 1500 metrów dojrzałam wtedy kogoś, kogo znam z widzenia. Na przedzie szła....dziewczyna w ciąży. Strasznie się ucieszyłam. Pomyślałam wtedy, że czasami jednak czegoś zazdroszczę. Takiego banalnego, infantylnego, cukierkowo różowego spokoju. Małej stabilizacji. Czasami. 

Spojrzałam się na M., uśmiechnęłam pod nosem i jełąm dalej podziwiać dekuparze i podstawki do herbaty z Dawidem Bowie, kątem oka łypiąc jednak na wszystkich wokół i upewniając się, że nie potrącą.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz