M. przepięknie wygląda w ciąży. A mi zdecydowanie odbija..
Kiedy umówiłyśmy się na spacer w niedzielę, nie mogłam przestać jej zasłaniać i ochraniać. Całkowicie automatycznie trzymałam ręce wyciągnięte blisko tak, aby w odpowiednim momencie ją złapać lub kogoś odepchnąć. Nieustannie przewidywałam potencjalne zagrożenie i czułam lęk przed tym, że coś mogło by jej się stać.
Niezwykłe uczucie. I chyba zaczynam rozumieć spanikowanych tatusiów.
M. krzyczała na mnie co chwilę, że nie jest chora, chroma, niepełnosprawna. I ja to przecież wiem... Ale świadomość, że właśnie teraz mogłaby chociaż złamać paznokieć lub zmarznąć, wydawała mi się przerażająca.
Spacerując po 1500 metrów dojrzałam wtedy kogoś, kogo znam z widzenia. Na przedzie szła....dziewczyna w ciąży. Strasznie się ucieszyłam. Pomyślałam wtedy, że czasami jednak czegoś zazdroszczę. Takiego banalnego, infantylnego, cukierkowo różowego spokoju. Małej stabilizacji. Czasami.
Spojrzałam się na M., uśmiechnęłam pod nosem i jełąm dalej podziwiać dekuparze i podstawki do herbaty z Dawidem Bowie, kątem oka łypiąc jednak na wszystkich wokół i upewniając się, że nie potrącą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz