Pewnego pięknego niedzielnego poranka, obudziwszy się o godzinie 8:30, postanowiłam pobiec rączo na dworzec pekape, celem odbycia podróży do miasta Ł. Okoliczności, pech oraz inne fatum sprawiły, że nie zostawiłam sobie niezbędnego marginesu na spokojny spacer przez miasto, w związku z czym ostatnie 600 metrów dzielących mnie od peronu musiałam przebiec galopem (co jak nietrudno się domyśleć, przyprawiło mnie niemalże o zawał serca i osiem opatrunków gipsowych).
Przebiegając koło bezdomnego ujrzałam, iż z dwóch różnych kierunków nadbiegają (również opóźnione) moje towarzyszki doli i niedoli.
Zasapane, wpadłyśmy do wagonu pełnego kur wioskowych, salcesonu oraz przedniej maści konduktorów, roboczo zwanych Ryszard. Rozentuzjazmowane faktem całkiem niezłej synchronizacji zegarków, poczułyśmy pierwszy głód. Pech chciał, że jedyną posiadającą koszyczek piknikowy byłam ja (dzięki Tygrys:*).
Iwanko, całkowicie zapomniawszy o konwenansach, rzuciła się jak diabeł tasmański na trzymaną przeze mnie kanapkę, po czym wypluła ją przed siebie z głośnym okrzykiem „z paaaarówką!” (chwytając drugą ręką leżącego obok banana). Miks, wykorzystując chwilę mojej nieuwagi podczas zakupu biletu, pożarła ją bez wybrzydzania wraz z papierkiem.
Iwanko, całkowicie zapomniawszy o konwenansach, rzuciła się jak diabeł tasmański na trzymaną przeze mnie kanapkę, po czym wypluła ją przed siebie z głośnym okrzykiem „z paaaarówką!” (chwytając drugą ręką leżącego obok banana). Miks, wykorzystując chwilę mojej nieuwagi podczas zakupu biletu, pożarła ją bez wybrzydzania wraz z papierkiem.
Po półtorej godziny filozoficznych dyskusji dotarłyśmy do stacji Łódź Widzew. I tu po raz pierwszy zadziałał brak orientacji w terenie. Wszystkie, jakeśmy tam siedziały, byłyśmy przekonane (święcie), że Łódź Kaliska, to główny dworzec Łodzi. I nawet kiedy po kolejnej godzinie podróży z Łodzi Widzew do Łódź Kaliska, wysiadłyśmy na powyższej, żywo dyskutowałyśmy o tym, jak to było tu kiedyś inaczej i że okolica strasznie się zmieniła.
Łódź natomiast przywitała nas piękną zimową pogodą, temperaturą minus dwieście w cieniu oraz brakiem pojęcia o tym gdzie mamy się kierować. Szczęśliwie, okazało się, że oprócz scyzoryka do otwierania wina, termokubka „Ernst&Young, dziwko”, posiadamy w zestawie naszego małego podróżnika GPS z komórki! Uratowane!
..i z przerwą na partyjkę brydża...
...dotarłyśmy wreszcie do mekki każdego podróżnika. Świątyni rozpusty i jednocześnie jedynego dystrybutora guilty pleasure na Polskę – MC!
...dotarłyśmy wreszcie do mekki każdego podróżnika. Świątyni rozpusty i jednocześnie jedynego dystrybutora guilty pleasure na Polskę – MC!
Nie trzeba było wiele, aby spacer w czterech kurtkach, trzynastu szalikach i ośmiu bluzach, zaczął nam sprawiać jako taką przyjemność. Najedzone i zaopatrzone w wino „imyglykos”, ruszyłyśmy śmiało na poszukiwanie Piotrkowskiej.
Spacerowałyśmy i spacerowałyśmy, nie chcąc uronić ani fragmentu pejzażu otaczającego Alaskę Polski centralnej. Spacery te zaprowadziły nas (po niecałych 40 minutach marszu) do kawiarni o roboczej nazwie „jest ciepło”. A może nie tyle zaprowadziły, co Iwan zastrajkowała i na partyzanta wskoczyła do pomieszczenia krzycząc „chuja nie czuję!, wchodzimy!”.
I tak oto mijał nam kwadrans za kwadransem, nim wyrażając myśli wszystkich zaproponowała „Wracamy?”. Wydaje mi się, że motywacją była tu nie tyle świetna pogoda, co szok, jaki Iwankowa przeżyła, kiedy Dżin z telefonu w trzech pytaniach odkrył, że po głowie chodzi jej Glen Close. Ja tam nie wiem. Może tak, a może nie.
Droga powrotna obfitowała w wiele wydarzeń. Iwankowa wszędzie widziała literki, a na dodatek, wybierając wyborne wino i przekąseczki na powrót, takeśmy się w Żabce zasiedziały, że nam tramwaj spierdolił uciekł, a no i pociąg w sumie też.
Jako, że niedziela to taka po długim weekendzie była, wiadomo, że tłum dziki ludzi będzie chciał z nami o miejsca rywalizować (nienumerowane oczywiście). Co ma wisieć nie utonie, a kto pije ostatki, ten piękny i gładki. Nie ma to w zasadzie znaczenia w tej historii, ale ładnie brzmi.
Jak się domyślacie, nikt do naszego ośmioosobowego przedziału nie dosiadł się! A wszystko to dzięki pomocy Renaty....
...drodzy Państwo, poznajcie Renatę! Szmatę bez biletu!
...drodzy Państwo, poznajcie Renatę! Szmatę bez biletu!
Choć miałyśmy ją za głupią dzikuskę, to właśnie ona (czemu wtórował mój nienaturalny rechot za każdym razem, kiedy ktoś zbliżał się do drzwi przedziału oraz striptease Iwanko wraz z pokazywaniem uroczych rajstopek denim 20) uratowała naszą świeżo zaanektowaną przestrzeń. A lepienie jej ze wszystkich naszych ubrań, zajęło Paulince jedynie 12 minut, 45 sekund.
Mimo licznych prób nawiązania konwersacji na poziomie, już wkrótce każdy zajął się sobą. Renata tępo patrzyła w okno, Iwanko z Miksem rozwiązywały sudoku (jedno, przez 2 godziny), Paulina i Ola czytały natomiast najnowsze wydanie Blasków i Cieni, komentując raz to Cichopków, a raz Ibisza.
Słowem podsumowania:
Uczestników: 5 + Renatka + rajstopki Iwana
Wypite jednostki alkoholu na głowę: 6
Godziny w podróży: 5,5
Zbędne godziny podróży: 1
Rozwiązane sudoku: 0
Ilość dwuzłotówek wrzuconych do niedziałającego Rubinsteina: 1












Brak komentarzy:
Prześlij komentarz