Bóg dał mi talent. Nie przyjęłam - jestem ateistką
środa, 31 sierpnia 2011
Ktoś powiedział, że życie to coś co się wydarza, kiedy ma się inne plany. To co sobie postanowimy, wymyślimy, ustalimy – swoją drogą. A życie swoją. Tak jak mój ostatni spacer, który zakończył się pociągnięciem mnie, mojej głowy i szyi – przez słupek parkingowy. Powinnam mieć chyba słuchawki z metalu. Albo ubezpieczenie NW na nie.
Czytając jedną z baśni w Biegnącej z wilkami pomyślałam, że czasami wyławiamy z wody kobietę-szkielet. Boimy się zagrożenia i uciekamy jak najdalej, ciągnąc go jednocześnie za sobą, tak jak opisywany w baśni rybak.
Oczy kobiety-szkielet patrzą. I chociaż nie ma ona ciała, skóry, ust, czy włosów, wydaje się być jednocześnie żywa. I jest. Na swój sposób. To przez te oczy. Co ze mną zrobisz rybaku? No co? Po co ci było mnie wyciągać?
Piękny teledysk, piękna piosenka. W ogóle pięknie.
niedziela, 28 sierpnia 2011
Doceniam wieczory takie jak ten. Odnajduje perwersyjną przyjemność w pozostawaniu trzeźwą w tłumie pijanych ludzi. Mam swoje sfery intymności, którymi nie lubię się dzielić, nawet jeśli słyszę, że to głupie. Z jednej strony poczułam się dzisiaj staro. Z drugiej jednak myślę, że można robić tyle ciekawych rzeczy, które niekoniecznie związane są z "nocnym życiem miasta". I chyba po raz pierwszy poczułam, że nie jest ze mną tak źle.
czwartek, 25 sierpnia 2011
Pewien amerykański serwis oferuje babcię na godziny ( rent-a-grandma.com). Za marne 15 dolców, babcia opowie ci bajeczkę i usmaży naleśniki. Z kolei w Tokio można pożyczyć kota. 8 dolarów za godzinę. I to bez limitu głaskania! Świat nieustannie mnie zadziwia :]
Ktoś znajomy tworzy na fejsbuku wydarzenie "Pociesz, napisz coś miłego, zabawnego" - spraw, bym poczuła się lepiej. I jak zabawnie by to nie zabrzmiało, wcale nie jest śmieszne. Łatwo jest zapomnieć o tym, że smutek to nie choroba. Walczyć z nim jak z wrogiem. A każdy ma przecież jakąś żałobę, przez którą musi przejść. Odkładanie tego niewiele pomoże. To tak jak chowanie się pod kołdrę, jako recepta na potwory z szafy w dzieciństwie.
Bo niby wszystko jest ok. Ale nie jest. Czasem trzeba wrzasnąć. Płakać. Być trzecim stanem emocjonalnym jamniczka. Nie deprecjonować.
W którymś momencie pojawia się to uwierające za uchem poczucie, że wszystko już było. So, what's the point? Pewnie dlatego tak bardzo lubię "Dzień Świstaka". Czasem można przecież odnieść wrażenie, że dzień w dzień ratuje się spadające z drzewa dziecko, wdeptuje w tę samą kałużę i rzeźbi tą samą rzeźbę w lodzie. Z tą różnicą, że trwa to trochę dłużej niż przepisowe 24 godziny.
Mój kot daje się głaskać za chrupki. Ale często przychodzi do mnie nawet jak jest najedzony. Daje się głaskać. Czasem myślę, aby mu zrobić psikusa i pobierać 8 dolarów za godzinę głaskania.
Podoba mi się wywiad z terapeutami z nowych obcasów. Czytając miałam wrażenie, ze wszystko trochę o mnie. Podoba mi się Lee Miller - odwet na kulturze.
Śniła mi się dzisiaj Natasza Urbańska. Śpiewała i tańczyła. Obudziłam się z krzykiem.
Zaczęłam ostatnio czytać blogi znalezione przypadkowo w listach znajomych. Odkryłam pewną kuriozalną prawidłowość. Całkiem ciekawe blogi mają ostatnie wpisy z przed np. roku. Często dotyczą one- najpierw beznadziei relacji międzyludzkich, a potem jakiejś krótkiej euforii, po której panuje cisza. Czy to znaczy, że prowadzimy blogi, tudzież zajmujemy się innym hobby tylko do momentu, gdy w naszym życiu pojawi się „ktoś”? A potem huzia na Józia, żegnaj kreatywności?
Przy okazji pokasowałam wszystkie swoje posty z bloga. Kiedy udało mi się je wreszcie zaimportować z powrotem na serwer, postanowiłam przed ich ponowną publikacją przeczytać wszystko od początku (a to prawie rok grafomanii). Zaciekawiło mnie, jak doskonale wpisuje się to w moje huśtawki nastrojów. Dla wprawnego czytacza nie stanowi chyba problemu odgadnięcie, kiedy była góra, a kiedy dół. Co więcej, wszystko to wydało mi się miałkie. Nic nie wnoszące. Infantylne. A jednak moje.
To tak jak czytanie pamiętników z wieku dziecięcego. Mam jeszcze stary pamiętnik z liceum, którego lektura przyprawiła mnie o rumieniec zawstydzenia. Zdania wypowiadane z wielką mocą i swoistą emfazą, dzisiaj brzmią po prostu śmiesznie.
I tak będzie zapewne z większością rzeczy, o których piszę w teraźniejszości. O których mówię i myślę dzisiaj. Za kilka lat pozostanie więc pewnie spytać „why so serious’?
Sometimes I think, sometimes I don’t – głosi napis pewnej instalacji świetlnej. Myślę, że na myślenie zarezerwowałam już wystarczająco dużo czasu. Ktoś kiedyś powiedział, że wiemy co było wczoraj (choć nie wszyscy), jutro jest tajemnicą. I jakbym nie układała w głowie scenariuszy, to zawsze mnie coś zaskakuje. Nawet Tymbark. Co się stało, to się nie odstanie. Jest jak jest (tu jestem). A co będzie, to będzie.
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Cały weekend przespałam. Usnęłam w piątek przed północą, na podłodze w nieswoim mieszkaniu (znowu!) i spałam do dzisiaj do południa. Z niewielkimi przerwami nie tyle na jedzenie, co na nakarmienie kota i spacer w dresie po wodę. Postanowiłam się ruszyć dzisiaj z domu. Bo trochę nie wypada w tym powyciąganym dresie spędzić tyle czasu. Szybko okazało się jednak, że niepotrzebnie kusiłam los.
Mój organizm zbuntował się w metrze (podejrzewam, że to niecodzienna reakcja na wyjście z fazy rem). Mój bankomat też się na mnie wypiął konkretnie. A uroczy Pan na infolinii poinformował mnie, że przez kolejne 14 dni zablokowano mi dostęp do konta. Szczęśliwie, Tytus został kilka dni temu zaopatrzony jak trzeba.
Wszelkie dary w postaci jedzenia i napojów przyjmę. O ile nie prześpię.
Czasami musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy. Albo nawet nie tyle „musimy”, co po prostu udajemy.
Ale co wtedy, kiedy wymagają od nas, abyśmy wcielili się w rolę samych siebie?. I tak oto, lew pozuje na lwa, a żyrafa na żyrafę. Trochę to smutne. Trochę.
Pięknie umieraliśmy – gratulujemy sobie życia- napisała Gretkowska w jednej ze swoich książek, opisując katastrofę samolotu, do której jednakowoż w końcu nie doszło. I tak sobie myślę, że gdybym teraz wsiadła w samolot i gdyby przydarzyło mi się to samo, pomyślałabym, że żałuje tych wszystkich chwil, kiedy pozowałam na siebie, zamiast po prostu być. Nie należy udowadniać, że jest się kimś. Wystarczy być. Podobno.
Jak widać, jestem strasznie sentymentalna. Słucham tego kawałka z typową dla siebie emfazą :) W naszej dorodnej grupce: nimfomanka (przyjdziecie razem, czy dojdzie sama?), niestabilna psychicznie ekolożka (ahoj studnie w Sudanie! :)) i arcymenel (pijemy, kurwa!), jestem i ja sentymentalna dziwka (Ajłanaholdjorhend).
Kiedy Tix zajęta była dobieraniem się po kolei do wszystkich sprzętów kuchennych oraz kota, którego roboczo nazwę „Puchatkiem”….
..ja i moje ręce zajęci byliśmy zastępowaniem miksera, nowym urządzeniem wielozadaniowym o wszystko mówiącej nazwie „Knixer”. A wszystko to było mniej więcej tak:
Spotkanie miało odbyć się punktualnie o 21.06. Miałyśmy bowiem piec ciasteczka. Wszyscy przyszli o 20, oprócz Miksa, który był na czas. W pośpiechu jednak zapomniał zabrać z domu miksera. Ku swej rozpaczy, instrukcja pieczenia ciasteczek brzmiała następująco: „blablablablabla….ubić na puszystą masę”.
Puszystą, kurwa, masę! – wykrzyknęła Miks z rozpaczą w głosie. W kuchni zapadła cisza jak makiem zasiał (takie zawieszenie jak w modzie na sukces, kiedy Bruk przynaje Ridżowi, że ich córka, jest synem jego brata, z romansu z jej siostrą bliźniaczką, która nieskutecznie spłonęła w katastrofie lotniczej, pod kołami samochodu jej szalonej matki, która to zresztą okazała się być zaginionym w pożarze basenu wujkiem Stiwenem).
Na szczęście nie boje się ubrudzić swoich rączek, tak więc ochoczo zabrałam się za miksowanie masy ciastkowej własnymi ręcami. Pix jak zwykle zadbała o odpowiednią oprawę muzyczną (Nas nie dogoniat), jako i również trzymała miskę, w której zawzięcie machałam rękoma, łyżkami, nożem, kotem, a także szufelką od kuwety dla wzmocnienia efektu (ma bowiem areo.. aoro, aeo, kur… aerodynamiczny (uff!) kształt)
Podczas kuchennych rewolucji doszłyśmy do wniosku, iż każda z nas powinna posiadać swoje alter ego, które od tej pory pokazywać będzie światu/gościom/rodzinie i inspekcji podatkowej.
Tix, w związku ze związkiem, otrzymała więc status nimfomanki, czyli niewiele się zmieniło. Pix zdecydowała się na stukniętą misjonarkę, której największym stresem są: studnie w Sudanie, głodne dzieci i wycinka drzew w Amazonii. Jako, że powyższa cierpi na alergię na futro zwierzęce, uznałyśmy pomysł pocierania się kotem po twarzy, za tani, skuteczny i niezawodny w materii wywołania efektu łez. Miks, jednogłośnie okrzyknięty został menelem z zespołem Tourrette’a, który dla niepoznaki będzie od tej pory chodzić w krynolinach i opowiadać o swojej babci Wiktorii, herbu trzaska.
Najedzone ciastkami, napite płynem do naczyń ( popularnie zwanym desperado) ( oraz! Ja nie, bo ja prowadzę) uznałyśmy, iż pora, aby o naszym życiu zadecydowała mo-neta ( Tymbarka nie było akurat pod ręką).
Rożek, czy reszka? – wykrzyknęła przejęta Tix. Niektórym się poszczęści, innym nie. Tak oto zadecydowały dwa złote ( właśnie! Gdzie są moje dwa złote?!)
wtorek, 16 sierpnia 2011
Podobno ludzie mają pseudonimy po to, aby rozłożyć na nie swój nadmiar bycia. Mam ich wiele – od Knixa, po Mrocznego Bałwana (sic!). Swój nadmiar rozkładam czasami na Trogloerudytę. I jak każdy człowiek potrzebuje czasami czegoś na kształt cezury - niczym dieta "od poniedziałku".
Chciałabym zacząć od początku. Nie od „tabula rasa” – bo to już nigdy nie będzie możliwe. Ale od nowego akapitu – pamiętając, że kilka stron jest już zapisanych. Korzystając z tego, co na tych stronnicach się znajduje. Popularnie nazywa się to „uczeniem się na błędach”, z czego zawsze miałam dwa z minusemJ Popełniam błędy i to się nie zmienia. Można jednak nauczyć się z tym żyć. Z czasem udaje się w końcu popełniać nowe. Bo w każdym z nas jest pewna nieprzekraczalna granica, do której w końcu docieramy, mimo że przez dłuższy czas rozciągamy przestrzeń pomiędzy tym co akceptujemy, a co nie.
Zmieniło się moje postrzeganie świata. Nie umiem już spacerować z nosem przy ziemi - co kiedyś przysparzało mi dodatkowej gotówki w kieszeni. Idąc, obserwuje okolice, dostrzegam rzeczy, których nigdy wcześniej nie dostrzegałam, zatrzymuje się i czytam napisy, przy których wcześniej bym się nie zatrzymała. Zrobienie zwykłego zdjęcia, sprawia mi radość.
State of emergency,
Is where I want to be
czwartek, 4 sierpnia 2011
Księżniczka Angina studiuję zerometrię, która opiera się na aksjomacie: „Każda linia dąży do zniknięcia, a każdy punkt do zatarcia”. Twierdzi również, że w nocy, wszystkie koty są czułe/ Czytając Topora mam wrażenie, że poziom absurdalności w książce, dotyka poziomu absurdalności rzeczywistości wokół. Niemalże.
Wykonując wczoraj misję o roboczym tytule „Matka Polka”, doszłam do wniosku, iż w pełnych zakupów siatkach brakuje mi jedynie paczki pampersów. A szalejąc na dziele AGD supermarketu oraz zachwycając się rakietkami do banbingtona za 2,99 (made not in China!), doszłam do wniosku, iż prawdopodobnie albo cofam się w rozwoju, albo ogarnia mnie szaleństwo.
Kupiłam wreszcie kieliszki do wina. Dwa. Ten drugi na wszelki wypadek – jakbym zbiła pierwszy.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
W Amsterdamie jest ponad pół miliona rowerów. Rocznie, notuje się około miliona ich kradzieży, co oznacza, że każdy rower jest kradziony średnio dwa razy w roku. Z kolei w Tajlandii kalmary łowi się "na światło" - widząc umocowane na łodziach jarzeniówki, kalmary (zupełnie odwrotnie niż ludzie) płyną w stronę światła, by faktycznie spotkać się ze stwórcą (a technicznie rzecz biorąc- skończyć na czyimś talerzu).
Zastanawiam się czy ten deszcz się kiedyś skończy. Mam nadzieję, że nie. Polubiłam spadające na twarz krople. Przestały mi już nawet przeszkadzać tworzące się na mojej głowie loki.