środa, 24 sierpnia 2011

huzia na Józia, blog i grafomania

Zaczęłam ostatnio czytać blogi znalezione przypadkowo w listach znajomych. Odkryłam pewną kuriozalną prawidłowość. Całkiem ciekawe blogi mają ostatnie wpisy z przed np. roku. Często dotyczą one- najpierw beznadziei relacji międzyludzkich, a potem jakiejś krótkiej euforii, po której panuje cisza. Czy to znaczy, że prowadzimy blogi, tudzież zajmujemy się innym hobby tylko do momentu, gdy w naszym życiu pojawi się „ktoś”? A potem huzia na Józia, żegnaj kreatywności?

Przy okazji pokasowałam wszystkie swoje posty z bloga. Kiedy udało mi się je wreszcie zaimportować z powrotem na serwer, postanowiłam przed ich ponowną publikacją przeczytać wszystko od początku (a to prawie rok grafomanii). Zaciekawiło mnie, jak doskonale wpisuje się to w moje huśtawki nastrojów. Dla wprawnego czytacza nie stanowi chyba problemu odgadnięcie, kiedy była góra, a kiedy dół. Co więcej, wszystko to wydało mi się miałkie. Nic nie wnoszące. Infantylne. A jednak moje.

To tak jak czytanie pamiętników z wieku dziecięcego. Mam jeszcze stary pamiętnik z liceum, którego lektura przyprawiła mnie o rumieniec zawstydzenia. Zdania wypowiadane z wielką mocą i swoistą emfazą, dzisiaj brzmią po prostu śmiesznie.

I tak będzie zapewne z większością rzeczy, o których piszę w teraźniejszości. O których mówię i myślę dzisiaj. Za kilka lat pozostanie więc pewnie spytać „why so serious’?

Sometimes I think, sometimes I don’t – głosi napis pewnej instalacji świetlnej. Myślę, że na myślenie zarezerwowałam już wystarczająco dużo czasu. Ktoś kiedyś powiedział, że wiemy co było wczoraj (choć nie wszyscy), jutro jest tajemnicą. I jakbym nie układała w głowie scenariuszy, to zawsze mnie coś zaskakuje. Nawet Tymbark. Co się stało, to się nie odstanie. Jest jak jest (tu jestem). A co będzie, to będzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz