poniedziałek, 31 października 2011

Noce z niedzieli na poniedziałek, to regularna bezsenność. Specyficzne przyzwyczajenie. Tylko kot wydawał z siebie pomruki zadowolenia, lekko poirytowany jednakowoż faktem, że wiercę się jak szalona i nie pozwalam mu na dłuższą drzemkę na upodobanych sobie ostatnio plecach (moich).

I tak sobie myślę, (bo cała noc rozważań, to wystarczająco dużo czasu, aby omówić z sobą najdziwniejsze nawet okołodniowe tematy) że jeśli ktoś pisze in public, że just get over it, że już mu wisi i powiewa, to ani nie get over, ani nie powiewa. Bo gdyby tak było, to nie znalazłby nawet kawałka miejsca na taką informację, zarówno w głowie, jak i na swojej tablicy ogłoszeń parafialnych. Taka to więc swoista sprzeczność. No ale dawno nie czytałam, więc się na pewno być może odzwyczaiłam. Szczególnie od tego in public, co teoretycznie powinno iść przecież in privat.

didaskalia

Z pisaniem bloga jest taki problem, że można w nim łatwo odnaleźć siebie. Czytasz coś, co ktoś napisał i myślisz "to chyba o mnie!". Tymczasem, często jest to tylko zbieranina bardzo chaotyczna i przypadkowa. Brak w niej konkretnego kierunku, czy nawet sensu. To nie dzienniczek ucznia, czy karta szpitalna "dzień po dniu" - mocz w normie, ciśnienie podwyższone, dieta lekkostrawna.

Z rzeczywistości realnej, to mam wrażenie, że zaniki pamięci sięgają już zenitu. Spędziwszy chwilę w kawiarni, wyszłam z niej nie płacąc rachunku. Dzwoniąc do kogoś z jakąś sprawą, zapominam z jaką, już w momencie pojawienia się sygnału. 

Ubawiły mnie dziś didaskalia. Czasami mam taką właśnie wizję, że obok greckiego chóru, który czasem zawyje w tle "uuuuu" lub "ohhhh", w kluczowych momentach moich epickich występów, autor umieścił fikuśne didaskalia, typu "zadawszy pytanie o hummus, a patrząc na halumi, główna bohaterka ma na czole napis świetlny retarded".

Marzy mi się marsz po grobach w środku nocy. Z termosem wina za pazuchą i koszyczkiem piknikowym z wikliny. 

niedziela, 30 października 2011

dub, step, i , ale oraz że



Na zakończenie tego cudownego miesiąca - nic innego, tylko dubstep.

Rachatłukum.

I za mały i za wąski. I to nie dla mnie. I stało się. I się nie odstanie. Ale to nie moje przecież.

I pluje. I zapominam o tym, że to mnie przecież nie rusza. Idę chodnikiem, po którym ciągle chodzę, ale się przecież kojarzy. Tak jak i pora roku, która niezmiennie kończy się wpadnięciem w zaspę.

I tak uczą. Masz te lat dwa i nic nie wiesz. Jedyne co, że ktoś zmieni ci pieluchę. To jest przecież pewne. I to jest twoja krzywda na lat kolejnych naście - że zawsze gdzieś jest, przebywa. Tak czy inaczej. Taka pseudo norma, z którą nie masz przecież jak walczyć. Ona jest, była i będzie.

A spróbuj pomyśleć, że nie. Że nie trzeba. Że się oduczyć można. Gówno prawda.

Ale co mnie to w zasadzie obchodzi.

sobota, 29 października 2011

Rozpoczął się grobbing.  A mi najbardziej podoba się to, że tak jak na Boże Narodzenie, większość mieszkańców tego cudownego miasta, wraca do swoich domów. I będzie cicho i będzie spokojnie. 

rachatłukum

Rachatłukum to taka turecka słodkość. To też książka, która od samego początku poraża wulgarnością, która po jakimś czasie przestaje kłuć w oczy. Jeszcze później dociera do Ciebie, że w każdym z momentów, w których się pojawia, jest jak najbardziej uzasadniona. 

To taka w sumie prosta historia samotności, którą odczuwasz wręcz fizycznie wtedy, kiedy raz na zawsze żegnasz się z kimś, kto znaczy dla Ciebie więcej, niż ty sam. To też historia radzenia sobie z informacją, że nic nie możesz zrobić, a to że było pięknie i to, że kogoś kochasz, nie ma już najmniejszego znaczenia. There is nothing you can do. Bo jeśli zaczniesz próbować, to nawet i dobre wspomnienia przestaną górować nad tym co dzieje się tu i teraz. Przechodząc przez całą historię "my", grzebiąc patykiem w tym co było a nie jest, raz po raz i dzień po dniu serwujesz sobie sadomasochistyczną frajdę ciągłego pytania "dlaczego?".

Kiedy główny bohater, spotyka po kilku miesiącach swoją żonę, próbuje z nią rozmawiać o tym co było...I tak siedzieliśmy znowu, rozmawiając godzina po godzinie. O tym wszystkim, o czym się nie rozmawia. Bo jeśli się o tym rozmawia, to już jest nieodwołalnie źle. To już jest za późno. To i rozmowa nie ma już wtedy sensu.

Ironia losu. Kiedy już zaczynasz poruszać najpoważniejsze z tematów, jest już wtedy zazwyczaj za późno. Zdajesz sobie sprawę z faktu, że spóźniłeś się o całe lata świetlne z rozmową, która powinna się była odbyć w zupełnie innej formie i przede wszystkim w zupełnie innym czasie.

Śmieszne. Pamiętam co robiłam rok temu o tej samej porze. Oglądając wielką paradę halloweenową w Nowym Jorku pomyślałam, że po powrocie wszystko się zmieni. Patrząc na wielką walizkę w rogu pokoju wiedziałam, że ja już z tą walizką odejdę.

Od długiego już czasu nie umiem się wydrzeć. Nie umiem się wściec tak, aby zacząć krzyczeć. Nie umiem też dać z siebie więcej, niż te kilka łez spływających ukradkiem po jednym lub drugim policzku. I nie wiem, czy jest mi na tyle wszystko jedno, czy tez po prostu wyczerpałam wszelki limit na obie te atrakcje. 

Rachatłukum. Dziwna to mieszanka twardej i miękkiej struktury. 


środa, 26 października 2011

love story na bogato



Mimo, iż wieść gminna niosła, że kupiłam sobie stadko owiec i zakładam "serowo-wełniany" kombinat, śpieszę donieść, iż wszystko to z palca wyssane było. Nie zaprzeczam co prawda, iż myśl ta chodziła mi po głowie, nie jeden, nie dwa razy, aczkolwiek wydarzenia pewnego ciepłego popołudnia, skutecznie wybiły mi to z głowy. 

A wszystko to było tak:

Siedząc sobie na zielonej trawie i studiując pilnie dzieła zabrane Grocholi, ujrzałam zbliżającego się ku mnie młodzieńca. Zacny ów jegomość, błysnąłwszy złotym uśmiechem, zapytał po ormiańsku "blaha blaa bllla bleee bluu blii bleee"? (tak mniej więcej brzmiało to z mojej perspektywy). Odpowiedziałam nieśmiało, iż nie znam ormiańskiego, nie znam rosyjskiego i dajże mi chłopcze spokój!

Niezrażony tą ciętą ripostą chłopiec, usiadł na trawie koło mnie i siedzi...Cóż więc mogłam począć, poza zagłębieniem się w moją pasjonującą lekturę? Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Jednakże przyczajone z tyłu głowy przeczucia mówiły mi, że to nie koniec tej historii...

Niepomny różnic kulturowych, płciowych i językowych chłopiec, rozpoczął ze mną ożywioną dyskusję na jakieś tematy, z których rozumiałam jedynie "wojna", "Karabach", "blizny", "piękna", "koza", "stopa procentowa" oraz "teletubisie". Nie byłam za bardzo w stanie odpowiedzieć (nie, żebym w ogóle chciała), toteż siedziałam cicho, starając się jedynie raz w czas wtrącić, że chce poczytać powieści i że nie mam ochoty rozmawiać. 

Po kilkunastu minutach tej ciekawej rozmowy, chłopiec spytał (bardziej na migi), czy może mnie odprowadzić. Zaskoczona tym zuchwalstwem, pokazałam na słuchawki, na książkę i wydusiłam z siebie, że niet i że ja podumać bym chciała. Natenczas, pożegnaliśmy się oficjalnie i radość mię ogarnęła wielka, że sytuacja sama się jako tako rozwiazać raczyła.

Jakież było me zdziwienie pół godziny później, kiedy ten sam osobnik okazał się stać za mną na pobliskim przejściu dla pieszych. Udając zaskoczenie, że i ja tam jestem, złożył mi ponownie propozycję asysty w spacerze. Trochę już bardziej poirytowana, odburknęłam że nie, że sobie nie życzę i że sio.

Spacer (do kościoła, gdzie pali się świeczki w intencji) przebiegał cicho i spokojnie. Wtem jednakowoż, ujrzałam natręta w odbiciu sklepowej wystawy i odwróciwszy się gwałtownie dostrzegłam, iż nie tylko jegomość nie odpuścił, ale jeszcze się chowa jak szpieg z krainy deszczowców za budynkami i samochodami, cały czas depcząc mi jednak po piętach!

Przyznam całkowicie szczerze, że oblałam się nieco zimnym potem, a wspomnienie o słowach "wojna" i "blizna", roztoczyło przede mną wizję szarpnela uderzającego w głowę prześladowcy, który to na skutek takowej rany wojennej, całkowicie oszalał i obrał mnie sobie właśnie za cel swojego stalkingu...

Próbując go zgubić dobre 10 minut, wparowałam do najbliższego sklepu z pamiątkami, gdzie o pomoc poprosiłam znającą angielski sprzedawczynię. Kiedy po kilku minutach spokoju, mój niechciany narzeczony wparował do środka, w dość niewybrednych słowach wyjaśniłam mu, że na małżeństwo jestem już za stara, a szydełkowanie nie jest moją najmocniejszą stroną. Sprzedawczyni dzielnie tłumaczyła, aż wspólnymi siłami udało nam się rozwieść z chłopcem o roboczym imieniu Szczepan.

Przyznam szczerze, że nogi miałam jak z waty, bo nieprzyzwyczajona jestem do tego typu randek w ciemno. W dodatku w środku dnia!

Jak okazało się wieczorem, niektórzy krajowi amanci mają w zwyczaju prześladowanie dziewczyn, które uznają za interesujące (zapomniałam nadmienić, że wyglądałam jak Rosjanka, tudzież inna niemiejscowa, co oznaczało w skrócie, że marzę o tajnym romansie) i czekanie pod ich oknem tak długo, aż oblubienica zostanie im oddana w jasyr.

Słowa typu "a fe a fe, idź sobie" są zdecydowanie zbyt eufemistyczne i zastosować należy nieco mocniejsze w wyrazie "paszoł na chuj". Jak nauczyli, tak zapamiętałam :)

Jakiż szok przeżyłam, kiedy dnia następnego, podczas kolejnej wędrówki przez miasto, wyskoczył przede mną jak Filip z konopi mój niedoszły mąż! Nie czekając na kolejne dowody miłości, poczęłam uciekać przez ulicę gdzie oczy poniosą. O wielka naiwności! Nie odpuścił! i biegnie toto za mną i krzyczy "Mój ci on" (czy jakoś tak). 

Tymczasem wprawne me oko dostrzegło swym kątem patrol policji, leniwie wygrzewający się w słońcu. Pomna wskazówek i rad tubylczych, podbiegłam do dzielnych funkcjonariuszy i dobrodusznie (najlepiej jak umiałam) wyrecytowałam: "Heeelp, yyyy  this guy..yyyyy paszoł won"! (i tu, wskazałam na oblubieńca). 

Mężni policjanci zastawili nachalnemu drogę i w żołnierskich słowach wyjaśnili, że ślubu nie będzie (sorry). Kiedy niepocieszony Szczepan oddalał się w kierunku zachodzącego słońca, pełna wdzięczności wydukałam, że ja spasiba :) Otrzymawszy zwrotne "prażałsta", uśmiechnęłam się do siebie i ruszyłam na poszukiwanie mojego przysmaku, czyli pierożka z kartoszką. Ośmielona sukcesami lingwistycznymi, nie tylko spytałam w sklepie, czy pierożek jest, ale również zagadnęłam o jego cenę i przekazałam sprzedawczyni wyliczoną kwotę! (wot tak!)

Może tylko mi się wydaje, ale jeszcze długo potem unosiła się nade mną jakaś dziwna łuna światła, która oświatlała dumę, jaka mnie wówczas ogarnęła.

I tak oto zmierzam do meritum - czyli powodów odwołania mojej decyzji o pozostaniu na Kaukazie i rozwoju przemysłu nabiałowego oraz odzieżowego za pomocą własnych owiec. Moje serce zostało złamane....Mówił, że kocha, a jeden malutki patrol policji sprawił, że zaniechał starań :( buu. Smutno. Ale tak to chyba w życiu wygląda, słowa, słowa, słowa. Na wiatr! Nie należy więc ufać temu, co mówią ludzie. Nie słowa, a czyny - jak to głosi taki jeden znany truizm. 


A mogło być tak pięknie!





sumarum



Gra o tron, złośliwy kot, 100 rzeczy, toasty w stylu tamady, wymarzone jajko na miękko, co u niej?, hummus czy halumi, a Czesi mają lepiej.

Kupiłam miętówki w M&S, zjadłam tabliczkę białej czekolady okupionej krwiodawcą, zostałam otwieraczem do konserw, spoglądałam na Myszkę Miki, zaprezentowałam.

A jutro?

A jutro, mam wreszcie czas tylko dla siebie. No i kota.

wtorek, 25 października 2011

crazy

Otwarte serce, rozum w podręcznej torebce, rozsądek w plecaku, dusza gotowa na wyzwania, szaleństwo w ręku, spontaniczność w kieszeni 





niedziela, 23 października 2011

decisions, decisions, decisions

Decyzje. O te świadome najtrudniej. Częściej płyniesz z prądem, czasem pod prąd. Pozwalasz, by inni podejmowali decyzje za Ciebie, a na drugim biegunie, stajesz się zwykłym oportunistą. Tak czy siak, sabotujesz możliwe scenariusze, łudząc się, że jest to świadomie podjęta decyzja.

Trochę jak egzamin, przed którym wszem i wobec ogłaszasz, że nic nie umiesz. Przygotowujesz siebie i innych na porażkę. Lepiej się mile zaskoczyć, niż zawieść. Widząc, że coś nie działa tak jak powinno, z pełną premedytacją zgniatasz butem to co zostało, celem złudnego (?) poczucia, iż to jest właśnie Twoje kontrolowanie sytuacji.

Świadoma decyzja znajduje się gdzieś pomiędzy. Raz podjęta, nie poddaje się fluktuacjom nastrojów, czy koniunkturze zachowań innych. Ma swoje filary z powodów. I przede wszystkim łatwiej się jej trzymać.

Gdyby uważnie przyjrzeć się wszystkim swoim decyzjom, jedynie kilka z nich można by uznać za świadome. Niewiele. Większość naszych motywacji i zachowań jest w bardzo dużym stopniu irracjonalnych. Często są bardziej impulsywne niż uświadomione. Ale ich konsekwencje pozostają.

Raz wypowiedzianych słów, nie da się już cofnąć. To, co zrobimy, dzieje się tu i teraz. Po chwili staje się przeszłością, której w żaden sposób nie można się już pozbyć.

środa, 19 października 2011

salut, gesundheit, na zdrowie, czyli toast za przodków

Armenia to kraj, w którym wino pije się w ilościach uznawanych za spore. Dosyć popularne jest bożole, produkowane przez niemal każdą rodzinę mieszkającą poza miastem. Przynajmniej taka jest moja teoria. Festiwal tego pysznego, acz zdradzieckiego trunku, to czas próbowania, degustacji, popijania, wypijania, oraz smakowania. 


I tak oto mamy tegoroczne dżury konkursowe, składające się z dwóch Ormian i jednego Francuza z korzeniami. Różnica pomiędzy członkami, dała sie zauważyć przy piątej butelce, którą szanowne grono testowało. Mianowicie, te duże pojemniki stojące przed sędziami, to spluwaczki. W Europie, testerzy wina nie wypijają kosztowanych trunków. Biorą je tylko "do buzi" (mówiąc kolokwialnie) i po zapoznaniu się z buketem oraz aromatem, wypuwają do spluwaczki. Tymczasem po kilkunastu minutach próbowania, spluwaczka Ormian pozostawała pusta. Tymczasem, mięczak z Francji powoli napełniał swoją. 

Zgodnie uznaliśmy, iż największą szansę na wygraną mają wina z pierwszej piątki próbowanych. Dalsze niestety miały ogromną szansę na zapomnienie, gdyż język już nie taki giętki i żwawy do testowania jak na początku...


Tymczasem na zapleczu, czyli że od kuchni...pora  na przyjrzenie się procesowi produkcji od podstaw. 

I tak oto, aby powstało dobre wino marki wino, potrzebujemy: winogrona, wielką kadź oraz producentki (a zwłaszcza ich stopy). Proces niekoniecznie termicznej obróbki wygląda następująco:


Na festiwalu, w winogronkach maczały stópki młode Ormianki. Niemniej jednak mam wrażenie, iż w zaciszu domowej kuchni, rolę tą może pełnić przecież i dziadek i babcia. Ale to tylko moje nieśmiałe przypuszczenia, które niekoniecznie muszą znaleźć odzwierciedlenie w rzeczywistości!

Anyway,  działo się wiele, a darowanej szklaneczce nie zagląda się w demograficzne drzewo.

Były więc tańce:

Były różańce:


Były przyloty:


No a po tym wszystkim, nastąpić musiały i odloty:


Jednakowoż, turecka ambasada, którą prezentuje powyżej, nie jest typowym przedstawicielem swojej klasy.  To jest mercedes wśród ład. Nie jest zwyczajną dziurą wystającą z podłogi, z którą autor miał przyjemność się zetknąć chociażby w meczecie. 

No, ale nie bądźmy drobiazgowi i powróćmy do tematu wina. Nie wszyscy wiedzą, więc wyjaśnię, iż wino bożole, jest winem lekko gazowanym. Oznacza to, iż podczas transportu do domu, musi być ono co jakiś czas otwierane, celem pozbycia się gazu, który nagromadzony i potrząsany podczas jazdy np. marszrutką, może w którymś momencie sam ogłosić nadejście nowego roku.  Dobrym pomysłem zdaje się być również podpijanie po łyczku z butelki, celem zmniejszenia nagromadzenia i tymże nacisku na szyjkę butelki (autorski).

Kiedy rodzina zbiera się w swoim gronie i pije wino, wyznaczona osoba  - tamada, wznosi toasty. Są to przeważnie truizmy i oczywiste oczywistości, jednakże w języku ormiańskim nabierają one wzniosłości i patosu na akceptowalnym przeze mnie poziomie. Spora część toastów dotyczy korzystania z życia i jakiejś tam miłości, ale czarna dziura mej pamięci uniemożliwia przytoczenie jednego chociażby wiernego cytatu.

Słowem podsumowania, to wydaje mi się, że gdybym piła nieco więcej tego przepysznego trunku, zamiast palić świeczki w każdej napotkanej przeze mnie świątyni katholikosa, dużo przyjemniej zniosłabym atak mojego żołnierza-prześladowcy. No ale, ta historia to już trochę inna bajka. 

Gdybym miała wznieść toast za przodków powiedziałabym, że życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiadomo na co się trafi, a żal nie próbować. Taki mix Foresta i ludowej mądrości.

Btw. zamarzył mi się słoik Nutelli z dostawą do domu. Mlask.

dog eat dog

Siedzę sobie i pierwej czytam artykuł o psach palonych żywcem na Ukrainie, a następnie artykuł o współczesnym Auschwitz jakie serwujemy zwierzętom w celu zdobycia mięsiwa lub udoskonalenia kosmetyków "no more tears". Jem bajgelburgera i patrzę na krwawiącą głowę krowy, spozierającą na mnie z najnowszych "Książek". 

Zastanawiam się, czy to już taki poziom znieczulenia, że kompletnie mnie to nie rusza? Bo chyba nie rusza, skoro nadal jem tego burgera. I nawet prawie mi smakuje.

Czytam o szympansie Nimie, który urodził się myśląc, że jest człowiekiem. Zmarł podczas któregoś z rzędu eksperymentów, kiedy to zarażono go żółtaczką. Ot, homo sapiens. Nie śmieszne. 

Na Kaukazie jest podobnie. Wszystkie spotkane przeze mnie psy, miały niesamowicie wychudzone boczki. Na ich kościach można było czasami wieszać pranie. Nie zmienia to faktu, że nie ustawaliśmy w żartach na ten temat. Kiedy zapalił się jeden ze śmietników, przy którym czaiły się wygłodniałe psy, żartowaliśmy okrutnie, że urządzają sobie barbecue z resztek.

Kiedy Łukasza otoczyła chmara bezpańskich psów, najadł się powyższy strachu. Usłyszał od miejscowych, że w takiej sytuacji należy udawać, że schylasz się po kamień, bo wtedy burki i azory wiedzą co to znaczy i uciekają. Najlepsza metoda opędzenia się od żebrzących psów.

Ale jakby się zastanowić, to nie wiem do końca kto ma gorzej. Jeden pies. 









wtorek, 18 października 2011

meanwhile in Odessa


Jakby ktoś pytał jaka jest podstawowa różnica pomiędzy Matką Armenią a Matką Gruzją, to odpowiadam! Matka Gruzja ma większe cycki i mniej armour'u na sobie. Tak czy siak, nie mogłam odmówić sobie przyjemności odegrania roli odeskiego marynarza na przepustce:) 

Był to pełen atrakcji dzień w parku zdaje się zwycięstwa, w którym to w zamian za zgubioną pandę, ustrzeliłam z kałasza Spang Boba, który jednakowoż dla mnie jest zwyczajną pojebaną kostką masła...


Był to tak naprawdę jedyny przejaw kaukaskiej agresji, mimo że powodów miałam co niemiara. Ale o tym, jak i o tamtym wtedy, kiedy przestaną mi się rozmazywać literki.

poniedziałek, 17 października 2011

Маршрутное такси = my love

Marszrutka to jedno z najgenialniejszych wynalazków kaukaskiej społeczności. Bez dwóch zdań. A w każdej z nich powinno lecieć na pełen regulator "riders of storm" lub conajmniej "live fast, die young". Za jedyne 100 pieniążków można udać się w podróż marzeń. Może się udać. Może się też nie udać. Szczególnie, kiedy świadomość rychłej śmierci związanej z umiejscowieniem butli z gazem pod twoim tyłkiem, w tych raptem 100-u letnich pojazdach jadących sto na godzinę, jest z początku nieco uwierająca.

Marszrutki to podróż - instytucja. Nie mają rozkładów, nie wiadomo do końca gdzie jadą  i gdzie się zatrzymują. Albo przyjadą, albo nie przyjadą. I to w nich jest najpiękniejsze. Chociaż, po chwili zastanowienia stwierdzam, iż jeszcze piękniejszy jest panujący w nich tłok. Jeśli nie podróżujesz ściśnięty jak sardynka w puszce i poskręcany jak kabel od telefonu, to wiedz, że coś się dzieje...

Tak właśnie (zgodnie z obserwacjami Paulinadze) wygląda typowy pasażer tego cudownego pojazdu:


Lata spędzone w komunikacji miejskiej, formują kręgosłup (nie tylko moralny) mieszkańców kaukaskich miast. Co więcej, jazda marszrutką jest niezwykle ekonomiczna z punktu widzenia wydatków na tak zwane dobra luksusowe. Zakup perfum, mydła, czy nawet płynu do płukania staje się po prostu zbędny. Tutaj wszyscy pachną jednakowo - zapachem starej skarpety pomieszanej z zapachem ulatniającego się gazu. Zapach ten przenika wszystko i wszystkich w obrębie marszrutki. A gdyby nie wprowadzony niedawno zakaz palenia w tych pojazdach, miałby on jeszcze dodatkowy odcień ormiańskiego papierosa, który oczywiście jest najlepszy na ziemi i nie zawiera substancji smolistych (jak imperialistyczne Marlbolo).


Interaktywna mapa marszrutek, to nadzwyczajny wynalazek Aspirynadze, na którym to powyższa z pewnością zbije majątek. Wiedzieć co, gdzie, jak i kiedy - to klucz do zagadki niesmiertelności. Chociaż akurat poruszając temat powyższej, muszę nadamienic, iż szary człowiek nie ma szans na kaukaskich ulicach. Instytuacja świateł jest jedynie wabikiem dla tajemnej gry "ustrzel przechodnia", która to codziennie rozgrywa się na ulicach mniejszych i większych miast. Każdy dzień, w którym udaje ci się uniknąć rozjechania przez dwustuletnią ładę lub (dla kontrastu) hummera (wot tak!) jest dniem zwycięstwa, godnym zapalenia świeczki w jednym z kościołów ojczulka Katholikosa (którego fanem jest Lucynka Borowiecka).


Marszrutki długodystansowe (opuszczające obszar miasta) mają to do siebie, że nie ruszają dopóty, dopóki nie zapełnią sie pasażerami. Licząc lekko - miejsc jest 16, więc startujemy jak w marszrutce znajdzie się co najmniej 30 osób :P (no może trochę wyolbrzymiam, ale generalnie wcale nie aż tak bardzo). Po niespełna dwóch tygodniach pobytu, tak bardzo przyzwyczaiłam się do tej zasady, iż nie zdziwiłabym sie, gdyby mój samolot do domu wystartował z 5-io dniowym opóźnieniem spowodowanym pojawieniem się wolnych miejsc i oczekiwaniem na resztę pasażerów...

Apropos samolotu, nigdy nie zapomnę momentu, w którym rosyjska stewardesa ( która z uporem maniaka mówiła do mnie po rosyjsku, mimo że wielokrotnie dałam jej do zrozumienia, iż nie jest to mój ulubiony język) przeszła środkiem samolotu lecącego z Moskwy, psikając po drodze sprayem brise całą powierzchnie podłogi :) W nagrodę usłyszała pełen podziwu i radości okrzyk "Thank you so much, you have just saved my sense of smell!!!".


Myśle, że osoba, która wprowadziłaby opłatę za mozliwość wyboru współpasażera podróży, zbiłaby na tym pomyśle majątek. Niepozbawieni zmysłu węchu, słabi turyści z zachodu, płaciliby tysiące pieniążków tylko po to, aby nie siedział koło nich specyficzny mieszkaniec regionu. 

Ten jednak, kto ośmieli sie podnieść rękę na ukochane przeze mnie marszrutki niech wie, że są one o krok dalej od europejskich autobusów. Na każdym bowiem przystanku, możesz połączyć się z niczym innym jak darmową wajfajką! Wot tak! Nigdzie indziej. Tylko tutaj. Trochę łyso, prawda?

Omawiając temat transportu, nie mogę nie napisać o miejskich trolejbusach. Maszyny te jadą niewiele szybciej od spacerowego kroku, a wszystko to dzięki długim rurom, którymi połączone są ze źródłem prądu. Przy przekroczeniu prędkości światła ( tutaj jest to ok 15 km na godzinę), rura ta odpada przeważnie od sieci i kierowca trolejbusa musi ponownie montować ją w pojeździe. Niewątpliwym plusem jest jednakowoż wolna przestrzeń trolejbusa. Jako, że nikt  poza starymi ludźmi nimi nie jeździ (marszrutki, helloł!), podróż trolejbusem to czas wiwisekcji i rozmyślań nad sensem życia. 

Swoją drogą, starych ludzi jest tutaj niewiele. Albo zostali przejechani na przejściu dla pieszych, albo zeżarci przez grasujące nocami chmary wygłodniałych psów. Obie wersje są równie prawdopodobne. Zresztą, pytając swoich adwersarzy o wiek, zawsze okazywało się, że jestem o co najmniej 7-8 lat starsza, mimo że przekonana byłam o odwrotności rzeczywistości. jest to więc kolejne moje spostrzeżenie. Ludzie tutaj starzeją się bardzo szybko, ale też i szybko stają się dorośli.

A na koniec, aby uzupełnić temat transportu, opowiem co nieco o kierowcach taksówek. Każda taksówka poruszająca się ulicami miasta, ma swoją własną nazwę ( np. Król Lew, czy Jessica), a kierowca nie wie z reguły nawet tego, gdzie znajduje się główna ulica :P

Najciekawszą przygodę taksówkową przeżyłam przebywając w mieście Sevan, które lata świetności ma już dawno za sobą. Miejscowi kierowcy nie mogli zrozumieć, że spacer może być wartością autoteliczną i usilnie próbowali nas wszędzie przewozić. Jeden z nich spalił około 15 litrów benzyny, na ciągłym jeżdżeniu za nami i namawianiu nas np. poprzez gwizdanie na nas z przeciwnego pasa drogi, na kurs swoją dziką maszyną. Drugi z kolei, starał się dorobić szóstego złotego zęba, oferując nam podróż marzeń do Tibilisi, za jedyne 80 tysięcy pieniążków.

Nic to jednak, skoro gdzieś tam, jakoś tam i o którejś tam, czekała na nas marszrutka! I tym pozytywnym akcentem kończę, mając nadzieję, iż udowodniłam wyższość powyższej nad wszelkimi innymi formami transportu publicznego i nie tylko.

Miało być o Kaukazie, a wyszło milion stron o samej marszrutce. Ale cóż poradzić, skoro region to wybitnie fascynujący? Zresztą i tak odpuściłam te wszystkie zapierające dech w piersiach historie o marszrutkowych pozycjach seksualnych o numerze 49 :P

Tymczasem autor ma dzisiaj gila do pasa, odjazd po DayQuilu, szok wywołany różnicą temperatur i ma ochotę zemdleć.   



Kaukaz ma w sobie coś magicznego. Bardzo.

niedziela, 2 października 2011

it's a new dawn, it's a new day...

Spędziłam dzisiaj większość dnia na słońcu (stąd aktualnie - piekąca twarz i chęć położenia się w wannie pełniej balsamu...) Leżąc na leżaku pomyślałam, że to są te momenty, w których możemy być szczęśliwi bez powodu. Chwile później pomyślałam, że jednak czegoś mi brakuje. Chociaż "czegoś" to mało trafne określenie. To chyba natura ludzka, zawsze chcieć więcej.

Dekodowanie zawsze sprawiało mi nie lada problem. Co nabierało szerszego znaczenia dopiero wtedy, kiedy miało ...znaczenie. Może i nie widzę liczb w postaci kolorów i nie mam zwyczaju zapamiętywać stu cyfr po przecinku liczby pi jak Daniel Tammet. Mam jednak całą masę innego rodzaju natręctw zabawnych przyzwyczajeń, do których większość znajomych zdążyła już przywyknąć.

I tak sobie myślę, że może istnieje jakiś inny język, którego można się nauczyć i nim właśnie się wyrażać. Nie wiem. A może to wcale nie jest takie ważne?



Może w innym  miejscu, złapię nową perspektywę?. Inna rzeczywistość nie jest może złotym środkiem, ale czasami się przydaje. Nie jako ucieczka, bo od siebie się chyba nie da, tylko jako trochę snu, gdy jest się śpiącym.

Tak więc! Na jakiś dłuższy czas nieczynne z powodu, że zamknięte.