środa, 19 października 2011

salut, gesundheit, na zdrowie, czyli toast za przodków

Armenia to kraj, w którym wino pije się w ilościach uznawanych za spore. Dosyć popularne jest bożole, produkowane przez niemal każdą rodzinę mieszkającą poza miastem. Przynajmniej taka jest moja teoria. Festiwal tego pysznego, acz zdradzieckiego trunku, to czas próbowania, degustacji, popijania, wypijania, oraz smakowania. 


I tak oto mamy tegoroczne dżury konkursowe, składające się z dwóch Ormian i jednego Francuza z korzeniami. Różnica pomiędzy członkami, dała sie zauważyć przy piątej butelce, którą szanowne grono testowało. Mianowicie, te duże pojemniki stojące przed sędziami, to spluwaczki. W Europie, testerzy wina nie wypijają kosztowanych trunków. Biorą je tylko "do buzi" (mówiąc kolokwialnie) i po zapoznaniu się z buketem oraz aromatem, wypuwają do spluwaczki. Tymczasem po kilkunastu minutach próbowania, spluwaczka Ormian pozostawała pusta. Tymczasem, mięczak z Francji powoli napełniał swoją. 

Zgodnie uznaliśmy, iż największą szansę na wygraną mają wina z pierwszej piątki próbowanych. Dalsze niestety miały ogromną szansę na zapomnienie, gdyż język już nie taki giętki i żwawy do testowania jak na początku...


Tymczasem na zapleczu, czyli że od kuchni...pora  na przyjrzenie się procesowi produkcji od podstaw. 

I tak oto, aby powstało dobre wino marki wino, potrzebujemy: winogrona, wielką kadź oraz producentki (a zwłaszcza ich stopy). Proces niekoniecznie termicznej obróbki wygląda następująco:


Na festiwalu, w winogronkach maczały stópki młode Ormianki. Niemniej jednak mam wrażenie, iż w zaciszu domowej kuchni, rolę tą może pełnić przecież i dziadek i babcia. Ale to tylko moje nieśmiałe przypuszczenia, które niekoniecznie muszą znaleźć odzwierciedlenie w rzeczywistości!

Anyway,  działo się wiele, a darowanej szklaneczce nie zagląda się w demograficzne drzewo.

Były więc tańce:

Były różańce:


Były przyloty:


No a po tym wszystkim, nastąpić musiały i odloty:


Jednakowoż, turecka ambasada, którą prezentuje powyżej, nie jest typowym przedstawicielem swojej klasy.  To jest mercedes wśród ład. Nie jest zwyczajną dziurą wystającą z podłogi, z którą autor miał przyjemność się zetknąć chociażby w meczecie. 

No, ale nie bądźmy drobiazgowi i powróćmy do tematu wina. Nie wszyscy wiedzą, więc wyjaśnię, iż wino bożole, jest winem lekko gazowanym. Oznacza to, iż podczas transportu do domu, musi być ono co jakiś czas otwierane, celem pozbycia się gazu, który nagromadzony i potrząsany podczas jazdy np. marszrutką, może w którymś momencie sam ogłosić nadejście nowego roku.  Dobrym pomysłem zdaje się być również podpijanie po łyczku z butelki, celem zmniejszenia nagromadzenia i tymże nacisku na szyjkę butelki (autorski).

Kiedy rodzina zbiera się w swoim gronie i pije wino, wyznaczona osoba  - tamada, wznosi toasty. Są to przeważnie truizmy i oczywiste oczywistości, jednakże w języku ormiańskim nabierają one wzniosłości i patosu na akceptowalnym przeze mnie poziomie. Spora część toastów dotyczy korzystania z życia i jakiejś tam miłości, ale czarna dziura mej pamięci uniemożliwia przytoczenie jednego chociażby wiernego cytatu.

Słowem podsumowania, to wydaje mi się, że gdybym piła nieco więcej tego przepysznego trunku, zamiast palić świeczki w każdej napotkanej przeze mnie świątyni katholikosa, dużo przyjemniej zniosłabym atak mojego żołnierza-prześladowcy. No ale, ta historia to już trochę inna bajka. 

Gdybym miała wznieść toast za przodków powiedziałabym, że życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiadomo na co się trafi, a żal nie próbować. Taki mix Foresta i ludowej mądrości.

Btw. zamarzył mi się słoik Nutelli z dostawą do domu. Mlask.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz