środa, 26 października 2011

love story na bogato



Mimo, iż wieść gminna niosła, że kupiłam sobie stadko owiec i zakładam "serowo-wełniany" kombinat, śpieszę donieść, iż wszystko to z palca wyssane było. Nie zaprzeczam co prawda, iż myśl ta chodziła mi po głowie, nie jeden, nie dwa razy, aczkolwiek wydarzenia pewnego ciepłego popołudnia, skutecznie wybiły mi to z głowy. 

A wszystko to było tak:

Siedząc sobie na zielonej trawie i studiując pilnie dzieła zabrane Grocholi, ujrzałam zbliżającego się ku mnie młodzieńca. Zacny ów jegomość, błysnąłwszy złotym uśmiechem, zapytał po ormiańsku "blaha blaa bllla bleee bluu blii bleee"? (tak mniej więcej brzmiało to z mojej perspektywy). Odpowiedziałam nieśmiało, iż nie znam ormiańskiego, nie znam rosyjskiego i dajże mi chłopcze spokój!

Niezrażony tą ciętą ripostą chłopiec, usiadł na trawie koło mnie i siedzi...Cóż więc mogłam począć, poza zagłębieniem się w moją pasjonującą lekturę? Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Jednakże przyczajone z tyłu głowy przeczucia mówiły mi, że to nie koniec tej historii...

Niepomny różnic kulturowych, płciowych i językowych chłopiec, rozpoczął ze mną ożywioną dyskusję na jakieś tematy, z których rozumiałam jedynie "wojna", "Karabach", "blizny", "piękna", "koza", "stopa procentowa" oraz "teletubisie". Nie byłam za bardzo w stanie odpowiedzieć (nie, żebym w ogóle chciała), toteż siedziałam cicho, starając się jedynie raz w czas wtrącić, że chce poczytać powieści i że nie mam ochoty rozmawiać. 

Po kilkunastu minutach tej ciekawej rozmowy, chłopiec spytał (bardziej na migi), czy może mnie odprowadzić. Zaskoczona tym zuchwalstwem, pokazałam na słuchawki, na książkę i wydusiłam z siebie, że niet i że ja podumać bym chciała. Natenczas, pożegnaliśmy się oficjalnie i radość mię ogarnęła wielka, że sytuacja sama się jako tako rozwiazać raczyła.

Jakież było me zdziwienie pół godziny później, kiedy ten sam osobnik okazał się stać za mną na pobliskim przejściu dla pieszych. Udając zaskoczenie, że i ja tam jestem, złożył mi ponownie propozycję asysty w spacerze. Trochę już bardziej poirytowana, odburknęłam że nie, że sobie nie życzę i że sio.

Spacer (do kościoła, gdzie pali się świeczki w intencji) przebiegał cicho i spokojnie. Wtem jednakowoż, ujrzałam natręta w odbiciu sklepowej wystawy i odwróciwszy się gwałtownie dostrzegłam, iż nie tylko jegomość nie odpuścił, ale jeszcze się chowa jak szpieg z krainy deszczowców za budynkami i samochodami, cały czas depcząc mi jednak po piętach!

Przyznam całkowicie szczerze, że oblałam się nieco zimnym potem, a wspomnienie o słowach "wojna" i "blizna", roztoczyło przede mną wizję szarpnela uderzającego w głowę prześladowcy, który to na skutek takowej rany wojennej, całkowicie oszalał i obrał mnie sobie właśnie za cel swojego stalkingu...

Próbując go zgubić dobre 10 minut, wparowałam do najbliższego sklepu z pamiątkami, gdzie o pomoc poprosiłam znającą angielski sprzedawczynię. Kiedy po kilku minutach spokoju, mój niechciany narzeczony wparował do środka, w dość niewybrednych słowach wyjaśniłam mu, że na małżeństwo jestem już za stara, a szydełkowanie nie jest moją najmocniejszą stroną. Sprzedawczyni dzielnie tłumaczyła, aż wspólnymi siłami udało nam się rozwieść z chłopcem o roboczym imieniu Szczepan.

Przyznam szczerze, że nogi miałam jak z waty, bo nieprzyzwyczajona jestem do tego typu randek w ciemno. W dodatku w środku dnia!

Jak okazało się wieczorem, niektórzy krajowi amanci mają w zwyczaju prześladowanie dziewczyn, które uznają za interesujące (zapomniałam nadmienić, że wyglądałam jak Rosjanka, tudzież inna niemiejscowa, co oznaczało w skrócie, że marzę o tajnym romansie) i czekanie pod ich oknem tak długo, aż oblubienica zostanie im oddana w jasyr.

Słowa typu "a fe a fe, idź sobie" są zdecydowanie zbyt eufemistyczne i zastosować należy nieco mocniejsze w wyrazie "paszoł na chuj". Jak nauczyli, tak zapamiętałam :)

Jakiż szok przeżyłam, kiedy dnia następnego, podczas kolejnej wędrówki przez miasto, wyskoczył przede mną jak Filip z konopi mój niedoszły mąż! Nie czekając na kolejne dowody miłości, poczęłam uciekać przez ulicę gdzie oczy poniosą. O wielka naiwności! Nie odpuścił! i biegnie toto za mną i krzyczy "Mój ci on" (czy jakoś tak). 

Tymczasem wprawne me oko dostrzegło swym kątem patrol policji, leniwie wygrzewający się w słońcu. Pomna wskazówek i rad tubylczych, podbiegłam do dzielnych funkcjonariuszy i dobrodusznie (najlepiej jak umiałam) wyrecytowałam: "Heeelp, yyyy  this guy..yyyyy paszoł won"! (i tu, wskazałam na oblubieńca). 

Mężni policjanci zastawili nachalnemu drogę i w żołnierskich słowach wyjaśnili, że ślubu nie będzie (sorry). Kiedy niepocieszony Szczepan oddalał się w kierunku zachodzącego słońca, pełna wdzięczności wydukałam, że ja spasiba :) Otrzymawszy zwrotne "prażałsta", uśmiechnęłam się do siebie i ruszyłam na poszukiwanie mojego przysmaku, czyli pierożka z kartoszką. Ośmielona sukcesami lingwistycznymi, nie tylko spytałam w sklepie, czy pierożek jest, ale również zagadnęłam o jego cenę i przekazałam sprzedawczyni wyliczoną kwotę! (wot tak!)

Może tylko mi się wydaje, ale jeszcze długo potem unosiła się nade mną jakaś dziwna łuna światła, która oświatlała dumę, jaka mnie wówczas ogarnęła.

I tak oto zmierzam do meritum - czyli powodów odwołania mojej decyzji o pozostaniu na Kaukazie i rozwoju przemysłu nabiałowego oraz odzieżowego za pomocą własnych owiec. Moje serce zostało złamane....Mówił, że kocha, a jeden malutki patrol policji sprawił, że zaniechał starań :( buu. Smutno. Ale tak to chyba w życiu wygląda, słowa, słowa, słowa. Na wiatr! Nie należy więc ufać temu, co mówią ludzie. Nie słowa, a czyny - jak to głosi taki jeden znany truizm. 


A mogło być tak pięknie!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz