Marszrutka to jedno z najgenialniejszych wynalazków kaukaskiej społeczności. Bez dwóch zdań. A w każdej z nich powinno lecieć na pełen regulator "riders of storm" lub conajmniej "live fast, die young". Za jedyne 100 pieniążków można udać się w podróż marzeń. Może się udać. Może się też nie udać. Szczególnie, kiedy świadomość rychłej śmierci związanej z umiejscowieniem butli z gazem pod twoim tyłkiem, w tych raptem 100-u letnich pojazdach jadących sto na godzinę, jest z początku nieco uwierająca.
Marszrutki to podróż - instytucja. Nie mają rozkładów, nie wiadomo do końca gdzie jadą i gdzie się zatrzymują. Albo przyjadą, albo nie przyjadą. I to w nich jest najpiękniejsze. Chociaż, po chwili zastanowienia stwierdzam, iż jeszcze piękniejszy jest panujący w nich tłok. Jeśli nie podróżujesz ściśnięty jak sardynka w puszce i poskręcany jak kabel od telefonu, to wiedz, że coś się dzieje...
Tak właśnie (zgodnie z obserwacjami Paulinadze) wygląda typowy pasażer tego cudownego pojazdu:
Lata spędzone w komunikacji miejskiej, formują kręgosłup (nie tylko moralny) mieszkańców kaukaskich miast. Co więcej, jazda marszrutką jest niezwykle ekonomiczna z punktu widzenia wydatków na tak zwane dobra luksusowe. Zakup perfum, mydła, czy nawet płynu do płukania staje się po prostu zbędny. Tutaj wszyscy pachną jednakowo - zapachem starej skarpety pomieszanej z zapachem ulatniającego się gazu. Zapach ten przenika wszystko i wszystkich w obrębie marszrutki. A gdyby nie wprowadzony niedawno zakaz palenia w tych pojazdach, miałby on jeszcze dodatkowy odcień ormiańskiego papierosa, który oczywiście jest najlepszy na ziemi i nie zawiera substancji smolistych (jak imperialistyczne Marlbolo).
Interaktywna mapa marszrutek, to nadzwyczajny wynalazek Aspirynadze, na którym to powyższa z pewnością zbije majątek. Wiedzieć co, gdzie, jak i kiedy - to klucz do zagadki niesmiertelności. Chociaż akurat poruszając temat powyższej, muszę nadamienic, iż szary człowiek nie ma szans na kaukaskich ulicach. Instytuacja świateł jest jedynie wabikiem dla tajemnej gry "ustrzel przechodnia", która to codziennie rozgrywa się na ulicach mniejszych i większych miast. Każdy dzień, w którym udaje ci się uniknąć rozjechania przez dwustuletnią ładę lub (dla kontrastu) hummera (wot tak!) jest dniem zwycięstwa, godnym zapalenia świeczki w jednym z kościołów ojczulka Katholikosa (którego fanem jest Lucynka Borowiecka).
Marszrutki długodystansowe (opuszczające obszar miasta) mają to do siebie, że nie ruszają dopóty, dopóki nie zapełnią sie pasażerami. Licząc lekko - miejsc jest 16, więc startujemy jak w marszrutce znajdzie się co najmniej 30 osób :P (no może trochę wyolbrzymiam, ale generalnie wcale nie aż tak bardzo). Po niespełna dwóch tygodniach pobytu, tak bardzo przyzwyczaiłam się do tej zasady, iż nie zdziwiłabym sie, gdyby mój samolot do domu wystartował z 5-io dniowym opóźnieniem spowodowanym pojawieniem się wolnych miejsc i oczekiwaniem na resztę pasażerów...
Apropos samolotu, nigdy nie zapomnę momentu, w którym rosyjska stewardesa ( która z uporem maniaka mówiła do mnie po rosyjsku, mimo że wielokrotnie dałam jej do zrozumienia, iż nie jest to mój ulubiony język) przeszła środkiem samolotu lecącego z Moskwy, psikając po drodze sprayem brise całą powierzchnie podłogi :) W nagrodę usłyszała pełen podziwu i radości okrzyk "Thank you so much, you have just saved my sense of smell!!!".
Myśle, że osoba, która wprowadziłaby opłatę za mozliwość wyboru współpasażera podróży, zbiłaby na tym pomyśle majątek. Niepozbawieni zmysłu węchu, słabi turyści z zachodu, płaciliby tysiące pieniążków tylko po to, aby nie siedział koło nich specyficzny mieszkaniec regionu.
Ten jednak, kto ośmieli sie podnieść rękę na ukochane przeze mnie marszrutki niech wie, że są one o krok dalej od europejskich autobusów. Na każdym bowiem przystanku, możesz połączyć się z niczym innym jak darmową wajfajką! Wot tak! Nigdzie indziej. Tylko tutaj. Trochę łyso, prawda?
Omawiając temat transportu, nie mogę nie napisać o miejskich trolejbusach. Maszyny te jadą niewiele szybciej od spacerowego kroku, a wszystko to dzięki długim rurom, którymi połączone są ze źródłem prądu. Przy przekroczeniu prędkości światła ( tutaj jest to ok 15 km na godzinę), rura ta odpada przeważnie od sieci i kierowca trolejbusa musi ponownie montować ją w pojeździe. Niewątpliwym plusem jest jednakowoż wolna przestrzeń trolejbusa. Jako, że nikt poza starymi ludźmi nimi nie jeździ (marszrutki, helloł!), podróż trolejbusem to czas wiwisekcji i rozmyślań nad sensem życia.
Swoją drogą, starych ludzi jest tutaj niewiele. Albo zostali przejechani na przejściu dla pieszych, albo zeżarci przez grasujące nocami chmary wygłodniałych psów. Obie wersje są równie prawdopodobne. Zresztą, pytając swoich adwersarzy o wiek, zawsze okazywało się, że jestem o co najmniej 7-8 lat starsza, mimo że przekonana byłam o odwrotności rzeczywistości. jest to więc kolejne moje spostrzeżenie. Ludzie tutaj starzeją się bardzo szybko, ale też i szybko stają się dorośli.
A na koniec, aby uzupełnić temat transportu, opowiem co nieco o kierowcach taksówek. Każda taksówka poruszająca się ulicami miasta, ma swoją własną nazwę ( np. Król Lew, czy Jessica), a kierowca nie wie z reguły nawet tego, gdzie znajduje się główna ulica :P
Najciekawszą przygodę taksówkową przeżyłam przebywając w mieście Sevan, które lata świetności ma już dawno za sobą. Miejscowi kierowcy nie mogli zrozumieć, że spacer może być wartością autoteliczną i usilnie próbowali nas wszędzie przewozić. Jeden z nich spalił około 15 litrów benzyny, na ciągłym jeżdżeniu za nami i namawianiu nas np. poprzez gwizdanie na nas z przeciwnego pasa drogi, na kurs swoją dziką maszyną. Drugi z kolei, starał się dorobić szóstego złotego zęba, oferując nam podróż marzeń do Tibilisi, za jedyne 80 tysięcy pieniążków.
Nic to jednak, skoro gdzieś tam, jakoś tam i o którejś tam, czekała na nas marszrutka! I tym pozytywnym akcentem kończę, mając nadzieję, iż udowodniłam wyższość powyższej nad wszelkimi innymi formami transportu publicznego i nie tylko.
Miało być o Kaukazie, a wyszło milion stron o samej marszrutce. Ale cóż poradzić, skoro region to wybitnie fascynujący? Zresztą i tak odpuściłam te wszystkie zapierające dech w piersiach historie o marszrutkowych pozycjach seksualnych o numerze 49 :P
Tymczasem autor ma dzisiaj gila do pasa, odjazd po DayQuilu, szok wywołany różnicą temperatur i ma ochotę zemdleć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz