poniedziałek, 31 października 2011

didaskalia

Z pisaniem bloga jest taki problem, że można w nim łatwo odnaleźć siebie. Czytasz coś, co ktoś napisał i myślisz "to chyba o mnie!". Tymczasem, często jest to tylko zbieranina bardzo chaotyczna i przypadkowa. Brak w niej konkretnego kierunku, czy nawet sensu. To nie dzienniczek ucznia, czy karta szpitalna "dzień po dniu" - mocz w normie, ciśnienie podwyższone, dieta lekkostrawna.

Z rzeczywistości realnej, to mam wrażenie, że zaniki pamięci sięgają już zenitu. Spędziwszy chwilę w kawiarni, wyszłam z niej nie płacąc rachunku. Dzwoniąc do kogoś z jakąś sprawą, zapominam z jaką, już w momencie pojawienia się sygnału. 

Ubawiły mnie dziś didaskalia. Czasami mam taką właśnie wizję, że obok greckiego chóru, który czasem zawyje w tle "uuuuu" lub "ohhhh", w kluczowych momentach moich epickich występów, autor umieścił fikuśne didaskalia, typu "zadawszy pytanie o hummus, a patrząc na halumi, główna bohaterka ma na czole napis świetlny retarded".

Marzy mi się marsz po grobach w środku nocy. Z termosem wina za pazuchą i koszyczkiem piknikowym z wikliny. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz