sobota, 5 kwietnia 2014

społeczeństwo jest niemiłe, bo tak nas wychowano

Samokrytyka. Minęło jakieś milion lat od kiedy udało mi się znaleźć chwilę na prozę konfesyjną mojego blogaska. Blame Canada. Kurzy się już nie tylko pianinko.  Kurzą się aparaty, kurzą się buty do biegania i mikser nieistniejący!

Właśnie miałam pomyśleć o czymś inspirującym, ale zamiast tego zadałam sobie w głowie pytanie o to, dlaczego obcinanie paznokci u rąk jest czynnością tak bardzo intymną i dla osób postronnych wręcz odrażającą? I dlaczego zawsze kiedy piję wodę z butelki lub jem banana, czuje się jakaś taka skrępowana sznurem oralnej fiksacji otaczających mnie wokół osobników płci męskiej? <koniec dygresji>

Ostatnie kilka miesięcy nie należały chyba do najlepszych, aczkolwiek w moim przypadku sezon zimowy nigdy nie należał do udanych. Sorry, taki mam(y) klimat.

Kilka pojęć z ostatnich tygodni:

Refleksologia – nie jest to bynajmniej nauka o refleksie! Jest to dosyć interesująca dziedzina wiedzy, zakładająca, że poprzez dotykanie stóp/dłoni, można uleczyć różne choroby, o których jeszcze nawet nie wiemy (sic!) Whatever – dodatkowy masaż stóp, jakkolwiek nazwany chętnie przyjmę!

Amarant – nie jest to kolor będący wersją zielonego.

Masłowska Dorota – nie jest to polska pisarka. Jest to polska pisarka i/lub wokalistka zespołu Mister D, autorka diagnozy społecznej pt. „społeczeństwo jest niemiłe”

Asertywność – pojęcie wbrew pozorom całkowicie dla mnie nowe. I również wbrew pozorom, nie jest to ładnie opakowane „nie”.

Gender (czyt: Dżender) – twór słowny, rozumiany przez większość ludzkiego gatunku jako nachalna propaganda, dla mnie natomiast coraz bardziej fascynująca dziedzina nauki – o czym dalej.

Nigdy się tak naprawdę nie zastanawiałam nad tym, co definiuje nas jako ludzi –  istoty społeczne wchodzące w różne relacje z innymi osobnikami. Co definiuje nasze „zauroczenia”, „zakochania” i „miłości”? Czy faktycznie zakochujemy się w osobie, czy tylko w płci? Co też sprawia, że jednych pociąga silikonowanie umywalki, a inni wolą iść z wiklinowym koszyczkiem po maliny? Gender, ach ten dżender.

Temat fascynujący i chyba trudny to zeksplorowania. Kilka lat temu byłam zupełne innym człowiekiem – myślę że nie tylko ograniczonym konwenansami, ale wręcz lekko zaściankowym. Prawdziwe znaczenie słowa tolerancja było mi raczej obce. Nabijałam się ze zniewieściałych panów i męskich kobiet. I może nawet byłabym gotowa rzucać w takie osobniki kamieniami. Nie, nie jestem złym człowiekiem -  Tak mnie po prostu wychowano. Jedyne wspomnienie z wieku młodzieńczego, kiedy moja matka używa słowa „L” – to moment kiedy używa go w zestawieniu z najbardziej negatywnie nacechowanymi przymiotnikami, jakie można sobie wyobrazić. Trudno się więc chyba dziwić, że mój rodzący się w bólach światopogląd miewał swoje wahania w bardzo dziwnych kierunkach.

Dzisiaj, jestem wręcz zafascynowana tym, jak bardzo ograniczają nas nasze socjalizacje – czyli to wszystko, czego uczą nas otoczenie, znajomi i rodzice. Szczególnie rodzice, którzy na naszych oczach przeobrażają się czasem w zgorzkniałe karykatury nas samych.

Koniuszki ust ludzi starszych są zawsze skierowane w dół. Ta smutna konstatacja dopadła mnie w autobusie numer 136 kierunek Natolin.