Spleen tak ładnie kojarzy się ze słowem splendor albo z takim angielskim splendid.. Różnica jest jednak mało subtelna.
Jaczewskaja przypomniała mi wczoraj Kandahar. Jest w nim taka scena, kiedy jeden z talibów biegnie w stronę domu, w który następnie uderza sowiecka rakieta. Podmuch odrzuca go na kilka metrów. Tam, gdzie była jego rodzina, jest tylko ogień. Kiedy wreszcie udaje mu się wstać - z początku bardzo powoli i niezdarnie, zdaje się przypominać szmacianą kukłę.
Po chwili wzbiera w nim tak gigantyczna wściekłość i ból, że idąc w kierunku rosyjskich żołnierzy, mógłby ich wszystkich zabić w kilka sekund - gołymi rękoma. A potem usiąść i się nie ruszać.
Bo kiedy wreszcie uda ci się zawyć z całej siły, kiedy stracisz nad sobą kontrolę – czasami zostaje tylko pustka.
Nic.
Zero.
Echo studni.
To chyba jeden z niewielu momentów, kiedy jesteś w stanie zdobyć się na całkowitą bezwzględność postanowień. Czuję się jak ten talib. Siedzę i słyszę echo tej studni. Z tą różnicą, że był tu tylko czarny kot.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz