What you don't know, can't make you unhappy - znalezione dzisiaj w google readerze.
Tymczasem opowiadanie, które sobie czytam, kończy się zdaniem "Nie pytaj, bo wiedzieć nie trzeba, co gotuje nam los, tobie i mnie". W kontekście dzisiejszej dyskusji o tym, czy lepiej wiedzieć czy nie wiedzieć, dosyć to wszystko zabawne, albowiem mam czasami wrażenie, że kiedy już zacznę o czymś myśleć, to nagle wszystko wokół zdaje się dodawać swoje pięć groszy. Artykuł, książka, obrazek - traktują o tym samym i każą Ci się zastanawiać.
I mimo wszystko, chyba wolałabym wiedzieć, niż nie wiedzieć. Chociażby po to, by umieć wykorzystać dla siebie zdobytą raz wiedzę. Aby wiedzieć jaka akcja rodzi konkretną reakcję. To chyba nie jest głupie podejście, prawda?
Wiedząc, jak wyglądały wszystkie święta do tej pory, umiem docenić to co mam teraz. Umiem cieszyć się z tego, że kiedy biorę z szafki baaaaardzo stary kubeczek (jest chyba starszy ode mnie) i nalewam sobie do niego fanty, która w ciągu kilku sekund wylewa się przez otwór, o którego istnieniu nie miałam pojęcia i kiedy zalewa podłogę blat, szafki i wszystko wokół - moja matka śmieje się z tego, a siostra podbiega ze szmatką, aby mi pomóc. Kiedyś, byłoby to zarzewiem jakiejś małej wojenki, bo w nerwowej atmosferze kłótni każdego z każdym, taki "wypadek" byłby doskonałą iskrą, podpalającą czekający w pogotowiu lont.
Święta są teraz czymś zupełnie innym. Wszyscy dorośliśmy - i dzieci i rodzice. Dojrzeliśmy do tego by być rodziną. Umiemy z sobą rozmawiać. I dopiero teraz wszyscy możemy zachowywać się dziecinnie od niechcenia - grając razem w memory i wyzywając się żartobliwie od szmat (sic!), kiedy ktoś komuś podbierze wypatrzone elementy.
W tym roku podejrzewam nawet, że i matka i ojczym popalali sianko ze żłoba, bo poziom absurdu w ich wykonaniu dawno przekroczył ustalone normy - co uwieczniłam na zdjęciu i niebawem udostępnię :>
Centralnym punktem stał się nagle Włodek, który skupia na sobie uwagę wszystkich wokół, czym jednocześnie zwolnił mnie z roli najmłodszego w rodzinie. Hah, okazuje się, że jestem jedyną osobą, na którą reaguje tak dużym wzruszeniem! Co do niego nie podejdę - łzy leją się strumieniami:P Nie wiem, czy jest to kwestia mojej fryzury, czy bardziej mikrej ilości czasu, którą ostatnio z nim spędzam?
I tak oto, wracam mało płynnie do tego, że nigdy nie wiadomo co się w między czasie wydarzy - i tobie i mnie. Nie da się określić momentu, w którym stajemy się dla siebie potworami. Tak samo jak nie da się określić chwili, kiedy przestajemy nimi dla siebie być.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz