Pisanie jest sztuką. Pisanie jest szmatą. Oba zdania są prawdziwe.
Przeczytałam sobie wczoraj wszystko to, co napisałam i dumnie nazwałam opowieścią. Zaczęłam metodycznie kasować duże fragmenty i poczułam się z tym jakby lepiej. Dramaturgia sięgnęłaby zenitu, gdybym miała to wszystko wydrukowane i mogła systematycznie drzeć ułożony w stosiki egzemplarz. Mogłabym wsłuchiwać się w dźwięk rozdzieranego papieru, a potem z satysfakcją wynieść worek pełen śmieci. A tak, wystarczyło jedno kliknięcie, by kilkaset godzin mojego czasu poszło się jebać.
Taka Oriana Fallaci, miała na przesłuchaniu cały świat. Pytanie brzmi, czy pisanie to sztuka doboru odpowiednich słów, czy szmata ubarwiania rzeczywistości tak, aby ochy i achy wznosiły się nad trupem piszącego, jeszcze wiele lat po jego zejściu.
Dla kontrastu, myślę sobie o takiej Munro, która być może nieprzypadkowo znalazła się w tym samym numerze Książek, co Fallaci. Opowiada mi ona o ludziach w taki oto sposób:
People are curious. A few people are. ... They will put things together, knowing all along that they may be mistaken. You see them going around with notebooks, scraping the dirt off gravestones, reading microfilm, just in the hope of seeing this trickle in time, making a connection, rescuing one thing from the rubbish.
Niewiele znam osób, które naprawdę są ciekawe tego, co je otacza. Czasami i ja przestaje być ciekawa, zaczynam żyć z prądem, poddaje się temu co w danym momencie się wydarza.
W jednym zdaniu usłyszałam ostatnio, że zbyt wiele uwagi poświęcam na myślenie o tym co dobre, a co złe. Że za bardzo się przejmuje. Trochę przekleństwo. Trochę nie. Czasem wydaje mi się, że owa munrowska ciekawość sprawia, iż niezmiennie próbuje uratować jakąś rzecz ze śmieci.
Zbyt często ulegamy złudzeniu, że jesteśmy w stanie zmieniać rzeczywistość inną niż nasza. Prawda jest taka, że nawet własną trudno zmienić. Lubię tkwić w pewnych nienaruszalnych dla siebie ramach. I chociaż każdego dnia o poranku, powtarzam sobie, że będę poważniejsza, mniej rozbiegana i przestanę na każdym kroku żartować z rzeczy poważnych i tych nieco mniej - to nie potrafię wprowadzić tego planu w życie. Tak bardzo się do tego przyzwyczaiłam, że czasem sama nie wiem, czy to jestem jeszcze ja, czy nie.
Obserwując to co mnie otacza, myślę sobie, że nie mam prawa mówić innym, co powinni robić ze swoim życiem. Każdy doskonale wie co robi i dlaczego. I mimo wszystko, te najważniejsze decyzje podejmujemy sami. Jeśli jest tak jak jest, to dlatego, że tak zdecydowaliśmy. Czasem potrafią na nas wpłynąć impulsy z zewnątrz, ale przeważnie są jedynie usprawiedliwieniem dla naszych własnych decyzji, rozkładając nieco ciężar i czyniąc życie nieco znośniejszym.
Pisząc, chciałabym wierzyć, że nie trzeba cierpieć za miliony, aby ktoś zechciał poświęcić Ci trochę swojego czasu. Ale trzeba też zaliczyć szmatę do arsenału swoich ingrediencji.
Do Majo weszła właśnie Olga Tokarczuk. Zawstydziłam się.
Do Majo weszła właśnie Olga Tokarczuk. Zawstydziłam się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz