Lubię śnieg.
Lubię to nieporównywalne z niczym uczucie, kiedy duży jego płatek opada mi na rzęsy i przez krótką chwilę pozostaje na nich swoim specyficznym ciężarem. Zlepia je, po czym spływa dużą łzą po moim policzku. Zdarzyło mi się płakać stojąc w śniegu. Łzy śniegowe przemieszały się wtedy z moimi. Miały słodko-słony smak.
Zawsze wtedy, kiedy jest mi w zasadzie wszystko jedno, zaczynam iść utartym schematem. Wziuuuu! Let’s dance. Jestem jak ten irański malarz, który zobaczył piękną twarz i był z miejsca zgubiony. Dostał to czego chciał – patrzące na niego oczy, ale w całkowicie martwym ciele.
Jestem tą małą dziewczynką, która na nadmorskiej promenadzie szuka zaginionego. Dziewczynką, która wie, że może liczyć tylko na siebie- dlatego nie może być już dzieckiem. Być może dlatego teraz szukam każdej okazji do tego, by nie być dorosła. Bez patrzenia na konsekwencje. Problem polega na tym, że one zawsze są.
Kiedy wspinam się na ściankę, w zasadzie nigdy nie odpadam. Nie dlatego, że jestem mistrzem wspinania. Wręcz przeciwnie. Ja zwyczajnie nie umiem odpuścić. Mam poczucie, że jeśli już coś robię, to po prostu musi się udać. Bez liczenia na czyjąś pomoc. Mimo bólu w całym ciele, idę dalej. To, że miałabym po prostu spaść, jest dla mnie nie do wyobrażenia. Wiem, że jestem bezpieczna i że przecież wolno mi odpuścić, bo i lina i trzymający ją człowiek są tam właśnie po to, bym nie spadła. Mimo to nie jestem stanie.
Tak naprawdę wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Potrzebujemy by ktoś nam powiedział, że to co robimy ma jakąś wartość. Poklepał po plecach! Pragnąc tego, z niesamowitą konsekwencją sami dusimy tę wartość w sobie. Szukamy jednocześnie szybkich, intensywnych i prostych emocji, które dają nam poczucie, że żyjemy. Wszystko to na odpowiednim poziomie płytkości. W razie czego grozi nam już tylko skaleczenie. Kultura fast food’u przenika nasze życie tak bardzo, że nawet emocje stają się szybkie i proste. Konsumujemy, pozbywamy się resztek, a potem i tak walczymy z niestrawnością.
Usłyszałam wczoraj kilka bardzo prostych pytań, na które tak naprawdę nikt nie umiał dostarczyć konkretnych odpowiedzi. Ja też nie umiem. Bo tak naprawdę od dawna ich nie szukam.
Navigare necesse est, vivere non est necesse. Pytanie brzmi, czy żeglowanie tożsame jest z lawirowaniem. Bo mam wrażenie, że zamiast żeglować – lawirujemy. Od nudnego spokoju, z którego po krótkiej chwili chcemy się wybić - po wielki rozpierdol na własne życzenie, po którym z kolei, jak najszybciej pragniemy powrotu do tego co było.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz