wtorek, 27 grudnia 2011

pogoda na jutro


Oto, jaka nas czeka pogoda – wypowiedział to zdanie jeden z bohaterów  pewnego opowiadania. 

Będąc na totalnym odludziu, gdzie w promieniu 50 km nie ma totalnie nic, więcej jest jakby okazji do myślenia. Nie, żebym od kilku tygodni miała ich mało – co irytująco dobrze podkreśla fakt, iż matka biega za mną z hydroxiziną, czy innym badziewiem, mając nadzieje, że dzięki niej zastanie mnie rano z nico mniej zmęczonym obliczem.

Kot mojej siostry jest szalenie głupi, czym tym mocniej uwypukla wszystkie wspaniałe cechy starego Tytusa. Co ciekawe, mimo że jestem dla niego niemiła, skrada się w nocy do mojego łóżka, kładzie się przy mojej głowie i mruczy niczym trąby jerychońskie. Zgrywa się w tej melodii z moją siostrą, która nieświadoma niczego pochrapuje spod swojej kołdry rytmicznie i bez ustanku.

Siedząc w dość chłodnym pokoju na górze domostwa, słyszę hulający wiatr i zastanawiam się  jak to jest nie bać się ciemności. Nie wiem dlaczego, ale odczuwam przed nią paniczny wręcz lęk. Ciemność tutaj jest nieprzenikniona.  I myślenie o niej rodzi wyimaginowane potwory, nadmuchiwane dodatkowo przez obrazy obejrzane w dziesiątkach głupich filmów klasy C.  Stojąc na ganku i patrząc w przestrzeń, w sekundę poczułam, że nie jestem w stanie zrobić nawet jednego kroku w naprzód.

Moja bluza przesiąknięta jest zapachem smażonych na dole placków. Zapach ten z jednej strony przypomina mi dzieciństwo, a z drugiej niesamowicie wręcz irytuje. Mam wrażenie, że wszystko tutaj pachnie w ten sposób. Tym, co jemy i tym co pijemy. Tym bardziej czuje się więc jak mała dziewczynka i myślę o mieszkaniu na Powiślu, które ze względu na swoje niewielkie, jak na pięcioosobową rodzinę rozmiary, wchłaniało kuchenne zapachy z taką samą konsekwencją, jak tutaj. 

Wchodzi Kuba i patrzy na mnie jak na eksponat w muzeum. A może „wariatka”, to lepsze słowo. Czuje się  jak zbuntowana nastolatka, tyle że przed trzydziestką.

Co robisz?- pyta.
Piszę - odpowiadam bezwiednie, zamyślona nad tym co przeczytałam.
Po co? - drąży.
Zapada krótka chwila ciszy, podczas której zastanawiam się nad odpowiedzią na tak banalnie postawione pytanie.
Nie wiem – odpowiadam – Dla siebie? 

Gdy wychodzi, lata mi po głowie słowo "kuriozum"- ja, on, rozmowa. Wracam więc szybko do myślenia o tym, jaka będzie ta pogoda. No właśnie, jaka?
Czasami wyobrażam sobie, że mogłoby by obyć się bez infantylnych punktów dodatnich.
(W ramach dygresji) Susan Sontag uważa, że fotografowanie równoznaczne jest z przywłaszczaniem sobie fotografowanego przedmiotu. Oznacza wchodzenie w pewną relację, która kojarzy się nam z poznaniem, czyli zawładnięciem. Co ciekawe,  na tym samym oddechu, pisze ona iż jest ono także swego rodzaju rezygnacją z przeżyć. W pewnym sensie się z nią zgadzam. Lubię fotografować ludzi przede wszystkim dlatego, że intryguje mnie to, ile z relacji łączącej mnie z daną osobą, „wyjdzie” potem na zdjęciu. I czy w ogóle się objawi. Czasem się objawia – w spojrzeniu, pozie - w swobodzie lub jej braku. W ostrości. W punkcie skupienia.
To prawda, że fotografowanie zwalnia w jakiś sposób z przeżywania. Niemniej jednak sprawia, że zupełnie inaczej postrzegasz otaczający świat. Pewne rzeczy stają się nieważne, a te – z pozoru nieistotne, nabierają wyrazistości. Dostrzegasz to, na co wcześniej nie zwracałeś uwagi.
No więc, jaka będzie ta pogoda? Najpierw spadnie jedna kropla, potem druga…Rozpęta się burza, czy spadnie mały deszcz?
Ha ha! Wiem, a może nawet nie wiem. Cóż z tego?
Za oknem przycichło. Na chwilę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz