sobota, 14 lipca 2012

historia prawie-wielkich-problemów

W tym tygodniu dwukrotnie zlał mnie deszcz. Zaczęły mi się kręcić włosy. Pomyślałam sobie, że to straszne nieszczęście które mnie spotyka, to wielka dziejowa niesprawiedliwość, będąca naturalną konsekwencją prawie-złamanego-kciuka, który to przytrzaśnięto mi drzwiami samochodu, oraz prawie-poniesionej-śmierci na skuterze, który podczas nocnej burzy postanowił całkowicie pozbawić mnie możliwości używania świateł i kierunkowskazów.

Ludzie, to są prawdziwe problemy! (śmiech na sali)


Oglądałam ostatnio film o PGRz-e z początku lat 90-tych "Arizona" i zdałam sobie sprawę, że większość z nas nie ma zielonego pojęcia czym jest bieda. To, że brakuje ci forsy na kolejne piwo w knajpie, nie jest biedą. To,  że nie możesz pójść do sklepu po kolejną porcję zbędnych ciuszków (swoją drogą kompletnie nie wartych swojej ceny), nie jest biedą. To, że stać cię "tylko" na mieszkanie za 1,5 tys. miesięcznie też nią nie jest. 


Kiedy patrzę na ludzi, dla których absolutnie każda złotówka ma znaczenie, którzy to potrafią przez tydzień żyć za tyle, ile ja potrafię wydać w ciągu godziny, myślę sobie że nie wiem co to bieda. Mam wszystko. Jedyne czego nie mam, to sztucznie wzbudzona potrzeba posiadania przedmiotów, które są tak naprawdę gówno warte. Na zadane konsumentom pytanie, czy byli by gotowi wydać 600 dolarów na telefon, który ma mniej funkcji od telefonu za 100 dolarów, odpowiedzieli  gromkim chórem: NIE! Tymczasem iphone'y sprzedają się świetnie...

Idąc dalej ścieżką prawdziwych problemów...boli mnie paluszek. Ojej. Wszystkim tym, którzy tak jak ja zmagają się z prawdziwym bólem, serdecznie polecam ten mały felietonik. Dzięki temu zrozumieją, że wspólnie cierpimy za miliony. A i przekonają się, że w tym pełnym miłości bliźniego kraju (Polska wszak katolicyzmem stoi) nie chodzi o to aby pomagać. Chodzi o to, aby się to wszystkim opłacało. Dlatego hospicjum nie przyjmie leków przedłużających życie pacjenta (za 6 tys. sztuka). Bo godne umieranie, to także jak najszybsze umieranie. Bez zbędnych ceregieli.

To wszystko, daje mi swego rodzaju perspektywę:
Ależ ci wszyscy ludzie wokół marudzą. Mam raka, mam śpiączkę, jestem alkoholikiem. Ludzie, ogarnijcie się. Mi się zepsuł skuter, do cholery!

Wdech, wydech. No właśnie.

Czasami mam wrażenie, że Młody Werter był niezłym ruchaczem lowelasem. Bo większość z nas ma w sobie swoisty gen werteryzmu. Mając coś bardzo cennego, patrzymy rozbieganym wzrokiem na to, czego nie mamy. A gdy już dopniemy swego, marzymy o tym,  by wrócić do tego co było. I tak w koło, Panie Macieju.

Czyjaś trawa jest zieleńsza. Ktoś inny świetnie wygląda w tiszercie z H&M, a ja zawsze jak dziad. Mam za duże cycki. Mam za małe.

Oddaje ci serce, oddaje ci ciało, ty czekasz i mówisz: to mało, to mało!


Tymczasem, gdyby zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że to co traktujemy na co dzień jak poranną kawę i batona nagle znika, natychmiast zyskałoby na wartości. Ale skoro ciągle za mało. To często i za późno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz