środa, 9 maja 2012

Boje się starych ludzi w komunikacji miejskiej. Boje się ich w przychodni, albo w sklepie. Denerwuje mnie, kiedy tłumnie wsiadają do autobusu czy metra w porannych godzinach szczytu. Denerwuje mnie, kiedy niczym rottweilery dyszą pod drzwiami gabinetu lekarskiego, łypiąc na każdego, kto przychodzi i grzecznie pyta o kolejkę. Trzeba im zawsze ustępować miejsce dla samej zasady. I często to robię, ale nigdy wtedy, kiedy ktoś zacznie sapać i dyszeć, rzucając w przestrzeń zdania o tym, jaka ta młodzież niewychowana.

Stojąc ostatnio na przystanku, zaczęłam bezwiednie obserwować schodzących się nań ludzi. 9:10 – niezmiennie pojawia się Pan z piętra drugiego mojego kołchozu. Potem przybywa Pan z budynku obok i po kolei kilka innych – zmierzających w tym samym kierunku twarzy. Codziennie to samo. I czasem zastanawiam się, czemu facetowi z mojego piętra zawsze mówię cześć na korytarzu, a na przystanku zawsze udajemy że się nie widzimy/nie znamy?

Krajobraz się trochę nie zmienia. Na zachodzie bez zmian.

Tymczasem Jezus przechodzi do natarcia. Wykupił w tym miesiącu więcej przestrzeni reklamowej na mieście. Jego share of voice rośnie. Woła do mnie już nie tylko z okna playera youtube.com. Woła z ATL-u w metrze i przy uczelni. Patrzy na mnie z bluzy G-sus Tomka. Wraca więc z coraz szerszą kampanią marketingową, zrozumiawszy, że tylko tak może przebić się do serc i rozumów swoich zabieganych owieczek. Gdybym nadal studiowała – napisałabym o tym pracę magisterską. 

Blog ostatnio trąci myszką. A ja mam poczucie, że na nic nie mam już czasu. Mam też poczucie spokoju i tego, że nic nie muszę. Może to atmosfera nadmorskiego „kurortu” Mamas&Papas? A może śledź z delikatesów na środku plaży w Sopocie? Ja i Tytus dajemy sobie nieźle radę. Jesteśmy trochę jak połączenie "Wszystko płynie" i "Prostej historii" - z tą różnicą, że nie mam ani łódki, ani starej kosiarki do podróżowania po świecie. Mam za to znalezione na strychu rolki sprzed 15 lat, pokiereszowany i klejony na poxipol skuter bez lusterek, opakowania po filmach do aparatu, które służą mi za podstawki do jajek i wicehrabię przepołowionego, który zdecydował, że nie chce już być Rycerzem Nieistniejącym.


No i chyba tak jakby wróciłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz