Dzwoni do mnie Malwa i
proponując spotkanie mówi, że chyba już nie spotykam się z ludźmi, którzy mają
dzieci.
Dzieci... dzieci.....dzieci?! Myślę naprędce – urodziła? Tymczasem mały Franek ma 1,5 roku…Ekhm.
Czas przecieka mi między
palcami, a ten wolny pędzi obok mnie niczym Pendolino. Próbuję go złapać jak
najwięcej, co przeważnie kończy się mniej więcej tak:
Nie mam czasu, by napisać o tym
wszystkim co roi się w mojej głowie. Na przykład o tym, jak
zawieszam się w lotniskowej skmce i w slow motion obserwuje otoczenie bardziej jako kolory, niż kształty.
W głowie mam jakby konkluzję, że w tym kraju niewiele się zmieni, jeśli same kobiety nie mają nic przeciw umieszczaniu w pakiecie startowym "biegu kobiet", opakowania pronto do kurzu..
Parady równości donikąd nas nie doprowadzą, jeśli będą jedynie niedzielnym spacerem zblazowanych ludzi, których teoretycznie łączy ta sama idea, a praktycznie nie łączy w zasadzie nic. Dziewczęta na lewo, panowie na prawo. Płcie "wątpliwe" niech się rozdwoją. Trochę to wszystko słabe.
Na Siennej unoszą się dźwięki gospel (niedziele) i allah akbar (poniedziałki i środy do 23). Jest też sklep wędkarski, w którym panowie kręcą jakieś lody, bo po wędki jakoś nikt nie przychodzi. Okolica pełna jest dyszących spadającym tynkiem kamienic, a na jednej z nich pojawia się napis "I'm sorry", który bezwiednie przywodzi mi na myśl peszkową frazę "Sorry Polsko!".
No bo sorry Polsko, sorry! Rewolucje odbywają się tu tylko w kuchni, a o porządek dba rozciągnięta w uśmiechu, jak gumka od majtek, Perfekcyjna Pani Domu..
I wszędzie te cholerne komary.
I wszędzie te cholerne komary.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz