Taka sprawa, że kupiłam w końcu mieszkanie.
Nie za bardzo umiem się jednak z tego cieszyć, jako że po
raz pierwszy od 18 dni, pojawiłam się w pracy. Depresja popowrotowa jest
dokładnie tak duża, jak się tego spodziewałam.
Kilka dni z tych 18-tu spędziłam u matki – 500 metrów od
pierwszego słupka litewskiej granicy. I jak się okazało – wiele kilometrów od
jakiegokolwiek pęczka zwyczajnej natki pietruszki. Plus jest taki, że zmieniłam
trochę perspektywę i odpoczęłam psychicznie. Zabawy wieśniaka są nieco inne, niż te
miastowe. Mój wiejski żywot opływał w nieco mniej wysublimowane rozrywki z
cyklu – kto trafi gumową piłką psa do wiadra z wodą ustawionego przy studni
albo w koszenie 3,5 hektara terenu kosiarką spalinową marki Sthil. Byłam też na
kurkach, ucząc się cennej lekcji pokory, cierpliwości i sokolego oka.
Taka sprawa, że za 1,5 tygodnia kończę 30 lat.
Mój organizm
to doskonale wyczuwa, gdyż każdego ranka budzę się z jednym siwym włosem
więcej. W tym tempie, do urodzin będę całkowicie siwa. I według wizualizacji
jednej wrednej baby, będę wyglądać mniej więcej tak:
Chociaż nie jest ze mną jeszcze tak źle, skoro nadal mogę
podróżować o tak (zdjęcie nie jest może zbyt fortunne, ale oddaje moment):
Żyje teraz w świecie folii bąbelkowej, kartonów 500x400x400
oraz jazdy bez pustych przebiegów. Jestem tym wszystkim trochę (a nawet bardzo)
przerażona. Moja potrzeba porządku sprawia, że zaczynam panikować. Nie umiem
przyjąć do wiadomości, że „jakoś to będzie”. Musze mieć wszystko zaplanowane, a
role muszą być precyzyjnie rozdzielone. I jeśli cokolwiek zaburza mój plan,
rozpościeram ramiona pomiędzy biegunem złości, a „depresji”.
Taka sprawa.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz