Być może łatwo się wzruszam. Dziwna ze mnie osoba. Dla jednych nieznośnie twarda, wobec innych zadziwiająco miękka. W towarzystwie niektórych dziecięco radosna, a w specyficznym otoczeniu pozornie zdystansowana.
Słuchając śpiewającej Anne Hathaway w roli Fantine - płaczę jak bóbr, przerywając własnym szlochem chusteczkę higieniczną marki Velvet na pół. Tymczasem, oglądając Niemożliwe - śmieje się jak szalona z dawki patetyzmu, którą trudno mi strawić danego dnia. Absurd goni absurd, czyli goni sam siebie.
Nerwica natręctw i obsesyjne zachowania rosną wprost proporcjonalnie do poziomu bezpieczeństwa i stabilności umysłu. Wychodzę z domu i pod nosem wyliczam: zamknęłam okno, wyłączyłam listwę, zawinęłam prostownicę, zamykam drzwi....Potem i tak najczęściej wracam z parteru na czwarte piętro i sprawdzam jeszcze raz - pociągnięciem klamki.
Moją ulubioną literką Sezamkowej Ulicy było "O" jak "Odpowiedzialność". Za wszystko i wszystkich. Początków swojej paranoi upatruje w czasach "Wampira z Powiśla", kiedy to mając lat 10, schodziłam uparcie na dół swojej kamienicy, by bezpiecznie eskortować matkę do domu. A może to przez program "997", który tak często oglądaliśmy do kolacji? Nie wiem jak i w którym momencie, zaczęłam tworzyć w swojej głowie niezliczone scenariusze tego, co może nastąpić, jeśli nie będę wystarczająco ostrożna.
Nie dla mnie więc wracanie po nocy nocnym autobusem. Nie dla mnie nocowanie w namiocie na plaży (w zasadzie, to nawet na nawet polu namiotowym). Nie dla mnie beztroskie spacerowanie po lesie z koszyczkiem malin (no, chyba że w towarzystwie solidnej strzelby). Nie dla mnie, w końcu, bezstresowe wchodzenie po schodach kamienicy przy zgaszonym na klatce świetle.
W niedzielę, byłam w IKEA i kupiłam nowe zasłony. Jadłam tam klopsiki z frytkami, nie będąc przy tym szczególnie
głodna. Bo klopsiki w IKEA, to nie obiad – to styl życia.
Byłam też również na weselu, jako osoba
towarzysząca osoby o płci w 100% zgodnej z moją. Zbiłam dwa naczynia, oblałam
się winem, tańczyłam Ona tańczy dla mnie. Co jednak najistotniejsze w
tej historii, to fakt, iż wielotygodniowe ćwiczenia w przepychaniu się łokciami
i wybijaniu w powietrze wreszcie się opłaciły - złapałam welon. Mój ci
on. Mój ci on!
Wesele, to intrygujące zjawisko
społeczne. Niezmiennie fascynujące. I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu,
że wesela organizowane są przede wszystkim dla rodziny. To taki familijny „must”
i nie ma to tamto.
Wesele, to też targ osobliwości z
elementami powtarzalnymi. Zawsze znajdzie się pijany wujek, obmacujący w tańcu
partnerki (im młodsze, tym intensywniej), samotny kawaler, polujący na
potencjalną partnerkę i weselny zespół wykonujący najmodniejszą w danym
tygodniu potupajnóżkę.
Osobliwości weselne schematycznie
odgrywają swoje role – matki płaczą, dziewczęta krążą w tańcach godowo –
manifestacyjnych, chłopcy polewają na wyścigi, a młoda para krok po kroku
okazuje sobie miłość zgodnie z agendą spotkania.
Dzisiaj chyba wszystko ma swój schemat,
nawet miłość. Wtłaczana jest w określone ramy już nie tylko społecznie, ale i
instytucjonalnie. Jak glebę, analizujemy publicznie poziom jej jałowości, tworząc tym samym miejscowy plan zagospodarowania, na podstawie którego wydawane będą pozwolenia na kochanie.
Myślę sobie, że skoro sami lubimy
szufladkować innych, to czemu nie miałaby tego za nas robić Rzeczpospolita, jako
Państwo wszystkich (poza jałowymi) obywateli? Clue kryję się w przyjętej etymologii. Zawsze myślałam, że Rzeczpospolita to rzecz wspólna - dobro wszystkich Polaków. Tymczasem dzisiaj, mam wrażenie, że Rzecz jest rzeczą. A pospolite, jest pospolite - miałkie, nijakie, bez wyrazu, głębszej treści, formy, czy przekazu. Jest murem i betonem tradycjonacjonalizmu.
Jest konserwą, którą zajadają się miliony Polaków.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz